Nikt nie powinien tłumaczyć się z tego, kim jest.

Maja Heban to niestrudzona aktywistka, która z cierpliwością staje naprzeciw libków i tłumaczy im siebie, chociaż wcale nie musi. Dziennikarka i laureatka tegorocznej Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii w kategorii media usiadła z nami, żeby porozmawiać o swoich doświadczeniach, potędze reprezentacji i sposobach na odbijanie argumentów przeciwko neutralnemu językowi.

Paweł Klimczak: Rozmawiamy chwilę po dość nieprzyjemnym wywiadzie, jakiego udzieliłaś dużemu, liberalnemu medium. Podziwiam twoją cierpliwość, bo zestaw pytań i ton był dość napastliwy i niestety, to nie wyjątek, a raczej typowy przykład takich rozmów.

Maja Heban: To jest charakterystyka tego, jak wygląda aktywizm osób trans w Polsce. Wydaje mi się, że on musi przejść takie nieuchronne etapy. Na początku przechodziliśmy etap, kiedy Anna Grodzka maczetą swojej widzialności siekała ścieżki dla przyszłych pokoleń. Gdzie ona była traktowana jako jedyna osoba trans, albo prezydentka osób trans. I tak naprawdę tym, że istniała w przestrzeni publicznej, ściągała na siebie krytykę, hejt itd. To był niemalże taki freak show, gdzie ludzie się musieli na nią napatrzeć, żeby zobaczyć, że coś takiego istnieje, że jest coś takiego jak transpłciowość, że są osoby transpłciowe. W tej samej kadencji Sejmu była Anna Grodzka i Robert Biedroń. Pamiętam, że wobec Anny Grodzkiej padały różne nieprzyjemne komentarze, były jakieś memy z nią… Podobnie było z Robertem Biedroniem. Jak wychodził na trybunę i mówił coś o jakimś chwycie poniżej pasa, to się wszyscy z tego śmiali, łącznie z przedstawicielami PO. Mam wrażenie, że dzisiaj poszliśmy dalej w tym sensie, że jest bardziej hardcorowa mowa nienawiści, bardziej hardcorowa propaganda anty-LGBT z jednej strony, a z drugiej strony mamy posła Śmiszka w Sejmie czy posłanki, które zrobiły coming out jako osoby biseksualne i nikt wprost nie nazywa ich jakimiś zboczeńcami, nikt nie śmieje się z nich wprost. Natomiast jednocześnie jest walka z jakąś ideologią, zagrożeniem dla dzieci itd. Mam wrażenie, że Anna Grodzka musiała przejść to, biorąc na siebie cały możliwy hejt, bo ludzie nawet nie wiedzieli, że nie można osoby trans traktować jakby nie była człowiekiem. Więc ten etap, taki zupełnie wstępny, przeszliśmy, teraz przechodzimy na dalszy etap, czyli: ok, wiemy, że osoby trans to są ludzie, więc nie możemy dosłownie hejtować, zarzucać tych osób bagnem – chociaż umówmy się, tego hejtu jest nadal sporo – ale to jest często zadawanie tych samych pytań, tłumaczenie najprostszych rzeczy… To często są rozmowy, które wychodzą z założenia: ja mam problem, że wy chcecie to i to i to i wytłumacz mi, dlaczego uważasz, że to nie jest problem. Więc to jest dyskusja osoby, która chce mieć jakieś prawa i osoby, której temat w ogóle nie dotyczy, na temat tego, dlaczego ta osoba powinna mieć te prawa. To świetnie tłumaczy Shon Faye w książce, którą teraz czytam. Ona zresztą zatytułowała ją The Transgender Issue, czyli, że jest problem osób trans, trans problem. Media w Wielkiej Brytanii tak chciały przez lata do tego podchodzić, że przychodzi osoba trans i nie mówi o tym, z czym osoby trans mają problem, co jest problemem dla osób trans w społeczeństwie, tylko społeczeństwo ma taki i taki problem z osobami trans i wyjaśnij, o co chodzi. Niestety, my jesteśmy właśnie na takim etapie, czyli my przychodzimy i musimy udowodnić, że nie jesteśmy wielbłądem. Myślę, że takim koronnym przykładem był ten nieszczęsny wywiad Beaty Lubeckiej z Margot, czyli pytania o to, co się ma w genitaliach, pytania o seksualność. Autentycznie Margot musiała udowodnić, że nie jest cis-wielbłądem. 

Jak myślisz, czy ta nasilająca się queerfobia nie jest odpowiedzią na to, że pewne rzeczy są obecnie o wiele bardziej akceptowane, że zmierzamy – bardzo powoli, ale jednak – w stronę społeczeństwa bardziej otwartego, równościowego? Kiedy rozmawiałem z Bartem Staszewskim, wyraził taką opinię, ale nie wiem, czy to nie jest zbyt duży optymizm. 

