Maja Staśko o groźbie pozwu od Anny Lewandowskiej: „To jest przemoc ekonomiczna„

Maja Staśko o groźbie pozwu od Anny Lewandowskiej: „To jest przemoc ekonomiczna

Aktywistka skrytykowała social mediowe aktywności Lewandowskiej, która, w nagraniu zamieszczonym na Instagramie, tańczyła w stroju osoby otyłej.

Pod koniec sierpnia Anna Lewandowska, trenerka fitness, przedsiębiorczyni oraz małżonka najsłynniejszego obecnie polskiego sportowca, wstawiła na Instagram story, w którym tańczy w przebraniu osoby otyłej. Wymachująca w rytm muzyki karykaturalnie dużymi pluszowymi pośladkami oraz brzuchem influencerka opatrzyła filmik hashtagiem BodyPositive oraz pytaniem do swoich fanów jak im się teraz podoba. Lewandowska lubi zamieszczać humorystyczne materiały na swoich socialmediowych profilach. Ten upload spotkał się jednak z falą krytyki.

Wśród osób zarzucających trenerce fat shaming oraz wyśmiewanie się z osób o innej budowie ciała była Maja Staśko. Działająca na rzecz ofiar molestowania i gwałtów oraz poruszająca tematy równości i mizoginii aktywistka wrzuciła klatkę z wideo Lewandowskiej i opatrzyła ją długim komentarzem. – Filmik @annalewandowskahpba, w którym przebiera się za grubą kobietę, jest wyrazem totalnego braku empatii. Żarty z grubych osób są tak samo śmieszne jak żarty z gwałtów. Grube osoby to ludzie, nie obiekt żartów czy inwektywa. A Lewandowska nazywa swój filmik #bodypositive. To jest przeciwieństwo ciałopozytywności! Superszczupła laska, którą stać dosłownie na wszystko, każdy zabieg upiększający i usługę, i która ma mnóstwo czasu, by ćwiczyć – w stroju grubej osoby wywija śmiesznie do kamery. No naprawdę, boki zrywać – pisała między innymi Staśko.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Filmik @annalewandowskahpba , w którym przebiera się za grubą kobietę, jest wyrazem totalnego braku empatii. Żarty z grubych osób są tak samo śmieszne jak żarty z gwałtów. Grube osoby to ludzie, nie obiekt żartów czy inwektywa. A Lewandowska nazywa swój filmik #bodypositive. To jest przeciwieństwo ciałopozytywności! Superszczupła laska, którą stać dosłownie na wszystko, każdy zabieg upiększający i usługę, i która ma mnóstwo czasu, by ćwiczyć – w stroju grubej osoby wywija śmiesznie do kamery. No naprawdę, boki zrywać. Lewandowska nie widzi swoich przywilejów – jako szczupła, bogata osoba nie musiała się zmagać z mnóstwem problemów. Dla niej strój grubej to śmieszna odmiana. Dla innych to ciało, w którym żyją. Ciało, przez które lekarze ignorują choroby, mówiąc „schudnij”; przez które nie dostają pracy; przez które ludzie ich poniżają i uznają za gorszych. A oznaczanie się „body positive” przez kobietę, która swoją karierę oparła na przedstawianiu grubych jako „przed” – tych do poprawy – to już szczyt hipokryzji. Grube ciała to nie są ciała „przed” – przed zmianą na te lepsze, chude. Przed życiem jako pełnowartościowa osoba. To ciała „teraz”. Często zdrowsze niż te „po”. Dlaczego trenerki fitness nie pokazują wyników badań lekarskich „przed” i „po”? Pokazują tylko kształt ciała – kształt, który nie znaczy nic ponad to, że wpisuje się bardziej lub mniej w aktualne trendy. Trenerki zgarniają wielkie pieniądze na tym, że grubość jest stygmatyzowana. Obiecują lepsze życie po schudnięciu. Takie, jakie prowadzą one: wystawne, z kochającymi (i bogatymi) partnerami, pełne podróży i szczęśliwe. Linie kosmetyków, przekąsek, kolejne płyty z treningami – odpowiednio uformowane ciało ma dawać przepustkę do lepszego życia. Oczywiście, nie daje jej – to tylko chwyt reklamowy. Dawałaby ją powszechna opieka zdrowotna, darmowy dostęp do kultury czy krótszy tydzień pracy. Dzięki temu również otyłość mogłaby być lepiej leczona – osoby miałyby dostęp do specjalistów i czas na leczenie. Niestety, w tym fatfobicznym świecie nawet dobre, sportowe działanie przeradza się szybko w towar, który trzeba sprzedać. Za wszelką cenę. Nawet kosztem ludzi, ich zdrowia i życia.

Post udostępniony przez  Maja Staśko (@majakstasko)

Wkrótce po swoim poście, Staśko otrzymała, także za pośrednictwem Instagrama, wiadomość od prawników Lewandowskiej, którzy zagrozili aktywistce pozwem na 50 tysięcy złotych za godzenie w dobra osobiste ich klientki. Autorka posta nie dała się jednak zastraszyć i otwarcie napisała o całej sprawie, która z powrotem przedostała się po mediów – z jeszcze większym impetem niż oryginalnie. To doprowadziło z kolei do wycofania się przedstawicieli Lewandowskiej. – Szczerze mówiąc, nie byłam zaskoczona. Gdy o tym opowiedziałam, wizerunek Anny Lewandowskiej doznał uszczerbku. Jej team miał więc zrobić wszystko, by to naprawić. Prawnicy pewnie nie spodziewali się, że o tym powiem – pewnie zakładali, że wystraszy mnie to na tyle, że nie będę dalej ruszała tematu. Cóż. Pomylili się – powiedziała w rozmowie z nami Maja Staśko.

