Lewiatan parytetu pożerający polskie techno

Mimo tego, że scena techno ma swoje korzenie w bardzo egalitarnych środowiskach, wciąż mamy problem z pełną równością. Oczywiście, nie brakuje producentek i DJ-ek, a osoby niebinarne także są coraz mocniej obecne na scenie. Ale do idealnej, czy choćby porządnej sytuacji droga daleka. Nigdzie nie widać tego mocniej, jak w kwestii parytetów, wokół których narosło wiele mitów, uprzedzeń i zwykłego jadu.

Kiedy jeden z największych polskich klubów z muzyką taneczną ogłosił miesięczny program, w którym zabrakło choćby jednej kobiety, związany z Oramics Avtomat zareagował. Co oczywiście spotkało się z tradycyjną w takich przypadkach litanią chamskich przytyków i hasełek w rodzaju: “liczy się muzyka”, “jakość nie ma płci” itp. Być może w idealnym świecie to prawda, ale nie w naszym. I tu wchodzą parytety.

Nie wnikam w to, czy rzeczywiście w kraju, w którym na techno chodzi rekordowa ilość populacji, a DJ’ów i DJ’ek w każdym większym mieście jest tylu, że możnaby tworzyć z nich kilka zespołów piłkarskich, nie znalazła się żadna kobieta z wolną datą w tym miesiącu. Kto wie, może nie był to wyraz ignorancji i absolutnego braku dobrej woli, a zwykły splot kosmicznie niesprzyjających okoliczności. Ale zazwyczaj tak jest. Zazwyczaj łatwiej sięgnąć po pierwszego brosa z rzędu, niż rzeczywiście poszukać kobiety do lineupu. Zresztą w przypadku dużych klubów problemem jest po prostu wyjście poza krąg wciąż tych samych postaci, reprezentujących najbardziej prostacką klepankę, których doczepia się pod kolejną wymęczoną gwiazdę biznes techno. Ale reprezentacja jest ważna. To nie jest tak, że istnieje jakaś potężna organizacja, która wysyła swoją policję, żeby sprawdzić, czy np. 30% lineupu stanowią kobiety. Nie o konkretne liczby tu chodzi, a o podejście, nie o wypełnianie abstrakcyjnych wymagań, a o stworzenie sytuacji inkluzywnej dla wszystkich, nie o zaspokojenie chorych żądz Social Justice Warriors, a o różnorodną scenę. Nie ulega żadnej wątpliwości, że patriarchat paraliżuje wiele osób chcących zacząć przygodę z muzyką. Kobiety, osoby niebinarne i nieheteronormatywne mają sporo problemów, kiedy już zdecydują się na wejście do tego świata. Poczytajcie, co piszą, posłuchajcie, co mówią. Kiedy za dj’ką są sami faceci, a na parkiecie ich większość, jest naturalne, że inne osoby mogą poczuć się nieswojo – dlatego np. opisy eventów inicjatyw, których celem jest różnorodność sceny, starają się rozbijać taki obraz kultury klubowej.

To nie jest atak na mężczyzn. Jednym z najczęstszych błędów jest pogląd, że jeśli stworzymy bardziej inkluzywne warunki, to faceci na tym stracą. Nic bardziej mylnego, co więcej, ludzie prezentujący taki pogląd muszą się bardzo obawiać o swoją pozycję, ergo – jest ona zbudowana na dość kruchych nogach. Różnorodność to więcej inspiracji, więcej głosów, więcej styli. Skostniałe struktury – a brak świadomości takie struktury tylko wzmacnia – blokują rozwój. Po co się zmieniać, po co ewoluować, skoro jesteśmy w pozycji władzy? Innym błędem jest myślenie, że panuje merytokracja – że ludzie w pozycji władzy są tam, bo mają ku temu kompetencje. Jako człowiek z prawie piętnastoletnim doświadczeniem w branży muzycznej powiem: bullshit. Nepotyzm to nie końca zła rzecz – jest tylko naturalne, że promujemy osoby nam bliskie – ale to także drugie imię branży muzycznej. Kapitalizm i jego dobry ojciec patriarchat lubią to kłamstwo, bo skutecznie zamyka usta niepokornym, ba, wydaje się naturalne i łatwo łykane przez naiwnych. Kompetencje mogą ci pomóc, ale średnio się przydadzą, jeśli manager klubu po prostu cię nie zna. Parytety – ponownie, nie w formie sztywnych liczb, ale empatycznego i ambitniejszego podejścia – trochę rozbijają to podejście, bo każą szukać poza wychodzonymi drogami. A dzięki wielu barierom, na jakie napotykały kobiety i osoby niebinarne, które przez lata dobijały się do branży klubowej, na tych drogach czatują głównie faceci.

Kwestia reprezentacji jest bardzo ważna. Jako cis heterofacet nie miałem żadnego problemu, żeby widzieć siebie na ekranach we wszystkich możliwych rolach. Przekaz był jeden – możesz być każdym! Dlatego tak ważne jest, żeby każdy – niezależnie od rasy, orientacji seksualnej czy płci – widział swoje odbicie w różnych rolach w kulturze i rozrywce.

Stąd to ciśnienie na reprezentację na ekranie – nawet za cenę realizmu, co przeszkadza przygłupim jednostkom, bo w ich strzelance o II Wojnie Światowej jest kobieta, a Gwiezdne Wojny zostały zniszczone, bo zobaczyli czarnego szturmowca. Z muzyką jest podobnie – jeśli dziewczynka marząca o karierze w muzyce widzi same wokalistki, ale żadnej perkusistki, uzna, że tylko taka droga ma sens. Parytety – jakkolwiek ułomne by nie były – mają szansę to podejście zmienić. Ponownie – odsyłam do wywiadów z Oramics i całej wirtualnej półki z artykułami, w których kobiety czy osoby niebinarne mówią, jak ważna jest reprezentacja i jak wielką mentalną przeszkodą jest jej brak.

W kwestii parytetów nie chodzi o żadną chorą krucjatę, o regulacje i wysyłanie mundurowych polit-poprawności. Chodzi o zmianę podejścia, poszerzenie horyzontów. Stworzenie takiego środowiska, w którym nikt nie będzie się bał realizować swoich pasji, bo zderzy się z murem niezrozumienia. Techno jest bardzo popularne i warto by było nie zapominać, że kultura klubowa powstała po to, żeby dać schronienie wykluczonym zewsząd indziej. Więc jeśli dzisiaj wykluczamy – a miesięczne monopłciowe lineupy takim wykluczeniem są – to fundamentalnie nie rozumiemy tej kultury. Na przyszłość – jak macie problem ze znalezieniem kobiet i osób niebinarnych do lineupu, to hit me up, coś poradzimy!

WIĘCEJ