MALA HERBA: „Nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez magii”

„Dla mnie w ogóle postać czarownicy to postać queerowa. To bardzo często były stare panny, a na polskiej wsi było sporo pęknięć, czy takich miejsc, gdzie inność mogła funkcjonować i mogła po prostu istnieć. To oczywiście nie jest żadna queerowa utopia, że np. są małżeństwa jednopłciowe, ale był taki konsensus, że stare panny to osoby, które z różnych powodów nie chciały wejść w ten kombinat rodzinno-zagrodowy”.

Muzyka ludowa, przyglądanie się starodawnym zwyczajom i obrzędom, czy różne powroty do przedchrześcijańskich kodów kulturowych to przybierający na sile trend w polskiej kulturze. Niedawno pojawiło się kolejne wydawnictwo, które udanie łączy nowoczesne środki wyrazu z mistyką dawnych epok. Demonologia, album Mala Herba (warto wiedzieć, że łacińskie korzenie tego pseudonimu artystycznego blokują odmianę) wydany nakładem niemieckiej wytwórni aufnahme + wiedergabe, odprawia obrzędy, w których słowiańskie zaśpiewy sprawnie splatają się z muzyką elektroniczną. Mieszkająca w Wiedniu artystka od lat podąża ścieżką queeru, tajemnej magii i mocnych kodów wizualnych, a Demonologia jest w jakimś sensie zwieńczeniem tej drogi. Poniżej zapis spotkania z Mala Herba, które odbyliśmy na astralnym planie cyfrowym.

Paweł Klimczak: Na którym etapie swojego życia i artystycznej drogi poczułaś, że jesteś wiedźmą?

 

Mala Herba: Szczerze mówiąc, od zawsze chciałam być czarownicą. Od kiedy pamiętam, od przedszkola. Nie wyobrażam sobie w ogóle, jak można funkcjonować jako dorosły bez magii! (śmiech) Połykałam wszystkie książki o czarownicach. Potem to trochę przygasło, ale wiadomo – jak się jest nastolatką, to tak trochę nie wypada się tym interesować. Po dwudziestce mnie znowu trzasnęło, żeby do tego wrócić. Moja mama też się zajmuje takimi duchowymi rzeczami i mimo tego, że mamy różne poglądy i różne praktyki, to jednak mam od niej wsparcie. Nie boi się tego, czym się interesuję.

 

Pogaństwem?

 

To określenie nie do końca mi leży, bo mi się wydaje, że od razu odsyła nas 1000 lat wstecz. To myślenie życzeniowe, bo wiadomości na temat tego, w co wierzyli słowianie jest bardzo mało, jest za to dużo wymyślania. Mnie bardziej interesuje to, co przetrwało i to, co było żywe jeszcze niedawno. Praktyka uzdrawiania czy rzucania czarów ciągle funkcjonuje w polskiej kulturze, na wsi. Oczywiście to nie jest coś takiego, co ludzie mówią chętnie i otwarcie, ale jest wiele przykładów na to. Różnych wierzeń, obrzędów, obyczajów, ale też silnych symboli, z których składa się jakaś taka kosmologia. Dla mnie takim potężnym przykładem jest nie witanie się przez próg, czy nabożny szacunek do gościa: że musi być dom wysprzątany i gotowy obiad. To są echa przedchrześcijańskich wierzeń, które przetrwały. Zabobony mają swoje korzenie w magii. Z innej beczki, to bardzo lubię historię z pewnej gazety sprzed 150 lat, w której w jakiejś wsi wykopano trupa i odcięto mu głowę, bo ludzie myśleli, że to upiór. To nie jest wcale tak dawno temu!

fot. Tina Bauer

Czy np. zwyczaj grzebania zmarłych sześć stóp (około 182 cm) pod ziemią, żeby nawet, kiedy wstanie, nie przekroczył linii ziemi. Jest trochę naszych zachowań i zwyczajów tak zakorzenionych, z czego w sumie nie zdajemy sobie sprawy. Zapytam z głupia frant: spotkało cię coś paranormalnego? Albo coś magicznego, co potem sobie racjonalizowałaś?

