Kreatura mody Armada: Styl made in Poland

Wielokrotnie słyszałem, że pisanie o modzie z pozycji projektanta to jak strzał kolano. Przez wiele lat pracowałem na swoją pozycję outsidera, aby móc się gubić gdzieś na peryferiach, aby oglądać to morfujące kuriozum z zewnątrz i strzelać sobie do woli w co popadnie. Dlatego właśnie chciałbym zainaugurować swój cykl tekstów o modzie w Poptown.

Wielokrotnie słyszałem, że pisanie o modzie z pozycji projektanta to jak strzał kolano. Przez wiele lat pracowałem na swoją pozycję outsidera, aby móc się gubić gdzieś na peryferiach, aby oglądać to morfujące kuriozum z zewnątrz i strzelać sobie do woli w co popadnie. Dlatego właśnie chciałbym zainaugurować swój cykl tekstów o modzie na Poptown.

Będąc czwartym producentem odzieży w Europie, świat mody polskiej wciąż stanowi totalne peryferia. Faktycznie jesteśmy szwalnią naszych zachodnich sąsiadów, a lokalna moda wciąż odlatuje w showbiznesowe strefy czerwonych dywanów, pozorując wrażenie elitarności – automatycznie alienuje się od reszty świata – czyli swoich potencjalnych klientów. Tak samo, jak nie istniała krytyczna moda, tak samo nie istnieje wciąż krytyka mody – nie napisanie recenzji pokazu w której opisze się bezkrytycznie to, co znów zaszło, a dokonanie analizy i oceny tego, co się zobaczyło. Co oznacza zakończenie współpracy i brak zaproszeń na kolejne eventy. Przed nami – mimo upływu lat, wciąż raczkującym środowiskiem – długa droga, wypracowanie wielu nawyków i podstawowego szacunku do wszystkich twórców, który każdemu znacząco ułatwi pracę.

Jednym z dosyć zatrważających elementów pracy projektanta bywają kontakty z stylistami. Szczególnie na początkowym etapie tego rodzaju współpraca bywa drogą przez mękę. Szycie rzeczy na  potrzeby promocji, do ułamka sesji, lub na jedno wyjście celebrytki nie ma sensu. Młodzi projektanci, wypożyczając za darmo swoje unikatowe ubiory swojej jedynej grupie docelowej stanowiącej celebrytki, influencerki, czy piosenkarki, automatycznie tracą swój jedyny rynek zbytu. Z własnej praktyki wiem, że jedno oznaczenie zbotoksowanej influencerki  daje mniej followersów, niż na przykład jeden zadowolony klient, który przyprowadzi kilku kolejnych. Od dłuższego czasu z założenia nie wysyłam ubrań na sesję zdjęciowe, bo zwyczajnie ani ja, ani moja asystentka nie mamy czasu wozić ubrań stylistom na dworzec – chyba, że wiem, że z ubraniem będzie pracować ktoś świadomy, z ciekawym myśleniem. Ale to wciąż zdarza się w naszym kraju bardzo rzadko.

Przez niezliczone ilości tzw. niekomercyjnych sesji i projektów przetaczają się kolejne rzesze niewykwalifikowanych osób. Stylistą lub jego asystentem może zostać dosłownie każdy. Osoby bez podstawowej wiedzy na temat mody. Gdy zapytasz dlaczego interesujesz się modą? Ponieważ umiem ładnie ubrać się w Zarze, wspieram Shein, Misbhv, Veclaim i AliExpress. Kocham minimalizm, bo inspiruje mnie styl boho. Twój ulubiony projektant? Coco Chanel – to zazwyczaj jedyna odpowiedź. Nie mówiąc już o braku wiedzy na temat materiałoznawstwa, konserwacji odzieży, umiejętności prasowania, czy jakiejkolwiek świadomości tego ile pracy i czasu kosztuje powstanie jednego ubrania. Nic dziwnego, że laicy nie mają potem szacunku do skomplikowanych, pracochłonnych i unikatowych rzeczy wprost spod ręki projektantów, a także do nich samych jako osób. Na początkowym etapie działalności naiwnie nie stroniłem od wypożyczeń. Jednego dnia potrafiło się do mnie odezwać dwunastu stylistów lub ich asystentów z prośbą o wypożyczenia, oczywiście wszystko bez uprzedzenia w terminie, na wczoraj. Niektórym stylistom nie chciałem wypożyczać nigdy – nie odpowiadali mi ich klienci. Nie chciałem ubierać celebrytek czy wokalistów, których utworów nie znałem. Zdarzało się tak, że dany stylista wiedział, że jest na mojej czarnej liście, więc wysyłał do mnie swoje kolejne asystentki, które nie ujawniały dla kogo pracują. Inny natomiast chciał wypożyczyć cały look mojego autorstwa, składający się z ubrań danej marki połączonej z moimi prywatnymi ubraniami. Nie chciałem, żeby stylista czerpał korzyści z mojego zestawienia i wkręcałem, że nie chcę wypożyczyć mojego prywatnego t-shirtu, bo jest brzydki, sprany i ubrudzony keczupem. Na co uzyskałem odpowiedź: plis prześlij, my ci upierzemy!