Myślę, że coś w tym jest, na pewno nie jest to jedyny powód, ale powiedziałabym, że tak. Nawet to, że na kogoś szczujesz, świadczy o tym, że ktoś taki istnieje, takie szczęście w nieszczęściu. Trzeba wiedzieć, kogo hejtować, żeby to miało miejsce. To się chyba odbije taką czkawką, bo rzeczywiście to jest błędne koło. Jest większy hejt ze względu na to, że ludzie są bardziej widzialni i łatwiej wskazać wroga, kiedy on rzeczywiście jest i gdzieś sobie łazi po ulicach. Kiedy pojawiają się zalążki równości, łatwiej w propagandzie wskazać palcem i powiedzieć, że to jest zagrożenie. Ale to też powoduje inną reakcję, czyli im więcej jest tego hejtu, tym więcej ludzie, którzy wcześniej byli trochę niezdecydowani, albo nie angażowali się za bardzo, zaczynają chodzić na marsze równości. Albo mówią sobie: dobra, może nie jestem specem od LGBT, ale to, co się dzieje, to już przesada, już za dużo tego hejtu. To działa w dwie strony. Myślę też, że w wielu postawach zawiera się mit takiego starego, dobrego społeczeństwa, gdzie nikt się nie wychylał, gdzie każdy znał jakiegoś homoczłowieka, albo wujka, który się przebiera w damskie ciuszki, ale nikt o tym nie mówił, nikt się tym nie chwalił i nikomu to nie przeszkadzało, a teraz wszyscy wyłażą na ulicę i się afiszują. No właśnie trochę tak to wygląda, tzn. kiedyś faktycznie nikt o tym nie mówił, kiedyś faktycznie warunkiem przetrwania było to, żeby się ukrywać i każdemu było na rękę, że się ludzie ukrywali. Np. jeżeli ktoś miał jakiegoś homoseksualnego wujka w rodzinie, to było dobrze dla tej rodziny, żeby on faktycznie się nie ujawniał i żeby to była tajemnica poliszynela. W momencie, w którym ludzie zaczynają wychodzić z szafy, przestają pytać o zgodę, tylko zaczynają żyć otwarcie, to jest jakiś potencjał. Jest ktoś, na kogo można szczuć, jest rzeczywiście łatwiej wskazać ludziom jakiś cel i można powiedzieć „my się nie wtrącamy, jak ktoś żyje po swojemu, ale wy wychodzicie na ulice”. Ale to też pokazuje, ile były warte narracje typu kiedyś takich ludzi nie było. Oni byli zawsze, tylko się po prostu nie pokazywali.

Żyjemy w bardzo zgenderowanym świecie, tzn. wciąż wiele zachowań i aktywności jest albo nacechowane płciowo, albo wręcz przypisane do konkretnej płci. Takie wzorce wzmacnia też kultura, szczególnie masowa. Czy myślisz, że taki kierunek – odgenderowania świata – jest słuszny? Czy kiedykolwiek doczekamy się rzeczywistości, w której płeć nic nie determinuje, a po prostu jest?