 

Czasami zdarza mi się mieć mocne przeczucie, czy coś się stanie bądź nie stanie. Cały czas się uczę, żeby iść tropem mojej intuicji, a nie iść w zaparte. Zdarzało mi się też mieć pewnego rodzaju wizje. Bardzo wierzę w taką praktykę leczenia przez szept czy wysyłanie komuś energii. Kiedy próbowałam na kimś to robić – na kimś, kto się na to zgadzał – to widziałam obrazy, które były metaforami tego, jak ta osoba się czuje. Np. jak dotknęłam kiedyś osobę, to widziałam takiego małego chłopca, który siedział na krześle sam w pokoju, było ciemno i on się bał.

 

Tego typu praktyki, czy powiedzmy cała formacja wiedźmiarska, to dość subwersywne kody kulturowe. Ty łączysz je z aktywnym sprzeciwem wobec patriarchatu, czy szerzej – wobec statusu quo. Kiedy zaczęłaś splatać te wątki?

 

W aktywizm anarcho-feministyczny i queerowy włączyłam się dość wcześnie, jak miałam szesnaście lat. Zaczęłam organizować festiwale feministyczne w Olsztynie, zrobiliśmy własną wersję Monologów waginy, performansy na ulicach, różne akcje. 5 lat temu były wybory na prezydenta Olsztyna. Poprzedni prezydent miasta, który był gwałcicielem, wyszedł z aresztu i znowu kandydował na ten urząd. Miał kampanię, w której twierdził, że jest niewinny… Byłam po prostu tak sfrustrowana – 10 lat chodzenia na demonstracje, a nic się nie zmienia, jest tylko gorzej. Pomyślałam, że co ja mogę do jasnej cholery zrobić, położę na nim klątwę. On w końcu tych wyborów nie wygrał.

 

Czyli klątwa zadziałała?

 

Poniekąd. Potem dostał się do sejmiku, odwołał się od wyroku i z przyczyn proceduralnych wyrok uchylono. Uzasadnienie było tajne…

 

Często pod adresem polityków prawicy szepczę: zaraza na niego

 

To jest właśnie rzucanie klątwy!

 

Myślę, że klątwy to pierwszy środek, po który sięga sporo osób w walce z polską prawicą.

 

Mnie bardzo zainspirowało kolektywne rzucanie klątwy, kiedy Trump doszedł do władzy.

I ostatecznie ta klątwa też zadziałała. W twojej twórczości przewijają się również wątki queerowe.

 

Dla mnie w ogóle postać czarownicy to postać queerowa. To bardzo często były stare panny, a na polskiej wsi było sporo pęknięć, czy takich miejsc, gdzie inność mogła funkcjonować i mogła po prostu istnieć. To oczywiście nie jest żadna queerowa utopia, że np. są małżeństwa jednopłciowe, ale był taki konsensus, że stare panny to osoby, które z różnych powodów nie chciały wejść w ten kombinat rodzinno-zagrodowy. Tak samo było ze starymi kawalerami. Takie osoby pełniły często funkcje rytualne, nie były potępiane czy wyklęte. Miały jakąś rolę w tych społecznościach i jest na to dużo przykładów. Jeżeli chodzi o queerowość w polskiej kulturze, to ja tego używam w takim szerszym znaczeniu – wszystkiego, co jest poza heteroseksualną narracją, ale też poza męskocentrycznym spojrzeniem. Np. dla mnie sytuacja, w której dziewczyny razem coś robią, np. siedzą, plotą wianki, opowiadają sobie coś, to jest też sytuacja, która ma dla mnie queerowy potencjał, bo jest poza męskim spojrzeniem. Teraz wrzucam wszystkich do jednego wora, ale na wsi były różne ciekawe postacie: dziadowie chodzący od wioski do wioski, którzy coś śpiewali, przeróżni dziwacy, szaleńcy. U Łemków było także wierzenie, że jak jest tęcza na niebie, to można zmienić płeć. Jeżeli chodzi o temat zmiany płci, to jest coś absolutnie do wygrzebywania, co zamierzam zrobić w trakcie swojej habilitacji. To jest wręcz niemożliwe, żeby ludzie nie poruszali tego tematu, to musiało gdzieś istnieć. Choćby w Serbii była instytucja zmiany płci. Takie osoby, które nazywano zaklętymi dziewicami i to były po prostu najstarsze córki, które mogły stać się mężczyznami i przejąć gospodarkę po ojcu.