Mam najgorsze zdanie o tych stylistach celebrytek-aspirujących gwiazdeczek. Rozbuchane ego, którego efektem jest  zakrzywienie rzeczywistości, sprawia, że myślą, że należą im się wszystkie ubrania! Za darmo! Jedna z takich stylistek chciała ode mnie bardzo unikatowe ubranie na okładkę płyty. Gdy powiedziałem swoje warunki finansowe, telefonicznie pofatygował się do mnie menadżer gwiazdki, chcąc mi uświadomić, że nie jestem aż tak bardzo znany, żeby mi płacić, a jego klientka ma miliony wyświetleń na YouTube. Finalnie zapłacił tyle, ile chciałem, bo nie mieli innej opcji na rynku, ale to czego się nasłuchałem, to moje. Prawdziwe gwiazdy spełnianią pracownicze standardy, płacą odpowiednie stawki (nie może być za mało), podobna sytuacja jest dla nich niedopuszczalna, a wiochą jest nie zapłacić. 

Najbardziej zapadła mi w pamięć sytuacja ze stylistką, która wypożyczyła ode mnie pół kolekcji dyplomowej do sesji okładkowej niszowego magazynu. Zgodziłem się wypożyczyć tylko dlatego, że powołała się na znajomego mi fotografa. Którego, jak się później okazało, nie znała. Udostępniłem pod warunkiem, że zwróci mi pieniądze za przesyłkę i odda ją w określonym terminie, kiedy akurat zaplanowałem przymiarki i rozmowy z twórcami pokazu. Stylistka w dniu planowanego zwrotu napisała mi, że  musiała natychmiast wylecieć do Paryża i nie ma czasu na przesyłki. Dopiero gdy upomniałem się o warunki umowy, okazało się, że mama jej chłopaka ma mój numer i nada przesyłkę pociągiem. Czekałem pół wieczoru na informacje od kogokolwiek. Sprawdziłem pociągi. Kiedy okazało się, że został tylko jeden z Warszawy do Łodzi, zacząłem dzwonić. Stylistka oczywiście nie odbierała. Napisała smsa, że przesyłka przecież została nadana dwie godziny temu i spytała: ty o tym nie wiesz? Rzuciłem telefon i pobiegłem na stację licząc, że być może ten pociąg jeszcze gdzieś stoi. Na marne. Poszedłem do informacji zapytać, czy ten pociąg pojechał dalej i co się z nim stało. Pani w kasie powiedziała, że odjechał na zajezdnię i jutro o 11:00 być może będę mógł tam wejść i odzyskać przesyłkę, ale nie było pewności, że ona tam jeszcze jest. W swojej głowie pożegnałem się z wizją przymiarek, a także z moimi ubraniami, częścią dyplomu, których wykonanie trwało miesiące. Gdy odchodziłem zrezygnowany nagle zobaczyłem, że za krzesłem pani kasjerki leży moja torba. A! To o to chodzi, właśnie konduktor to przyniósł  i  zastanawiałam się co to za przebrania, chciałam przymierzać.

Do dziś żałuję, że nie wykorzystałem okazji, żeby zrobić pani w okienku PKP zdjęcie, ale byłem zbyt zaaferowany całą sprawą. Dlatego też nie zrobiło na mnie wrażenia, gdy zobaczyłem, że pani stylistka zignorowała moje zalecenia co do transportu rzeczy i sposób, w jaki je spakowała, nawijając w kłębki ubrania, które np. były z elementami odgniatającej się folii galanteryjnej. Na spotkanie dotyczące pokazu cudem zdążyłem. O zwrot za przesyłkę – symboliczne 60 zł – upominałem się systematycznie co miesiąc przez niemal pół roku. Zawrotną kwotę udało się odzyskać dopiero kiedy postraszyłem stylistkę udostępnieniem opisu tej sytuacji i całej naszej konwersacji oraz przesłanie odpowiednich maili do mediów i jej pracodawców.