Uczucia towarzyszące otrzymaniu pisma rekonstruuje następujaco: – Czułam się okropnie. Pismo wysłane na Instagramie, trafiło do foldery „inne”. Mam tam sporo wiadomości, w których dziewczyny zgłaszają się do mnie w przypadku przemocy – szybko przeszłam więc do kolejnej, żeby je wspierać. Ale tę wiadomość miałam cały czas z tyłu głowy. Szczerze mówiąc, byłam przerażona, a jednocześnie wiedziałam, że nie zrobiłam nic złego. Wiedziałam też, że za to nic złego mogę zapłacić olbrzymią kwotę, ponieważ Annę Lewandowską stać na najlepszych prawników – mówi aktywistka.

Maja Staśko ma też dość jednoznaczne zdanie na temat praktyk ochrony „dóbr osobistych”, z których korzystają osoby posiadające pieniądze. – To jest po prostu przemoc ekonomiczna. Bogaci za pomocą pieniędzy i z wykorzystaniem wymiaru sprawiedliwości uciszają i zastraszają ludzi. Przecież to nie jest pierwsza taka sprawa! Anna Wilk-Baran za tekst o pracownicy Amici, która popełniła samobójstwo, a wcześniej była mobbowana i molestowana w pracy dostała pozew od firmy. Podobnie Piotr Ikonowicz, który powiedział, że „Amica ma krew na rękach”. Kobiety po gwałtach, które wspieram, także dostają pozwy, gdy opowiedzą o swoim doświadczeniu. To jest przemoc.

Jako pozytywną stronę całego sporu oraz medialnej karuzeli postrzega z kolei wsparcie, które otrzymała od setek osób za pośrednictwem internetu: – To wsparcie jest takie niesamowite! Cieszy mnie, że wreszcie mówimy o tym, że elity nie są wszechmocne i nie mogą robić z nami wszystkiego, co im się zachce. To jest narracja, której mi bardzo brakowało – narracja, która widzi różnice ekonomiczne i różne możliwości, które mamy. presja na rzecz sprawiedliwości zawsze ma sens!

Patrząc w przyszłość zastanawiamy się wspólnie nad tym, jaki wpływ na postrzeganie fatshamingu w Polsce może mieć cała sprawa. Maja ma dość jednoznaczny pogląd: – Na pewno to rozpoczęło dyskusję – a to już dużo. Teraz to zadanie mediów – żeby tego nie uciszyć, tylko naprawdę zmierzyć się z tematem. Zaprosić wreszcie grube aktywistki i dać przestrzeń. Ja nie chcę mówić za nie w tym temacie. Gdy zapraszały mnie media, proponowałam świetne grube aktywistki, od których mnóstwo się nauczyłam w tym temacie. Natalia Skoczylas, Urszula Chowaniec – warto je obserwować! Ja mogę mówić o próbie uciszenia i zastraszenia, której tu doświadczyłam, o nierównościach ekonomicznych – bo mówię o sobie. Ale nie chcę mówić za kogoś. „Nic o nas bez nas”.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Dzisiaj przeprowadziłam długą rozmowę z pracownicą Anny Lewandowskiej. Pozwu nie bedzie. Ale przeprosin za groźbę pozwem też nie. Usłyszałam, że lepiej się wzajemnie przeprosić i porozumieć. Od początku w tej sprawie kontaktują się ze mną wyłącznie prawnicy i (bardzo miła!) pracownica celebrytki, nigdy ona sama. Trudno więc mówić o jakimkolwiek porozumieniu. Rozmowa przez swoich pracowników milionerki grożącej pozwem z aktywistką, która nie wiedziała, czy będzie miała na życie, bo ją skrytykowała - to też niezbyt równy dialog. Trudno wejść w porozumienie z ludźmi, którzy próbowali zastraszać i uciszać, a gdy sprawa pojawiła się w mediach - zaczęli szukać ,,porozumienia". A wzajemnie przeprosić? Nie chcę żyć w świecie, w którym trzeba przepraszać bogatych ludzi za krytykę. Po prostu nie. Codziennie walczę z niesprawiedliwym traktowaniem, także ze względu na majętność - nie będę teraz działać inaczej. Chociaż przykro mi, że tak to działa. Bo to coś znacznie więcej niż jedna afera. Nie jestem w stanie jednym gestem pominąć lat katowania mojego ciała przez przemysł kosmetyczny i fitness – choć bardzo bym chciała, żeby to było takie proste. Chciałabym się ,,porozumieć", a wszystko nagle by się zmieniło – grube ciała nie stanowiłyby tych „przed”, a producenci i celebrytki nie sprzedawaliby nam niepotrzebnych produktów, wmawiając, że nasze ciała są niedoskonałe, byleby tylko powiększać swoje fortuny. Chciałabym, bym takim jednym gestem przestała zmagać się z zaburzeniami jedzenia, a moja mama – z anoreksją. Chciałabym, bardzo. Ale to tak nie działa. To jest wielka, ciężka walka – z systemem, który ceni wyżej zyski niż ludzi i ich życie i zdrowie; wymiarem sprawiedliwości, który broni bogatych przed biednymi; z przemysłem, który daje zarabiać milionerom kosztem zdrowia i życia zwykłych ludzi. Ale razem to zmienimy. Ogrom wsparcia przez te dni dał mi tyle nadziei! Serio, jesteście niesamowici, dziękuję ❤

Post udostępniony przez  Maja Staśko (@majakstasko)

WIĘCEJ