Czy możliwe jest oczyszczenie, kiedy brakuje edukacji?

Wbrew temu, co twierdzi część prawackiego internetu, ruch #MeToo nie jest porażką. Owszem, wielu wywołanych przemocowców dalej działa bez przeszkód, ale dzięki call outom zmieniła się atmosfera. Mikroagresji jest mniej, coraz więcej osób uważa na język i seksistowskie dowcipy, klimat wielu miejsc i środowisk otrząsnął się choćby z odrobiny mizoginii. Mamy jeszcze wiele do zrobienia – a to, o czym dzisiaj przeczytacie, jest mocnym na to dowodem – ale rozpoczął się proces, który będzie trudno cofnąć. Branża muzyczna to od dekad siedlisko toksycznych jednostek. Media społecznościowe dają szansę na to, że historie o przemocy dotrą do publiczności. Niestety, są też polem do brykania reakcjonistów, którzy przemoc bagatelizują czy wyśmiewają.

Scena klubowa lubi o sobie mówić, że jest otwarta, wyczulona na przemoc, czy dyskryminację wszelkiego rodzaju. Nic dziwnego, w końcu została zbudowana jako bezpieczna przystań dla mniejszości rasowych i seksualnych. Niestety, rzeczywistość odbiega od tej utopijnej wizji. I to nie tylko w Polsce, czyli kraju, gdzie dosłownie istnieje prawackie techno, a ludzie, którzy organizują największe imprezy, zapraszają Jordana Petersona, guru alt-prawicy i mesjasza inceli. Nie wspominając o gagatku, który w szczytowym okresie pandemii robił imprezy w ambasadzie Korei Północnej, od lat jest prawicowym komentatorem na Salon24, a przy okazji wyciera sobie gębę społecznością LGBTQ+. Od kiedy techno stało się najpopularniejsze w swojej historii i w wielu miejscach wyparło inne klubowe stylistyki, przybyło bardzo dużo casualowej, nieświadomej publiczności. Głównie heteryckiej i głównie białej. Dla niej historie o czarnych gejowskich klubach, w których rodziły się house i techno nie istnieją. Edukacja leżąca po stronie sceny to ciężka sprawa, w przeciwieństwie do zarabiania kasy. A jest co zarabiać – przed pandemią (a nawet w jej trakcie) i w obecnych ograniczonych warunkach, branża potrafi przynieść solidną porcję dzięgów. W takim kontekście nie myśli się o tym, kto scenę buduję i jakie będą konsekwencje tej popularności, po prostu kasuje się bilety i gaże za sety i jedzie dalej. 

Sasha Zakrevska aka Poly Chain na swoim Instagramie upubliczniła historię przemocy, jakiej doświadczyła ze strony Stanislava Tolkacheva, szanowanego artysty techno. Nie ona jedna – Tolkachev w trakcie jednej pamiętnej nocy skrzywdził werbalnie i fizycznie także inne osoby. Zakrevska wskazała, że to nie incydent, a coś, co wpisywało się w schemat toksycznych zachowań, stosowany przez artystę. To ogromna odwaga i spory wysiłek, bo internet potrafi być bardzo toksyczny dla kobiet mówiących głośno o swoich doświadczeniach. Na Instagramie Sasha zebrała masę głosów wsparcia i solidarności, także od innych ofiar przemocy. Natomiast kiedy o sprawie napisał Resident Advisor, jedno z największych mediów o muzyce klubowej na świecie, w komentarzach wybiło szambo. Czy to portal plotkarski? Zajmijcie się muzyką! Co mnie to obchodzi, piszcie o nowych kawałkach i imprezach! Dominował ton kompletnego niezrozumienia, bagatelizacji, podśmiechujek. Co jest absolutnie przerażające i przygnębiające, bo dbanie o siebie nawzajem, wspólne kreowanie cudownych doświadczeń i tworzenie bezpiecznych przestrzeni to podstawa sceny klubowej, zapisana w jej DNA. Ale Resident Advisor – twór sam w sobie dość problematyczny – nie usuwa tych komentarzy, nie moderuje dyskusji. Nie wychował publiczności, bo po prostu dostał ją w spadku wraz z popularnością ostgut tonowej łupanki i lajfstajlowego szaleństwa, które przejęło określenie rave na jakiekolwiek wyjście na miasto z torbą kety i chrzczonych piguł w kieszeni. Oczywiście, trzeba oddać, że Resident Advisor zachował się dobrze, dając platformę Sashy i jej historii. Tak powinno działać medium obsługujące scenę. Historie przemocy i toksycznych zachowań to nie plotkarstwo, ale dbanie o moralny kręgosłup sceny, na której – przynajmniej w teorii – wartości są nierozerwalnie związane z muzyką. To, że sporo osób, która twierdzi, że kocha techno tego nie rozumie, jest ogromną porażką strony artystycznej, promotorskiej i klubowych mediów. Sam Tolkachev wystosował oświadczenie, w którym m.in. wpada w seksistowski dyskurs i nieporadnie próbuje się wybielić. Sądząc po reakcji sceny – m.in. Sayteka, który powiedział coś w rodzaju może i bije, ale to wybitny artysta, dajmy mu spokój – toksyczny przemocowiec będzie działał dalej, relatywnie niepokojony. Czy scena nie ukara Sashy jako tej, która ośmieliła się mówić, czas pokaże. Może upadła polska scena wykrzywiła mi perspektywę, ale nie sądzę, że powinniśmy przesadnie idealizować tę zachodnią. Ci, którzy rzeczywiście szanują wartości, są w mniejszości, pogardzani i wyszydzani przez zadowolonych z siebie brosów. 

W podobnym czasie o swoim doświadczeniu przemocy ze strony innego artysty opowiedziała Kristin Hayter, nagrywająca pod pseudonimem Lingua Ignota. Jej oprawcą był Alexis Marshall z kultowej grupy Daughters. Hayter w detalach opisała przemocowy związek w rozrywającym serce, szokującym dokumencie. Mimo tego, że ma silne powiązania ze sceną metalową, stereotypowo uważaną za siedlisko toksycznej męskości i mizoginii (i w niektórych rejonach wciąż tak do pewnego stopnia jest), to spotkała się z szerokim wsparciem. W komentarzach pod artykułami na ten temat fani Daughters nie uaktywnili się masowo, żeby podważać jej świadectwo, czy zarzucać mediom plotkarstwo. Kontrast między odbiorem historii Sashy a Kristin był niemal depresyjny. To kolejny dowód na to, że bez mocnego kręgosłupa w postaci wartości, bez empatycznego wsłuchania się w głosy, którym zależy na tym, żeby scena klubowa podążała drogą, dla której powstała, zostaniemy w morzu brosowej mizoginii i imprezowego nihilizmu. Głosy osób doświadczających przemocy są ważne i trzeba je nagłaśniać, nie tylko w kontekście scen muzycznych. W tym wypadku rzecz była o tyle gorsza, że dotyczyła środowiska rzekomo chroniącego słabszych, opartego na progresywnych wartościach. Musimy robić więcej, żeby wyrugać przemoc – fizyczną i werbalną – z klubów. A Sashy życzę dalszej wspaniałej kariery, bo to bardzo utalentowana artystka, jedna z ciekawszych na scenie elektronicznej. Siły jej nie trzeba – pokazała, ile jej ma, kiedy upubliczniła swoją historię.  

WIĘCEJ