Ostatnio byliśmy świadkami dużej ilości kontrowersji dotyczących podpisywania twórców. Projektantki Martyna Kołtun i Vellow Netali z Holy Spells opisały na stories swoją sytuację z brakiem podpisów ich projektów w sesji zdjęciowej autorstwa Wiktora Malinowskiego (@wiktorisvictor) w stylizacjach Joanny Opińskiej (@joaninhe_). Środowisko niszowych projektantów zawrzało i bardzo szybko podchwyciło temat. W sieci rozgorzała dyskusja na temat braku podpisywania projektów mody, które bardzo często są główną treścią utworu fotografa. Sam także udostępniłem relacje młodszych projektantek, za co zostałem zganiony przez fotografa – że udostępniam brednie i pomówienia. Żeby uniknąć tej nieprzyjemnej sytuacji i afery wystarczyło tylko być miłym i wstawić parę creditsów więcej. Martyna Kołtun opowiada: po moim mini calloucie nie miałam większych problemów. Wrzuciłam coś na story i bardzo dużo ludzi to szerowało. Normalne (!) jest niepodpisywanie cudzej pracy, nie trzeba podpisywać projektantów. Doszliśmy do takiego poziomu absurdu, że gdy ktoś używa czyiś projektów, to są to zdjęcia niekomercyjne i wstawiają to inni artyści- fotografowie, makeup artyści i cały staff pracujący przy sesji. A podpisanie czy oznaczenie projektantów jest zostawione ich dobrej woli. Gdy ktoś wstawia zdjęcie, nie ma obowiązku interesować się tym, czyja to jest praca. Dla mnie to jest dosyć szokujące i przykre.

Krótko po tej sytuacji, artysta indenscyplinarny i performer @mac lewando opisał na story podobną sytuację: 

Jakiś czas temu odezwała się do mnie w DM asystentka znanej stylistki.

– Chcemy twoją suknię z banera do teledysku XYZ, czy jesteś zainteresowany?

– Tak jasne! Chętnie pożyczę! 

– Super, kiedy możesz wysłać?

W tym momencie zaświeciła mi się czerwona lampka z tyłu głowy, odpisałem, że najpierw spiszę umowę i wtedy będziemy dogadywać się co do wysyłki. Asystentka odpisała mi, że niestety nie może podpisać tej umowy, bo nie dysponują takimi pieniędzmi, że to jest PROJEKT NIEKOMERCYJNY i że może w przyszłości uda nam się współpracować i że rozgłos dla mnie będzie i tak dalej. Wydało mi się to też od razu trochę dziwne, bo przecież teledysk z założenia jest komercyjny, a szczególnie taki, który promuje piosenkę z najnowszego albumu artysty_ki. Na prośbę kaucji czy jakiegokolwiek zabezpieczenia młody artysta mógł przeczytać: „Hej wybacz ale mam urwanie głowy, rozumiem, że chcesz zabezpieczyć swój projekt, ale nie mam pomysłu ani czasu żeby, się nad tym głowić za bardzo niestety, więc może innym razem się uda nam współpracować :)”

Prawda jest zgoła inna – poza niektórymi edytorialami nie ma czegoś takiego, jak niekomercyjny projekt. Profesjonalny stylista za mniej niż parę tysięcy nie rusza się z łóżka. Maszyna kapitalistyczna jest ciągle w ruchu. Postanowiłem spytać innych projektantów mojej generacji o ich najgorsze doświadczenia z wypożyczeniami:

Hubert Kołodziejski, projektant mody, ilustrator, najbardziej znany z projektów biżuterii:

Jakiś czas temu pożyczałem bizuterię jednej z polskich piosenkarek. Biżuteria wróciła do mnie po długim czasie, cała brudna, powyginana w różne strony świata, ogólnie zniszczona. Oddali mi kasę za to, ale zastanawiam się, co trzeba zrobić z biżuterią ze srebra i złota, by  doprowadzić ją do takiego stanu. Gdy wypożyczam biżuterię jakiejś znanej osobie, to potem mam wiadomość od stylisty: „czy to może zostać, bo tak się spodobało, że osoba chciałaby sobie to zatrzymać.” Czyli ja mam zostać sponsorem gwiazdy? Standardem jest też to, że stylista oczekuje, że wyślę mu paczkę z całą kolekcją w kilka godzin od napisania, po czym zwrot trwa nawet do kilku miesięcy, bo udaje, że nie widzi moich wiadomości.