Myślę, że to nigdy nie będzie w pełni osiągnięte, w tym sensie, że na całym świecie są różne kultury i one przechodzą różne zmiany i są na różnych etapach tych zmian. Więc z racji tego, że mamy globalizm i globalną wymianę informacji i wzorców kulturowych, nie mówiąc już dosłownie o nośnikach tych wzorców, czyli obywateli i ich wiecznej migracji, to nigdy nie będzie tak, że przejdziemy jakiś progres, jakąś zmianę i to będzie koniec. Bo np. powiedzmy, że w jakimś bardzo rozwiniętym kraju będzie jakaś zmiana społeczna, ale ona będzie dotyczyć wyłącznie tych najwyższych warstw społecznych, które są najbardziej wyedukowane i żyją w takich najbardziej kosmpolitycznych rejonach kraju. A w tych mniej miastowych regionach kraju może być zupełnie inaczej. Weźmy np. Szwecję, która uchodzi za jakąś utopię, jeżeli chodzi o jakieś lewicowe zmiany i jest traktowana jako świat z utopii lub dystopii przez pisarzy science-fiction i jest stawiana jako wzór do naśladowania lub groźba, której trzeba uniknąć, zależy kogo spytasz. A jednocześnie dalej tam są jakieś ruchy faszystowskie. Imigracja też ma znaczenie, bo jeżeli ludzie emigrują z jednego kraju do drugiego, to też przenoszą ze sobą te wzorce kultury. Więc to się zawsze będzie mieszało, zawsze będziemy mieli ludzi na różnych etapach tej zmiany i ona będzie szła w różnych kierunkach, więc to będzie zawsze jakiś temat. Natomiast jeżeli chodzi o to, czy to powinno mieć miejsce, to odgenderowanie pewnych rzeczy? Jak najbardziej. Na pewno wszyscy na tym dobrze wyjdą, na pewno dobrze wyjdą na tym osoby, które się nie wpisują do końca w te stereotypy, a nawet te, które się w nie wpisują, są przez nie krzywdzone. Na pewno dla osób niebinarnych, dla osób trans, to uwolnienie od wszystkich norm kulturowych byłoby świetne dlatego, że one się wiążą z dysforią. Bardzo łatwo sobie powiedzieć, patrząc na to wszystko z boku, że mnie to nie dotyczy. Jak ja jestem transdziewczyną, to np. mam już takie doświadczenie z tym, że wciskano mnie w rolę męską i oczekiwano ode mnie robienia męskich rzeczy, że teraz sobie mogę pozwolić na to, żeby robić męskie rzeczy, bo i tak już przekraczam te wszystkie granice i samo moje istnienie jest transgresją kulturową i czego bym nie robiła, to i tak już będę te normy przekraczać. Ale nie zmienia to faktu, że jeżeli ktoś posądził mnie o to, że się zachowuję jak typowy facet, to będzie mi przykro, będę to brała do siebie. Mogę powiedzieć: ale co to znaczy, jak typowy facet? Jak ktoś, kto jest pod wpływem działania hormonu testosteron? Czy jak ktoś, kto został wychowany jako mężczyzna? Nie uważam, że są zachowania męskie i kobiece, są zachowania postrzegane jako stereotypowo męskie czy kobiece. Możemy sobie o tym kulturoznawczo i socjologicznie rozmawiać bardzo długie godziny, ale to się wszystko internalizuje. Nawet jeśli jesteś najbardziej zbuntowaną osobą, to mimo wszystko gdzieś tam masz to przeczucie, że mogą cię skrzywdzić te wszystkie stereotypy i to, że ludzie cię postrzegają jak jakiegoś babochłopa, jakiegoś fajtłapę, zniewieściałego faceta, czy supertwardą kobietę… Myślę, że nikt nie jest w pełni wolny od tych oczekiwań.

A czy ty miałaś taki moment, że odczuwałaś to zgenderowanie kultury, które cię otacza?

Ja nie pamiętałam tego zupełnie i dopiero rodzice lata po coming oucie mi powiedzieli. Jak miałam trzy lata, to chciałam mieć jakieś lalki. To nie jest dowód na to, ze już wtedy zaczęła się cała historia, bo chłopiec też może chcieć lalki, jak jest małym dzieckiem. To w ogóle nie jest nic złego. Zresztą ja się lubiłam bawić zawsze w rzeczy takie bardziej stereotypowo chłopięce: gry komputerowe, walki, udawanie, że jestem poszukiwaczką duchów albo policjantką. Zawsze mnie pasjonowały rzeczy nastawione na przygodę, historię, jakiś konflikt ze złem. 

Nerdoza nie ma płci.