 

W niektórych krajach, gdzie do dzisiaj respektuje się zemstę krwi (zemstę przekazywaną z pokolenia na pokolenie), kobiety mogą stać się mężczyznami, żeby tej zemsty dokonać. Tak jest w Albanii – to też może być dalekie echo tego, o czym mówisz.

 

Więc ten temat musiał jakoś istnieć. Wiadomo, badacze dokonują filtrowania już na etapie zbierania materiałów – niektóre rzeczy zapisują, inne nie, niektóre rzeczy ich nie interesują, albo ich nie publikują. Byłoby super dogrzebać się do tych archiwów i rzeczywiście zobaczyć, czy ten wątek był gdzieś poruszany, szczególnie w naszym współczesnym rozumieniu.

 

Przejdźmy do muzyki. Spięłaś te wszystkie wątki, o których rozmawialiśmy z elektroniką i elementami muzyki ludowej. I zrobiłaś to bardzo spójnie i naturalnie. Jak ci się to udało?

 

Powolnym dłubaniem! (śmiech) Proto Mala Herba to był taki noise’owy performance. Mnie bardzo interesowało zjawisko burdonu. W tradycyjnej muzyce, nawet jak się gra na skrzypeczkach, to często jest pocierana czy uderzana jedna struna, która jest takim dronem przez cały utwór. To jest np. w lirze korbowej, na skrzypeczkach… To jest właśnie burdon. Mnie bardzo interesowało połączenie między burdonem a dronem, burdonem i noisem. W różnych galeriach na podłogach uskuteczniałam takie kompozycje, a potem zatęskniłam do wspólnego tańca i dołożyłam do tego bit. I wtedy się przeniosłam z czystych galerii do brudnej, punkowej piwnicy, do której przynależę. Zaczęłam z powrotem grać koncerty DIY i jakoś ta moja kariera skręciła na manowce. (śmiech) To jest dla mnie fascynujące i niezrozumiałe, kiedy się kończy koncert, a zaczyna performance. Kiedy ludzie przestają tańczyć, a zaczynają się na ciebie gapić i siedzieć na krzesłach. Zdecydowanie wolę kiedy nie patrzą na mnie i tańczą. Chociaż więcej punktów klasowych zbiera się kiedy siedzą na krześle i się gapią. (śmiech)

 

Wtedy to jest poważna sztuka!

 

Sam pomysł pożenienia EBM-u z tradycyjnym śpiewaniem to była moja intuicja, ale zupełnie nie wiedziałam, jak to zrobię. Jedno z drugim przecież tak się gryzie. Doszłam do tego ciężką pracą – siedzeniem i wydłubywaniem tego brzmienia, dopasowywaniem bitów, eksperymentowaniem z rytmem, groovem, z różnymi parametrami. Nie chciałam przegiąć ani w jedną, ani w drugą stronę, chciałam, żeby to brzmiało koherentnie.

 

Na Demonologii z pewnością ci się to udało. Od okładki po muzyczne pomysły, wszystko jest spójną wizją, każdy element współgra z innymi organicznie.

 

Ta okładka była dużym ryzykiem. Jest biało-niebieska, a jak wejdziesz na stronę aufnahme + wiedergabe, to wszystkie okładki są przynajmniej czarne! (śmiech)

fot. Tina Bauer

Jak w ogóle trafiłaś do tej wytwórni?

 

Mamy wspólnego, bardzo dobrego przyjaciela z szefem wytwórni, który co jakiś czas przesyła mu różne kasety i muzykę z Wiednia. On to podłapał i odezwał się do mnie pierwszy z propozycją współpracy. Na początku byłam sceptyczna i to oni mnie musieli do siebie przekonać. Miałam w ogóle różne dziwne pomysły dotyczące przyszłości tego projektu. Nie myślałam o płycie, nie chciałam niczego nagrywać, zakładać social mediów. Jakbym grała raz w miesiącu w piwnicy, to by mi wystarczyło. Ale było zainteresowanie i presja. Na pewno cieszę się bardzo z tej płyty i to jest ogromny przywilej, że ktoś mi zaufał, zainwestował w wydanie, poświęcił dużo czasu, bo zrobienie tego zajęło dwa lata. Miałam oczywiście ogromne momenty zwątpienia, było dużo ciężkich momentów. Nie miałam kasy, mieszkałam u kogoś bokiem i tak tę płytę rzeźbiłam.