Adrian Krupa najbardziej rozchwytywany projektant młodego pokolenia, w naszej rozmowie opisał  sytuację z jedną z redakcji. Gdy wysłał paczkę na koszt zainteresowanych wypożyczeniem jego projektu osób, podczas publicznych wystąpień był przez nie omawiany jako przykład skrajnego nieprofesjonalizmu. Uprzywilejowane osoby z branży miały powiedzieć: jeżeli nie macie 20 zł na przesyłkę, to w ogóle nie warto wchodzić w ten biznes. Druga, dość świeża opowieść Adriana: wypożyczałem ciuchy do magazynu na gwiazdę, wszystko spoko, użyli rzeczy. Dwa miesiące po sesji patrzę, a mój projekt jest na okładce książki. Bez mojej wiedzy i zapytania. Napisałem do menadżerki gwiazdy. Ona odpowiedziała, że muszę napisać do wydawnictwa, bo oni za to odpowiadają. Wydawnictwo natomiast odpowiedziało, że może mi za to dać książkę z autografem. Muszę zaznaczyć, że wartość ubrania Adriana Krupy kilkusetkrotnie przeżywsza wartość tej książki. Tak jak pisałem, każdy z projektantów ma swoją czarną listę. Adrian: jest jedna stylistka, która jest na czarnej liście u 70% projektantów. Prosi zawsze o ciuchy, a później używa w dziesięciu sesjach tych samych rzeczy bez twojej wiedzy. Początkującym osobom proponowała, żeby płacili za to, że ona zabierze ich rzeczy na sesję wyjazdową, bo bilety lotnicze kosztują. Na co projektantka mówi jej, że nie będzie płaciła komuś, żeby używał jej projektów w sesji. Stylistka powiedziała, że i tak weźmie te rzeczy, bez płacenia (chciała ją tylko naciągnąć). Już nie wspomnę, że ciuchy na już, teraz i natychmiast wracają przepocone albo walące petami. Raz miałem zwrot rzeczy, wróciły moje, ale gratis pięć jakiś innych kiecek. I w sumie też nie rozumiem dlaczego jeden projekt biorą wszyscy na wszystkich i wszędzie.

Zapytałem także Martynę Sowik, jedną z najciekawszych i najzdolniejszych polskich projektantek, od niedawna także szefową zespołu projektowego Big Stara, o jej doświadczenia z wypożyczeniami i stylistami. Niektórzy są bardzo ogarnięci, jak np. Stefania Lazar – po wypożyczeniu oddaje rzeczy do pralni. Miałam wiele przypałowych sytuacji. Ubrania często są przekazywane z ręki do ręki, z sesji na sesję, a część rzeczy do mnie nie nigdy nie wróciła po sesji. Np była to kurtka – sampel- bardzo drogie odszycie, model na którym mi zależało. Trzy osoby się zarzekały, że żadna jej nie ma. Każda twierdziła, że to do mnie wróciło, a ja tej rzeczy nie dostałam. Kurtka znalazła się po roku, na instastory pewnej gwiazdy, która w windzie w niej pozowała.

Pytam Martynę, jak się przestrzegać przed takimi sytuacjami? Mieć kontrolę na każdym etapie wypożyczenia. Nie można pozwalać, żeby styliści z rąk do rąk przekazywali sobie rzeczy. Zawsze wszystko jest robione na ostatnią chwile, rzeczy potrzebują z dnia na dzień. Opisała mi jeszcze kilka bardzo przykrych sytuacji: Gdy wspóltworzyłam duet z Milą Matygą, to miałyśmy niefajną sytuację. Przed pokazem na Fashion Week wypożyczyłyśmy jedną spódnicę lustro, która wróciła totalnie pognieciona i nie nadawała się już potem do prezentacji. Kolejna sytuacja- wypożyczenie na konkretną sesję – publikacja w zagranicznym magazynie – polscy projektanci, crème de la crème polskiego show biznesu. Rzeczy przekazane na sesję pojawiły się w publikacji, z tym, że stylistka wymyśliła, że przekaże to bez mojej wiedzy swojej koleżance – stylistce numer 2 – do wideo. A konkretniej, reklamy telewizyjnej. Były to sample bardzo delikatne, do których przekazywałam całą instrukcję postępowania, nie można było tego prasować. Ubranie wróciło do mnie w strzępach. Nie wiem co ta aktorka w tym robiła. Najprawdopodobniej tarzała się w żwirze. Kiedy powiedziałam: musicie to ode mnie odkupić, stylistka zaczęła się wygrażać, że jest 15 lat w branży. Mówiła mi, że jestem sama sobie winna, że to się zniszczyło, że te rzeczy były źle zrobione. Sytuacja się skończyła tak, że zwróciłam się do mojego znajomego prawnika od prawa autorskiego. Stylistka nie miała w ogóle prawa tego użyć. Gdy zaczęła się droga prawna i wpłynęło pismo prawnicze, zmienił się ton i nastawienie. Zapłaciła grosze, za samo odszycie nowej sztuki. Pomijam, fakt, że ona czerpała korzyści finansowe z wykorzystania tej rzeczy. Finalnie sytuacja się odbiła się echem wśród ludzi z branży. Producent reklamy powiedział, że nie będzie z nią kontynuował współpracy. Mnie to nauczyło tego, że należy spisywać umowy przed każdym wypożyczeniem. To ułatwia dochodzenia swojego praw. Nawet kiedy umowa nie jest spisana, mamy podkładkę w postaci korespondencji mailowej lub w wiadomości. 