Dokładnie. Według rodziców to były pierwsze oznaki, ale zawsze jest ciężko znaleźć tę różnicę pomiędzy tym, że dzieci mają oczekiwania, które im podsuwa kultura, tzn. dzieci to akceptują, że chcą mieć takie i takie zabawki i takie kolory. W którymś momencie życia rzeczywiście jest tak, że dzieci wchodzą trochę w te role społeczne, obserwując je, próbują je naśladować. To jest naturalne, że dziewczynki próbują naśladować to, co robi ich mama, chłopcy to, co robi tata. Dla niektórych dzieci będzie bardziej naturalne robić to, co one chcą robić naprawdę, inne dzieci będą bardziej konformistyczne i będą próbowały się dopasować do otoczenia, więc tu nie ma jednego, wielkiego wzorca. W przypadku dzieci, które są trans, na pewno będzie je fizycznie ciągnęło do płci, z którą się utożsamiają i będą odczuwały jakąś wyrwę pomiędzy tym, jak są postrzegane, a tym, jak się same postrzegają i jak się czują. A jednocześnie będzie to, że skoro wszystkie dziewczynki coś lubią, to ja też to lubię. Ten wątek kulturowy ma tutaj różne znaczenia. Często osoby, które są transfobiczne, a udają, że nie są, oskarżają osoby trans o to, że powielają stereotypy kulturowe. Problem polega na tym, że jak weźmiesz dziewczynkę, która jest cis i kupujesz jej klocki i czołgi, zestawy małego astronoma, to w pewnym momencie może przyjść do ciebie ta mała dziewczynka, którą próbujesz wychować na gender-neutral przyszłą naukowczynię i powie: mama, ja chcę lalkę, która sika. I ty po prostu jesteś załamana, bo chciałaś wychować lewackie dziecko, a ona mi tutaj chce jakąś lalkę. Na tym to wszystko polega, że dzieci też już zaczynają internalizować kulturę. Obserwują wszystko, co się dzieje i czasami po prostu same się wpisują w te stereotypy. I tak samo jest w przypadku osób trans. Nie jest tak, że ja jako dziecko chciałam mieć lalkę i lubiłam swoją koleżankę zza płota, więc uznałam, że chyba jestem dziewczynką, bo jakbym była chłopcem, to bym się nie mogła bawić lalkami. Tak rozumuje wiele osób. Ale to idzie w zupełnie drugą stronę, to jest mylenie przyczyn i skutków. Bawiłam się lalkami, bo lalkami bawiła się moja przyjaciółka, która mieszkała za płotem, z którą spędzałam cały wolny czas. Ale jednocześnie np. oglądając Power Rangers, utożsamiałam się z tą żółtą wojowniczką. Swoją drogą, to był podwójny poziom inności, bo nie dość, że była kobietą, to jeszcze była Azjatką. Koleżanki chciały być różową, bo to była klasycznie atrakcyjna biała dziewczyna, a ja właśnie na przekór chciałam być żółtą. To takie symboliczne w kontekście, że faktycznie zawcze czułam, że jestem dziewczyną, ale jednocześnie coś mnie odróżnia od pozostałych dziewczyn. Wracając do zabaw – kluczowym aspektem nie jest to, że się bawiłam w dom, czyli stereotypową zabawę z dziećmi i sobie wmówiłam, że jestem trans. No właśnie nie. To, że się bawiłam w dom, nie ma znaczenia. Ma znaczenie to, że jak się bawiłam w dom, to ja i koleżanka byłyśmy siostrami, albo byłyśmy przyjaciółkami. O to chodzi, o silną potrzebę przynależności do grupy kobiecej. Zakładałam jakieś swetry albo jakieś koszulki na głowę i udawałam, że mam długie włosy, bo czułam, że to mi pozwala jakoś bardziej wejść w tę grupę. Robiłam sobie jakieś długie paznokcie z plasteliny. Czyli podejmowałam fizyczne próby dopasowania się do grupy, z którą utożsamiałam się najbardziej. Potem jak zaczął się WF dzielony na chłopców i dziewczynki – bo z jakiegoś powodu miałam przez pierwsze lata wspólny – dla mnie to był początek okresu depresji, bo nagle się okazało, że muszę iść się przebierać z chłopakami. Dla mnie to było bez sensu. Np. pamiętam, że jako dziewczynka, która miała zupełnie płaską klatkę piersiową – bo przecież wszyscy tak wtedy wyglądaliśmy – krępowałam się nagością przed chłopakami. To nie jest coś, co można wytłumaczyć kulturowo. To nie jest tak, że dziewczynki krępują się pokazywać piersi, bo to jest modne wśród dziewczyn. Mi się to kojarzy z bólem fantomowym. Krępujesz się pokazywać piersi, których nie masz fizycznie. Czułam, że jestem jedną z dziewczyn, ale ja nie wyglądam do końca jak one. Albo np. ja nie jestem postrzegana, jak one. Ja sobie po prostu z tego nie zdawałam sprawy przez pierwsze lata. Nie docierało do mnie to, że każde dziecko ma jakąś płeć i ja jestem teoretycznie płci męskiej, mimo, że nie czuję z nią związku. To mi dopiero uświadomili różni rówieśnici i dorośli. No i właśnie te podziały, czyli podział na wuefie, podział w kościele. Też pamiętam, że jak szłam do pierwszej komunii, to automatycznie poszłam siedzieć do dziewczyn i mnie przenieśli do chłopaków, czego nie rozumiałam. 

A jak reagowali na to wszystko twoi rodzice?

Myślę, że nie reagowali za bardzo, chyba się pogodzili, że najwyżej wyrosnę na homoseksualnego chłopaka. Jakoś tak nie chcieli się z tym za bardzo mierzyć i nie podnosili tematu, tylko sobie to tak wisiało z tyłu. Raz coś tam ojciec powiedział nieprzychylnego, że biegam jak ciota, czy coś w tym stylu. Ale zazwyczaj zostawiali to bez komentarza, albo próbowali mnie lekko wypychać, np. żebym poszła pograć w piłkę z bratem i z chłopakami. Pozwalali mi na nerdozę, więc sobie po prostu siedziałam przed komputerem. Poza tym ja jestem z problematycznej rodziny, więc w pewnym momencie zaczęliśmy się z bratem zajmować sami sobą, a rodzice się od nas oddalili i zaczęli koncentrować na własnych problemach, a mniej na moich. Coming out przed nimi zrobiłam dopiero, jak miałam 17-18 lat. I to sobie musieli przetrawić przez parę lat, żeby akceptująco do tego podejść.

