Rodzina Matczaków rozegrała polskie media koncertowo.

To jest doprawdy niesamowite, że przy każdej akcji Maty resetuje się zegarek hip-hopowej świadomości w Polsce. Niczym w Pacific Rim, raper jak wjazd kaiju cofa rozmowę o tym gatunku i jego kulturowym wpływie do jakiegoś 2005. Nie inaczej było przy okazji koncertu na lotnisku, a teraz przy współpracy z McDonald’s. Rozumiem, że dla sporej części boomerskiego komentariatu hip-hop to dalej coś pomiędzy egzotyczną bestią, nowym Kaczmarskim i rozrywką dla dzieciaków, ale damn, ten Mata rozwala im głowy z taką regularnością, że aż zacząłem się martwić. Chociaż bardziej powinienem się martwić tym, że w 2021 roku idea cross marketingu w muzyce wywołuje jakiekolwiek emocje. Matczak senior i Matczak junior – z SBM w tle – rozegrali opinię publiczną z niesamowitą sprawnością. Ten pierwszy co chwilę wrzuca jakieś libkowe granaty i patrzy, jak się triggerują peje i memują instakonta, ten drugi nie robi w zasadzie nic ani nowego, ani szczególnie szokującego jeśli chodzi o hip-hopową promocję, ale jego kuriozalna pozycja w medialnym mainstreamie i kontekst ojcowski rozdmuchują te działania pod samą orbitę. 

Przecierałem oczy ze zdumienia, kiedy Galopujący Major, skądinąd świetny felietonista polityczny, na łamach Krytyki Politycznej pisze, żeby traktować raperów jako libkoprzedsiębiorców. Czytamy: Dziś brak komercyjnego wsparcia, otagowania się metkami budzi zdziwienie, a nawet zażenowanie. Zwłaszcza u tych raperów, którzy weszli w romans z popem, by na koncie rosło więcej i więcej. Jednak za sprawą Ekipy, która próbowała rapować, i za sprawą Maty, który wciąż próbuje, komercjalizacja weszła na nowy poziom. Uff. Dobra, zacznijmy od tego, że libkoprzedsiębiorcami raperzy są od przynajmniej dwóch dekad, a wsadzanie tu Ekipy to co najwyżej średni zabieg retoryczny, a nie jakieś sprytne wnioski. Krytyczny stosunek do kapitalizmu w tym gatunku istnieje na obrzeżach, bo znacząca jego część opiera się na materialnych insygniach sukcesu i awansu społecznego. Erę blingu przechodziliśmy w rapie jakieś piętnaście lat temu, więc pobudka Majora odbyła się nawet nie tyle z ręką w nocniku, co z całym ciałem w toi toiu. Poza tym umyka mu tu jeden ważny fakt – dla pokolenia Z nie istnieje hasło sell out. Pisałem o tym wielokrotnie, ale zrodzona ze skutecznej kombinacji korpo-propagandy i najazdu neoliberalizmu na polską szkołę dychotomia między Sztukąkomercją została bezpowrotnie rozebrana. Oczywiście, powinniśmy o tym rozmawiać, bo taki stan rzeczy ma przemożny wpływ nie tylko na współczesność, ale także na przyszłość – kiedy nikt nie będzie się oburzał na automaty z wodą Disney’a, reklamowane przez awatar Ariany Grande, albo nawet i Matę. Ale z największych głosów zgorszenia na matowską akcję z makiem przebija kompletnie niezrozumienie czym jest dzisiaj hip-hop (romans z popem – bro, rap to pop i to tak jakoś od przynajmniej kilku lat), ale także niewiedza o tym, jaki stosunek do kapitalizmu ma duża część najmłodszego pokolenia. Jest liberalna, czy nawet lewicowa obyczajowo, rozumie ekologię i zagrożenie katastrofą klimatyczną. Jednocześnie nie widzi alternatywy dla kapitalizmu, a jego znaki, symbole i strategie są dla niej przezroczyste. To naturalny element rzeczywistości. Swoją drogą interesujące, że wokół Young Leosi nie istnieje podobny dyskurs. Bohaterka progresywnych memów podobnie jak Mata robi najróżniejsze deale – ostatnio przez kilka dni prezentowała różne puszki napoju energetycznego – ale przez to, że jest mniej krindżowa i nie ma starego, co chodzi i bajdurzy o zaletach niewolnictwa (16 godzin pracy to patusiarstwo, a nie ambicja), wiele rzeczy uchodzi jej na sucho. 

Michał R. Wiśniewski w Polityce pisze: Tempo sukcesu młodego Matczaka wskazuje również na ogrom pracy, jaką musiał włożyć. W centrum tego artystycznego projektu ewidentnie tkwi japiszoński kult zasuwu, z płyty wyłania się postać, która wszystko, co robi, robi z wielkim wysiłkiem i poświęceniem – nawet imprezy czy życie seksualne okazują się mozolną pracą. I z tym (zresztą cały artykuł jest dość sensowny) można się zgodzić. Wiśniewski stawia również tezę, że to stary Matczak jest głosem pokolenia. W jakimś sensie to prawda, ale głos tych wszystkich boomersów-wygrywów, którzy albo niemal się zaciukali pracą, albo dobrze kombinowali i teraz mają, przechodzi na juniora. Który najwyraźniej nie przeszedł pokoleniowego buntu w opozycji do rodziców. Mata-raper jest głosem młodego pokolenia, ale tej jego części, która z rodzicami trzyma sztamę, dzieli wartości i sukcesy, przychodzi po radę. Mata-raper jest też wygodną postacią dla rodziców, którzy żyją na dobrej stopie ze swoimi pociechami. Mogą sobie posłuchać razem jego albo Taco (albo i obu naraz!) w samochodowej drodze do szkoły, czy na zajęcia pozalekcyjne. Hip-hop jest obecnie dla każdego, to prawdziwie egalitarna muzyka, w której odnajdują się i prawilniaki, i bananowe dzieci. Sprowadzanie rapu do jednego zestawu wartości, to absolutny błąd poznawczy, a nawet niekompetencja. Apeluję – jeśli już ci płacą za opinię, to nie wyjmuj jej z tyłu, tylko popracuj nad nią chwilę. Mata w Macu to żadne wstrząsanie posadami świata, bo dokładnie to samo zrobił Travis Scott, a historia reklamowania fast foodów/słodkich napojów/samochodów/słodyczy przez raperów jest stara i bogata. Nawet Nas, ikona świadomego hip-hopu, ma na koncie pajacowanie dla Sprite’a, Mary J. Blige śpiewała dla Burger Kinga. Możemy udawać, że nasz swojski polski rap to jest jakaś osobna bestia, ale podlega tym samym procesom, którym podlegał w USA, szczególnie teraz, kiedy korporacje znają jego wartość. Swoją drogą, chciałbym móc tyle samo czasu poświęcić albumowi Maty, ale mówiąc szczerze – ten tekst skończyłby się w połowie. O Macie można gadać godzinami, na jego muzykę starczy kwadrans. Posłuchajcie sobie Mordor Muzik, albo nie wiem, Belmondziaka. Też lubią kapitalizm, ale rapują lepiej!

WIĘCEJ