Apokalipsę przeżyją tylko najbogatsi.

Douglas Rushkoff, pisarz, socjolog i marksistowski teoretyk mediów, na łamach The Guardian opisuje swoje doświadczenie z grupą wyjątkowo zamożnych inwestorów z branży IT, którzy obsesyjnie przygotowują się na koniec świata. Kupują luksusowe bunkry, budują zaawansowane schrony, wynajmują ochronę wojskową i zaopatrują się w broń. Co spędza im sen z powiek? Kryzys klimatyczny, narastający niepokój społeczny, eksplozja nuklearna, burza słoneczna i niszczycielski wirus komputerowy – kolejność przypadkowa. Bogaci tego świata wykupują ziemię w częściach świata najmniej podatnych na efekty zmieniającego się klimatu. Budują tam skomplikowane siatki schronów i zastanawiają się, jak zdołają utrzymać przywództwo nad swoimi ochroniarzami i pracownikami, jeśli dojdzie do załamania się znanego nam porządku społecznego.

Rozważali użycie specjalnych zamków szyfrowych do zapasów żywności albo zmuszenie strażników do noszenia specjalnej obroży dyscyplinarnej – nagroda za przeżycie. A może budowanie robotów służących jako strażnicy i pracownicy, gdyby do tego czasu udało się rozwinąć tak technologię.

Starałem się im przemówić do rozsądku. Przedstawiłem prospołeczne argumenty za partnerstwem i solidarnością jako najlepszym rozwiązaniem naszych wspólnych, długofalowych problemów. Wyjaśniłem, że sposobem na skłonienie strażników do okazywania lojalności w przyszłości jest traktowanie ich jak przyjaciół teraz. Nie inwestujcie tylko w amunicję i ogrodzenia elektryczne, inwestujcie w ludzi i relacje. Przewrócili oczami. Dla nich musiało to zabrzmieć jak hipisowska filozofia – pisze Rushkoff.

Miliarderom wcale nie zależy na stworzeniu lepszego świata, jak często przekonują. Dla nich przyszłość technologii to tylko jedno: ucieczka od nas – dochodzi do wniosku Rushkoff. Kieruje nimi egoistyczna chęć przeżycia ludzkiej rasy, a ich myślenie bliskie jest pomysłowi Elona Muska, który zamierza skolonizować Marsa. Są odklejeni od realnego świata i problemów, z którymi zwykli ludzie już się borykają, jak chociażby migracje, podnoszące się wody, wyczerpujące się zasoby naturalne i pandemie.

Technologia, która jeszcze niedawno miała zbawić ludzkość, teraz postrzegana jest jako środek przetrwania dla najbogatszych. Miliarderzy chcą zarobić jeszcze więcej pieniędzy, by dzięki temu w obliczu apokalipsy móc zapewnić sobie bezpieczeństwo. Nie myślą o tym, że sposób, w jaki się bogacą, czyni ich bezpośrednio odpowiedzialnymi za pogarszającą się kondycję świata. Cyfrowa technologia i nieznana wcześniej dysproporcja bogactwa pozwala ultrabogatym przenieść krzywdę na innych – biednych. Ponadto sprawia, że miliarderzy widzą siebie w kategorii nadludzi, którzy po prostu mogą oddzielić się nie tylko od ludzi, ale i od miejsc, które zostały zużyte lub skażone.

Naturalnie istnieje cała gałąź usług nastawiona na doprowadzenie tego planu do skutku. Agenci nieruchomości specjalizujący się w wyszukiwaniu ofert odpornych na koniec świata, firmy ochroniarskie i ubezpieczeniowe, a zaraz za nimi zapewne nadejdą delikatesy gourmet zaopatrujące bunkry najbogatszych w wysokiej jakości produkty spożywcze. Wizja, którą roztacza Douglas Rushkoff, przywodzi na myśl ostatnią scenę z Don’t Look Up, w której ultrabogaci pod przywództwem technologicznego wizjonera Petera Isherwella uciekają ze skazanej na zniszczenie Ziemi. Znajdują planetę nadającą się do zamieszkania, a po lądowaniu statku, gdy grupa budzi się do nowego życia po latach kriosnu i wychodzi na powierzchnię, by obejrzeć swój nowy dom, okazuje się, że rodzime zwierzęta mają na nich inny plan. Ciężko nie uśmiechnąć się na myśl o tych, którzy chcieli przechytrzyć wszystkich, a ostatecznie i tak zostali zjedzeni żywcem. To jednak fikcja reżyserska, a wizja przyszłości maluje się w naprawdę szarych barwach. Ultrabogaci aspirują do jeszcze większego bogactwa, by kompletnie odizolować się od rzeczywistości, którą stworzyli, a nas zostawić na pastwę losu.

WIĘCEJ