Do kwestii reprezentacji jeszcze przejdziemy, ale kiedy dorastałaś, pewnie było mało materiałów edukacyjnych, nie było też osób w internecie, do których można było napisać, kiedy się zastanawiało, co się dzieje i szukało swojej tożsamości. Dzięki komu, albo dzięki czemu te klocki wpadły na swoje miejsce?

Myślę, że dzięki przypadkowi tak naprawdę. Jakoś tak w gimnazjum zaczęłam intensywny okres wyparcia, który trwał bardzo krótko. Ale to było wyparcie na zasadzie: noszę buty za duże o cztery rozmiary, żeby być taka cool i twarda i mieć wielką stopę w glanach itd. Też zaczęłam się może nie bić, ale np. nastraszyłam chłopaka, który próbował się nade mną znęcać. To był taki okres mocnego odbicia się, sarkazmu, wulgaryzmów itd. Ja byłam strasznie wrażliwym, strasznie delikatnym dzieckiem, takim aniołkiem, który nie mógł nikogo skrzywdzić, a potem poszłam w stronę czarnego humoru i wyszydzania wszystkich ludzi, żeby się bronić przed innymi. Ten okres był krótkotrwały, bo na początku liceum próbowałam przekonać sama siebie, że mogę być hetero chłopakiem, albo co najwyżej bi chłopakiem, ale to mi w ogóle nie szło. I tak zupełnym przypadkiem na lekcji przysposobienia obronnego facetka puściła nam kasetę VHS o osobach trans, która podejrzewam, że z dzisiejszej perspektywy była zajebiście przestarzała, że pewnie była o transseksualnych osobach, które zmieniają płeć i ucinają sobie penisa, czy coś w tym stylu. Niemniej jednak zmusiło mnie to do konfrontacji ze sobą i to był ostatni gwóźdź do trumny, który sprawił, że to się jakoś domknęło i pogrzebało te wszystkie mrzonki, że mogę żyć jako facet. Pojawiło się to słowo, które zburzyło tę całą maskaradę i przestałam się okłamywać. Strasznie mnie to zdołowało, wpadłam w jakąś taką depresję, ale jednocześnie to było katharsis. Wtedy przestałam chodzić do szkoły, ale zaczęłam planować jakieś życie. Tzn. wtedy przestałam chodzić do szkoły tak ogólnie, to się po prostu zbiegło w czasie – ta pogłębiająca się depresja, te coraz bardziej żałosne próby wpisywania się w normę, konfrontacja ze słowem transpłciowość, czy transseksualizm, bo tak się wtedy mówiło. Zaczęłam intensywnie szukać informacji na ten temat w internecie, wtedy było tak zwane niebieskie forum, tworzone przez osoby trans dla osób trans. Nie było zresztą w internecie informacji tworzonych przez kogolwiek innego, też nie było – tak jak teraz – żadnego wsparcia ze strony państwa czy ze strony organizacji rządowych. Tak naprawdę nie wiedziałam, czy mogłam wtedy planować tranzycję, bo to wszystko wiązało się z kosztami, nie wiedziałam, jak to ugryźć, więc chodziłam na terapię na NFZ przy szkole i po prostu próbowałam pogadać z terapeutką na temat moich planów.

Czy ta terapeutka miała jakąś wiedzę na temat osób trans, czy procesu, który mogła ci zaproponować?

