Kosmiczny mecz: Nowa era – nie uratuje was nawet wiadro

Faul techniczny!

Kosmiczny mecz: Nowa era imponuje – piszę to bez cienia ironii. Stopień korporacyjnej pychy i bezczelności, z jakim mamy tu do czynienia, jest naprawdę kolosalny. Co prawda spodziewałem się bezdusznego, naszpikowanego product placementem i kryptoreklamami seansu, ale Warner Bros. przeszło samo siebie. O ile pierwszy Kosmiczny mecz – i naprawdę, nostalgia to zły doradca, spróbujcie to obejrzeć teraz, na świeżo – był złym filmem, ale jednak filmem, tak Nowa era to wizualny kociokwik, strumień korporacyjnej świadomości produktów. Nawet biorąc pod uwagę, że to pozycja skierowana do najmłodszych widzów, ciężko mi sobie wyobrazić, że zalew nawiązań i postaci z filmów i seriali, do których prawa ma WarnerMedia we wszystkich swoich posiadłościach (m.in. HBO, Warner Bros. Cartoon Network) sprawi radość jakiemukolwiek dziecku. Ale nowy Kosmiczny mecz to również proroctwo dotyczące rozrywki w dobie monopoli i molochów takich, jak WarnerMedia. 

Pierwszy Kosmiczny mecz był przede wszystkim wehikułem dla różnych produktów. Pojawiały się mniej lub bardziej nachalnie w niemal każdym ujęciu, a Michael Jordan prezentował nowy model Air Jordan 11 w sposób, który miał wzbudzić konsumpcyjną gorączkę. Wszechobecny marketing filmu zadbał o to, żeby tłumy waliły do kin drzwiami i oknami. Dzisiaj istnieje wokół niego dosyć irracjonalna nostalgia, ba, niektórzy śmią twierdzić, że był to nawet porządny film. Nie był, aczkolwiek w jego kościach były wapienne ślady stawki, zarys fabuły i charakterów postaci. Kosmiczny mecz operował w miarę spójnym wizualnym językiem, a niektóre sceny, szczególnie te, w których animowane postacie wchodziły w interakcję z ludźmi z krwi i kości, były dość kreatywne i interesujące. Nic z tego nie można zaaplikować do Nowej ery. Dawno nie widziałem tak zatłoczonego ekranu – w wielu scenach zidentyfikowanie tego, co dzieje się na pierwszym planie jest dość trudne, nie mówiąc o tłach, które w momencie meczu są zapaćkane szeregami jaskrawej publiczności. Projekty postaci i lokacji są obrzydliwe albo nijakie, kolory krzykliwe i dezorientujące. Na niekorzyść Nowej ery działa patologiczna wręcz chęć wsadzenia do filmu wszystkich możliwych własności intelektualnych WarnerMedia: od Gry o Tron, przez kreskówkowe i ekranowe wersje uniwersum DC, aż do Flintstonów. Kiedy LeBron James zbiera swoją drużynę, na kilkanaście do 40 sekund jesteśmy wrzucani do zmasakrowanej wersji np. Mad Maxa, Matrixa, czy Casablanci (!). Te wizualne i dźwiękowe spazmy nie pozwalały skupić się na tym, co się dzieje, o jakiejkolwiek więzi z postaciami na ekranie nie wspominając. Na trybunach pojedynku między LeBronem i ekipą Królika Bugsa znajdziemy wszystkich i wszystko: Pingwina i Catwoman z burtonowskich Batmanów, Nocnego Króla i jego zombiarską świtę z Gry o Tron, stalowego giganta z filmu o tym samym tytule, rodzinkę Jetsonów i wiele innych. To nie tylko cyniczna gra w skojarzenia z ludzką nostalgią, to także ruch obliczony na korpoklakierów z YouTube i innych platform, którzy poświęcą całe filmiki na wyszukiwanie easter eggów w każdym kadrze, jeszcze bardziej napędzając reklamową machinę Warner Bros. Samo studio pojawia się tutaj z nazwy, jako byt trzymający pieczę nad Serververse – uniwersum składającym się z różnych fikcyjnych światów, w którym rozgrywa się akcja filmu. Zły algorytm chce przejąć nad nim władzę, a potrzebuje do tego LeBrona Jamesa, bo… No właśnie – w galopadzie obrazów i nieznośnego hałasu łatwo zgubić wątek, jakkolwiek wątły by on nie był. Pomieszanie wszystkiego ze wszystkim skutkuje wizualnym rozgardiaszem, paskudnym chaosem, od którego bolą oczy. Przebłyski kreatywności są przytłaczane tempem akcji – nawet jeśli jakiś pomysł jest dobry, to spędzamy z nim stanowczo za mało czasu. Samo kompletowanie drużyn, które ma w sobie spory potencjał na atrakcyjne sceny, odbywa się w szaleńczym tempie, w przeciwieństwie do pierwszego Kosmicznego meczu, gdzie przynajmniej część postaci miała swoje chwile, co pozwalało jakoś się do nich zbliżyć. Całość miała chociaż odrobinę ludzkości w sobie, Nowa era nie ma jej zupełnie. LeBron James jest jeszcze bardziej drewniany i niezręczny (te miny!), niż Michael Jordan, reszta obsady jest albo nieistniejąca, albo kuriozalna, z przesadzonym do granic możliwości Donem Cheadle na czele. Wiele osób ma dość pozytywne wspomnienia soundtracku z pierwszego Kosmicznego meczu, bo rzeczywiście było tam kilka porządnych piosenek. Nowa era to przede wszystkim hałaśliwe, odrażające i do bólu generyczne utwory, brzmiące jak muzyka robotów po trzech awariach. Rzekomo producentem wykonawczym muzyki jest rewelacyjny Ludwig Göransson, ale chyba wolał po prostu zainkasować gażę i nie przejmować się tym zbytnio. Biorąc pod uwagę charakter tego filmu, trudno go za to winić. 