Co powinno się znaleźć w poprawnej umowie? Powinna klauzula o tym, jaki jest cel wypożyczenia, na jaki okres. Rzeczy wyszły w nienaruszonym stanie i takie powinny wrócić. Ludzie lubią sobie przetrzymać rzeczy na parę miesięcy. Nie mamy gwarancji, że w tym czasie ktoś sobie zrobi z tego reklamę i siedem teledysków. Powinna być informacja o tym, w jakim terminie od publikacji dostaniesz zdjęcia – po coś te rzeczy udostępniasz i też chcesz się tym móc pochwalić. W umowie powinna być też informacja o koszcie prania, lub jakie koszty musi ponieść stylista, jeśli ubranie jest w stanie pogorszonym. Nie zawsze podpisuję umowy – kiedy z kimś pracuję kilkanaście  razy, to mam już zaufanie, jeśli wiem, że ktoś jest w porządku i wiem, że rzeczy wrócą w nienaruszonym stanie. Jeżeli ktoś jest nowy i niepewny, zbywam, nie współpracuję, albo spisuję umowę. Zacząłem się zastanawiać, czy ma jakieś osoby, które określiłaby jako zaufane i pewne. Jeżeli chodzi o stylistów z którymi pracowałam, to jedynie Stefa, która oddawała rzeczy po pralni, to jest dla mnie nowością, zazwyczaj standard to rzeczy w torbie Ikei. Nigdy nie miałam problemów ze stylistami z magazynów, ale też z Eweliną Gralak, Michałem Koszkiem, Karolem Młodzińskim. My jako projektanci mamy ze sobą kontakt, w obiegu wymieniamy się informacjami o tym, z kim się współpracuje, a z kim nie. Trzeba się pytać innych po fachu, bo projektanci chętnie dzielą się informacjami. Do listy zaufanych stylistów podanych przez Martynę dodałbym Agnieszkę Ścibior, Maję Naskrętską, Karlę Gruszecką, Pawła Kędzierskiego.

Ja także miałem okazję sprawdzić swoich sił jako stylista. Wśród najlepszych. Będąc częścią teamu Ani Zeman – najlepszej polskiej stylistki telewizyjnej. Pracowałem pod jej okiem w jednym z programów telewizyjnych. Dzięki temu doświadczeniu bardzo wiele się nauczyłem, a także dowiedziałem się, że zawód stylisty nie musi przyjmować tak spotworniałych form nieogaru, a może być pracą w pełni kreatywną. To wcale nie jest tylko praca logistyka w branży fashion. Nie wystarczy być tragarzem toreb Ikei z Vitkaca. Nie trzeba traktować setów z lookbooka jako ostateczności. Ta profesja oprócz ogromnej kreatywności wymaga idealnej organizacji oraz umiejętności pracy pod presją czasu i klienta. Byłem pod wrażeniem tego, jak dziewczyny z teamu Ani, pomimo ogromnego zamieszania na planie, otaczały wypożyczone ubiory ogromną troską. Często stylizowałem sesje z ogromnej ilości, całego magazynu ubrań, nieraz nie mając świadomości kto jest autorem danego projektu. Dziewczyny pilnowały wszystkich creditsów, tak jak i ubrań, jak oka głowie. Dobry stylista ma świadomość, że za ubraniami od projektantów stoją ludzie – ogromnie pracowici i zdolni.

Szanujcie nas, styliści, jak napisała Vellow Netali. Może my, projektanci, przestaniemy wypożyczać wam rzeczy? Co wtedy? Jak bez nas sobie poradzą fotografowie mody? Co zostanie? Same lumpeksy i sieciówki? Chodzi o to, że nasza praca ma być podpisana, tak jak podpisuje się stylistkę, wizażystów czy modelkę. Myślę, że to nie jest duży wysiłek oznaczyć czyjąś ciężka pracę pod jej wizerunkiem. Powinniśmy się wszyscy wspierać!

WIĘCEJ