Wydaje mi się, że nie. Ona bardziej skupiała się na tym, żebym jakoś funkcjonowała w życiu i nie chciała uzależnić mojego funkcjonowania od tranzycji. Jej bardziej zależało, żebym planowała jakieś studia i pracę i tranzycję gdzieś na boku. Nie chciała dopuścić do sytuacji, w której kończę liceum, skupiam się na tranzycji, a reszta to detale, więc miało to pewnie sens. Potem wszystko było podyktowane tylko tranzycją: gdzie pójdę na studia i po co… Owszem, chciałam mieć jakieś życie i móc gdzieś pracować, mieć znajomych, ale generalnie każdy dzień to był jeden dzień mniej do rozpoczęcia tranzycji. Albo jeden dzień mniej do jakiegoś zabiegu. Tak naprawdę to zdominowało jakieś cztery lata mojego życia i tak naprawdę nic innego się nie liczyło. A nawet kiedy ten okres się zakończył i domknęłam wszystko, co chciałam zrobić – czyli kończąc na operacji – to i tak nie był koniec tranzycji w takim pełnym znaczeniu medyczno-społecznym. Miałam też bardzo dużo takich emocjonalno-mentalnych skutków tej tranzycji do przerobienia terapeutycznie. Wiesz, zmienić imię w sądzie i oznaczenie w dokumentach i przedstawić się ludziom, to jest jedno. Ale uporać się z tym, że wychodzi się na ulicę i po latach nadal się boi, że się zorientują i będą wrodzy wobec ciebie, albo np. chcesz złożyć papiery na drugi kierunek studiów i okazuje się, że maturę masz nadal zrobioną na stare dane i nie masz pojęcia, co z tym zrobić, albo że wracasz do swojej wsi i nie wiesz, czy masz przenikać cichaczem, nie przedstawiając się nikomu, czy masz mówić cześć starym znajomym, bo w sumie nie masz pojęcia, czy oni wiedzą, czy nie… Na każdym kroku jest jakaś komplikacja, która po wielu latach nadal jest jakimś bagażem emocjonalnym. Więc to się nigdy nie kończy, zawsze się ciągnie za tobą.

Gdyby funkcjonował system, który szybko pozwala rozpoznać pewne sygnały, od razu podsuwa pewne procesy, wielu z tych rzeczy pewnie by się udało uniknąć. Problemem są też osoby o reakcyjnych poglądach, które powtarzają, że ludzie dokonują tranzycji, albo np. wymyślają sobie tożsamości przez modę, dla uzyskania jakichś korzyści. Opisujesz proces, który był dla ciebie potwornie ciężki fizycznie i psychicznie – nikt nie godzi się na to dla mody. W kraju takim, jak Polska ciężko jest mi też znaleźć jakieś potencjalne korzyści w coming oucie.

Zresztą nawet gdyby były osoby, które próbują to robić dla mody – kto jest w stanie określić do konkretnego procenta czyjąś orientację seksualną albo tożsamość płciową? Na pewno będą osoby, które np. Będą się utożsamiały jako niebinarne, bo zacznie do nich przemawiać ten aspekt wolności od stereotypów i rół płciowych, odrzucenia binarnego podziału płci, a potem jednak dojdą do wniosku, że po prostu są osobami cispłciowymi i binarnymi, tylko nie wpisują się w oczekiwania społeczeństwa co do swojej płci. Spoko, tylko pytanie: czy my chcemy w jakiś sposób chcemy uprawiać policję tego, jaką ktoś ma tożsamość, komu się wolno jak nazwać, bo a nuż będzie jednym z tych przypadków osób, które jednak się wycofały, jednak zmieniły zdanie na temat swojej tożsamości? Jeżeli to są rzeczy naprawdę trudne do stwierdzenia, to jest naturalne, że będą ludzie, którzy zmieniają zdanie, czy mają różne definicje. Ale spójrzmy np. na orientację. Ile jest osób, które są jakimiś gwiazdami estrady i biorą dwa śluby, a potem po dwudziestu latach stwierdzają, że są homoseksualne? Czy osoby biseksualne, które potem deklarują się jako homoseksualne, bo biseksualność łatwiej było im zaakceptować. Przeszliśmy już etap mówienia, że to jest moda, czy jakieś wydziwianie, więc dlaczego nie dajemy tego samego prawa osobom trans? Oczywiście, proces tranzycji wiąże się z ingerencją w ciało, tylko, że to nadal jest mały odsetek ludz, a osoby wycofujące się z tranzycji to jeden procent tego odsetka. Zawsze mówię: jeśli ktoś ma dysforię albo nie jest pewny swojej tożsamości, to już jest niestandardowa sytuacja, która wymaga interwencji. Jakiejś terapii, albo tranzycji, jakiegoś rodzaju wsparcia. Więc to już nie jest sytuacja, gdzie coś się komuś przywidziało i zaraz mu się odwidzi. Jeśli mamy do czynienia z deklaracją nie-cispłciowości, to trzeba się pogodzić, że taka sytuacja już standardowa nie będzie. 

Wiele się sprowadza do kwestii empatii, której brakuje w naszym kraju. Użyłaś słowa cispłciowość i tu się pojawia kolejny problem – języka. To, że z neutralnym językiem mają problemy konserwatyści niespodzianką nie jest, ale głosy oburzenia można także usłyszeć z liberalnej strony. Na stwierdzenie „cis hetero mężczyzna” częstą reakcją jest gadka o politycznym języku.