Nowy Kosmiczny mecz jest złą wróżbą, jeśli chodzi o przyszłość rozrywki. Dzięki bardzo luźnemu podejściu do przepisów antymonopolowych, coraz więcej własności intelektualnych przechodzi w ręce skoncentrowanych molochów – czy będzie to Disney, czy właśnie WarnerMedia. O ile jeszcze kilka lat temu gościnne udziały postaci w innych mediach miały w sobie jakiś ładunek świeżości i zaskoczenia, tak dzisiaj, szczególnie w stężeniu obecnym w Nowej erze, nie mają żadnego sensu poza lekkim pobudzeniem wypranych przez popkulturę synaps. I tego typu mozaik, bez ładu i składu, bez estetycznej spójności i fabularnego uzasadnienia, czeka nas więcej, nie tylko ze strony Warner Bros. Nostalgia to potężna siła, a że korporacyjna indoktrynacja trwa w zasadzie od dziecka, wzbudzanie prostych odruchów u publiczności przez skojarzenia to intratna i bardzo prosta taktyka. Kosmiczny mecz: Nowa era nigdy nie miał szansy na to, żeby być dobrym filmem, ale – jak choćby część pierwsza – mógł być skąpaną w duchu swoich czasów lekką rozrywką dla dzieci. Kapitalistyczną propagandą, jasne, ale z ładunkiem kreatywności, na który pozwala budżet i techniczne możliwości ogromnego studia. Niestety, nowy Kosmiczny mecz to rzecz brzydka, hałaśliwa i nonsensowna, cyniczna sklejka nie szanująca ani publiczności, ani własności intelektualnych, które tak ochoczo eksploatuje. Niby żadna niespodzianka, ale skala zuchwałości Warner Bros. jest wręcz spektakularna. Unikajcie jak ognia, trzymajcie dzieci z daleka – innych wizualnych rozrywek jest aż nadto. I szykujmy się na jeszcze czarniejsze czasy dla mainstreamowego kina. 

WIĘCEJ