 

Ważnym aspektem twojej twórczości jest też imponujący i konsekwentny wizerunek.

 

Jestem zdziwiona, jak mi to mówią, bo ja uważam, że to jest chaos, a ja wyglądam przaśnie, jak Avril Lavigne, która nie zauważyła, że już jest po trzydziestce. (śmiech)

 

Jesteś bardzo nowoczesną czarownicą. Trochę ich jest we współczesnej popkulturze, również queerowych wiedźm, jak w True Blood czy netflixowej Sabrinie.

 

Totalnie. Jest renesans wiedźm i alternatywnej duchowości, z takim silnym feministycznym i queerowym wątkiem. To na pewno mnie bardzo inspiruje. Natomiast jeśli chodzi o moją stylówę, to scrolluję Instagrama kilka godzin w tygodniu, zaznaczam co mi się podoba. To, że sama sobie robię kostiumy wynika z tego, że nie stać mnie na nie. (śmiech) Na pewno inspiruje mnie stylistyka queerowo-skórzana, lateks. Uwielbiam klimaty industrialowe i dungeonowe. Bardzo jara mnie bańka sex- i body positive w internecie. Robię to, bo chciałabym zobaczyć osoby o różnych kształtach na tej scenie, bo czasami to industrialne techno ma tendencję do bycia szczupłą, młodą i śliczną. Chciałabym, żeby odnalazły się tam też osoby, które ważą więcej niż 50 kilogramów.

 

Na sam koniec chciałbym cię zapytać o taką emigracyjną ocenę tego, co się w Polsce działo ostatnio. 2020 to był rok podwójnego uderzenia, najpierw w mniejszości seksualne w kampanii prezydenckiej, potem antykobiecy wyrok pseudotrybunału w sprawie aborcji.

 

To jest taki miecz obosieczny. Jak zaczyna się robić na ten temat jakąś kampanię zagranicą, to czasami trudno to zbalansować. Z jednej strony chce się pokazać, że Polska to nie jest średniowiecze, tylko rząd jest zjebany i ludzie cały czas walczą, są odważni i kreatywni, jeśli chodzi o sposoby tego oporu. Ale czasami ciężko to przekazać – nie lubię takich komunikatów i artykułów, które mówią, że Polska zawsze była do tyłu i tak już teraz tam będzie, zobaczcie jak jest egzotycznie… Mimo, że nie jestem nacjonalistką, to doświadczyłam różnych uprzedzeń wobec osób z Polski, czy musiałam tłumaczyć pewne rzeczy. Tu gdzie mieszkam, we Wiedniu, jest duża polonia, która głosowała przeciw Dudzie. Już się zawiązała Ciocia Wienia, która pomaga tutaj przyjechać i dokonać albo aborcji, albo anonimowego porodu. Czyli takiej procedury, która pozwala na urodzenie dziecka bez oskarżeń o to, że się je porzuca. Przez pierwsze sześć miesięcy dziecko jest pod opieką państwa i to jest czas na decyzję. Po sześciu miesiącach ta szansa przepada i dziecko nigdy nie otrzyma twoich danych. Tutaj nie ma tego, co jest w wielu krajach, czyli dziecko po osiemnastce ma dostęp do danych biologicznej matki. Tutaj to działa tak, że ten anonimowy poród może się rzeczywiście anonimowo odbyć. Ciocia Wienia pomaga finansowo, z tłumaczeniem, z transportem, noclegiem, wsparciem i zorganizowaniem tego wszystkiego.  One utworzyły taką sieć organizacji zajmujących się tematyką pro-choice. Jest tutaj mały oddział Strajku Kobiet, wcześniej Dziewuchy Dziewuchom, odbywał się Kongres Kobiet. Więc jest tutaj kilka komórek polskiego feminizmu, odbywają się protesty. Np. Ciocia Wienia jest bardzo queerowa, więc odbywały się solidarnościówki ze Stop Bzdurom. Mówi się, że w sierpniu 2020 Polska miała swój Stonewall. A ja czekam na Gays Supporting Miners. Na te sojusze z rolnikami, taksówkarzami, z klasą robotniczą. Chciałabym też dodać, że najważniejsze w tym wszystkim jest to, żeby budować sojusze nie w oparciu o tożsamość, a o wspólne sprawy.

fot. Sara Rafael
fot. Sara Rafael
WIĘCEJ