Ja nie jestem białym człowiekiem, jestem człowiekiem! Moim zdaniem trzeba to kontrować takimi przykładami, żeby pokazać, jak to jest głupie. Jeżeli przeszkadza ci słowo cis, to równie dobrze może ci przeszkadzać słowo hetero, czy słowo biały. Ja nie jestem wyznania rzymskokatolickiego, ja jestem chrześcijaninem – no spoko, ale chcemy doprecyzować i dlatego używamy tego terminu. 

Jak już jesteśmy przy codzienności, to porozmawiajmy o reprezentacji w mediach, popkulturze. Czy przypominasz sobie przykłady jakiejś szczególnie udanej reprezentacji, albo wprost przeciwnie – rzeczy, które cię bolały bądź gniewały? 

Ja nie trafiałam na reprezentację osób trans, myślę, że to jest coś względnie nowego. Nie licząc przypadków, które były kodowane jako trans, ale niestandardowo, czy nie zawsze. Np. w którejś japońskiej bijatyce była taka postać, Poison. W końcu nie ma konsensusu, czy ona zawsze była trans, a jeśli tak, to czy po operacji czy przed. W różnych wersjach wyglądało to różnie, więc nigdy nie było wiadomo, ale łączyło się to też z transfobicznymi przytykami ze strony innych postaci. Zresztą sam fakt jej istnienia wziął się stąd, że na początku lat 90 postać kobieca jako przeciwniczka w bijatyce byłaby kontrowersyjna, więc twórcy uznali, że jeśli będzie trans, to spoko, można bić, bo to nie kobieta. Tak ogólnie to nie spotykałam się z pozytywnymi przykładami, raczej były takie transfobiczne, budzące obrzydzenie i wymioty. Czyli ktoś poszedł do łóżka z kobietą, a ona ma penisa, więc idzie rzygać. Ace Ventura, Naga Broń, tych przykładów jest pełno. Tam się przewijało to samo: trans kobieta to jest to samo, co transwestyta, czyli to samo, co chłop przebrany za babę, a wszystko razem znaczy obrzydliwe, żałosne, ohydne itd. Przebieranie się, oszustwo, wyłudzanie seksu, no i oczywiście osoby trans, które są dewiantami i jakimiś przestępcami seksualnymi – to też się często pojawiało. Transwestyci/osoby transpłciowe/drag queens – to wszystko wrzucano do jednego worka i pokazywano, że te osoby czyhają na cnotę heterofacetów. Więc ten wątek zawsze się jakoś przewijał i to się strasznie mocno internalizuje, bo ja dopóki nie zaczęłam się interesować tym tak na poważnie, zgłębiając temat, to nie potrafiłam podać żadnego przykładu. A jednocześnie mam wrażenie, że jak o tym czytam, to pamiętam z dzieciństwa te rzeczy. Mam faktycznie gdzieś tam z tyłu głowy wątek, że była jakaś drag queen i ktoś próbował z nią flirtować, ale się naciął, czy coś w tym stylu. Albo że ktoś pocałował trans kobietę i potem rzygał i mył zęby obsesyjnie. Gdzieś mi się to utrwaliło, że czy jestem trans kobietą, czy drag queen, czy transwestytą – nieważne, to wszystko jest to samo, to wszystko jest obrzydliwe. Jako dziecko nie potrafiłam nazwać tego, że jestem transpłciową kobietą, nie miałam tej wiedzy. Obserwując to, nie wiedziałam do końca, o co chodzi, ale miałam wrażenie, że chodzi o mnie. Że jest w tym coś – i tutaj znowu pojawia się słowo, którego nie znałam – queerowego i tę queerowość biorę do siebie i to, że ona jest jednoznacznie negatywna, też biorę do siebie. Myślę, że to miało później przełożenie na takie rzeczy, kiedy np. jak przeżywałam swoją pierwszą miłość i się zakochałam w chłopaku, to było dla mnie oczywiste, że on jest hetero, a ja jestem na początku tranzycji i nawet nie wie, że jestem trans. A nawet on się nie może dowiedzieć, że jestem w nim zakochana, bo to by było dla niego jak obelga. Sam fakt, że ja miałam czelność zakochać się w cis hetero chłopaku miał być obleśny. Tak działa ta internalizacja.

Teraz tej reprezentacji jest więcej. 

Jest. Chociaż tak naprawdę bym powiedziała, że to są nadal pojedyncze przypadki, a wydaje się, że jest ich dużo, bo one są po prostu głośne. Jak wychodzi gra, w której jest trans bohater, to to jest big deal, bo długo się na to czekało. Np. w głośnym The Last Of Us 2 to nawet nie jest główny bohater, kojarzę też tytuł Tell Me Why od twórców Life Is Strange, jest Celeste, gdzie post factum twórczyni powiedziała, że bohaterka jest trans, bo ona sama jest trans, a w grze to w ogóle nie jest powiedziane. Jest to tzw. word of god, czyli potwierdzone info od autorki. Teraz ta reprezentacja ma szansę zaistnieć w takim normalnym sensie, że pojawia się osoba trans, ona jest trans i tyle. Nie gra to pierwszych skrzypiec, sama gra nie jest o tym, że ona jest trans, ale to też jest specyficzny temat. Kiedyś było tak, że jak pojawiali się geje w popkulturze, to ludzie bardzo potrzebowali tego, żeby to nie był ten stereotypowy, przegięty gej, który jest sassy, zabawny, trochę kobiecy, lubi wyskoczyć na zakupy z przyjaciółeczką, poplotkować itd. I zaczęli się pojawiać tacy twardzi faceci, którzy są normalnymi cis facetami, ale przy okazji są gejami. Tyle, że to zatoczyło koło, bo nagle się okazuje, że przydaliby się femboye, bo do tego standardowego zestawu protagonistów, którzy są biali, mają lekki zarost i krótką, brązową czuprynę dojdą geje i będziemy mieli w zasadzie to samo. Więc fajnie, jakby były postacie trans, których istnienie nie toczy się wokół tego, że są trans, jak np. te w Cyberpunku The Last Of Us 2. Ale fajnie jakby były też postacie trans, które w jakiś zniuansowany sposób mają to doświadczenie i ono rzeczywiście ma centralne znaczenie dla fabuły. Myślę, że to jest do zrobienia w najbliższym czasie. Momenty, że ktoś po prostu ma prawo być osobą transpłciową i bohaterem własnej historii zdarzają się tak rzadko, że można je policzyć na palcach jednej dłoni. Myślę, że przełomowy byłby np. wątek romantyczny z transpłciową postacią. Takie odczarowanie osób trans jako tragicznych historii czy chodzącego wyzwania, przedstawienie ich jako ludzi pełnoprawych, normalnych. 

Ciekawą sprawą są też kreatory postaci w grach, które dają możliwość ekspresji różnych tożsamości.

Gdybym miała możliwość stworzyć kobietę, czy postać niebinarną i miała możliwość zaznaczyć, czy jest cis, czy trans, to ja wcale nie wiem, czy bym za każdym razem grała trans kobietą. Bo to nie chodzi o to, że ja chcę stworzyć postać, z którą się utożsamiam – ja bym chętnie grała osobą trans, gdyby to była postać już stworzona, która ma konkretną historię. Ale w momencie, kiedy gram w grę typu Pillars Of Eternity, czy coś takiego, to niekoniecznie chcę grać osobą trans, bo nie mam tej potrzeby, bo nie jestem osobą płci trans kobieta, tylko osobą płci kobieta. Tak samo np. nie zawsze tworzę białe postacie, bo nie potrzebuję mieć dokładnie tej samej tożsamości w grze. Natomiast doceniam, kiedy kreator pozwala na niebinarne zaimki i kiedy są postacie trans jako zaplanowany element jej historii, jej narracji i to ma sens dla niej. Zdecydowanie to ma większe znaczenie w grach, które opowiadają jakąś historię. Jeżeli w Cyberpunku stworzę kobietę i dodam jej penisa, to absolutnie niczego nie zmieni w tej historii – to nie jest reprezentacja, faktyczną reprezentacją jest trans kobieta, która rzeczywiście w tej grze jest i ma jakiś wątek poboczny. 

Głośną reprezentacją tego typu była osoba trans w drugiej części The Last Of Us, o czym wspominałaś. Ryk „prawdziwych graczy” – a przynajmniej ich części – można było usłyszeć na Księżycu.

Zabawna rzecz, dopiero wczoraj skończyłam tę grę. Pomyślałam, że posprawdzam polskie lets playe, co mi się nie zdarza często, ale byłam strasznie ciekawa tego, jak tacy polscy streamerzy reagują na tę grę. Tam są wątki LGBT, główna bohaterka jest lesbijką, postać trans jest istotna dla fabuły. I nic! Żadnych negatywnych komentarzy. Sądzę, że gdyby ten streamer zrobił wideo o tym, co sądzi o paradach równości, to pewnie by się rozpętało piekło. Ale w momencie, w którym gra w grę, gdzie dwie dziewczyny się całują, wyruszają razem w podróż itd. – nagle nie ma problemu, bo on się wczuł w tę super zrobioną grę. Myślę, że reprezentacja ma tę ogromną siłę, że po prostu oswaja ludzi z tematami, których może sami do końca sami nie rozumieją i może w dyskusji by pokazali, że ich nie rozumieją, ale doświadczają ułamka tej historii i są w stanie empatyzować.  

WIĘCEJ