Kosmiczny horror pod figurą Jezusa. Jak Czesi patrzą na pobożność Polaków

W trakcie seansu „Jak Bóg szukał Karela” czułem się bardzo źle. Co prawda od wielu lat jestem ateistą, a nawet identyfikuję się jako antyklerykał, ale dopiero widok zderzenia racjonalnych Czechów z polskim katolicyzmem i rozmiar wstrząsu – kulturowego i emocjonalnego – jaki przeżyli, pozwolił mi odczuć to, co bohaterowie Lovecrafta czuli wobec złowrogich Mitów Cthulhu.

My, ludzie wyrośli w lub obok kościoła katolickiego, zbyt wiele rzeczy poczytujemy za normę, ale dopiero oglądanie tego z zewnątrz wywołuje kosmiczny horror, paniczne poczucie osamotnienia i wybicia z racjonalnych podstaw świata. Czescy filmowcy nie zakładali tego na początku – jedne z pierwszych słów, jakie padają z ekranu, to nie chcemy, żeby ktoś przestał wierzyć w Boga. Co więcej, tytułowy Karel, reżyser filmu, wybrał się w autentyczną duchową podróż. Z pewnością nie spodziewał się tego, co znalazł na miejscu.

Są różne rozumienia Jezusa – mówią Czesi niewinnie, kiedy stoją pod potężną, kiczowatą figurą Chrystusa w Świebodzinie. To początkowy etap wyprawy, ich umysły nie zostały jeszcze nadgryzione przez terror polskiego katolicyzmu. Kontrast ze zrezygnowaną, umęczoną twarzą Karela zamykającą film jest onieśmielający. Reżyser chce znaleźć Boga, poczuć jego obecność, inny członek ekipy bada religię, by zrozumieć polskie społeczeństwo. Przechodzą przez wszystkie kręgi polskiego religijnego piekła: roześmiane szaleństwem fanatyzmu zakonnice próbują dokonać na nich performatywnych czarów, pielgrzymka próbuje wymusić na nich wiarę, ksiądz pedofil ucieka od ofiary, z ołtarzy w bazylice spływa przepych i złoto, prokuratura ściga ekipę od głośnego spektaklu Klątwa, a na sam koniec zrezygnowani Czesi patrzą na homofobusa, nie wiedząc, jak wielką rolę przyjdzie mu grać w przyszłości. Jak Bóg szukał Karela ma bardzo emocjonalny wydźwięk – reżyser chce autentycznie zrozumieć istotę wiary, ba, próbuje się nawet wyspowiadać w nadziei na zawrócenie z drogi, która kosztowała go rodzinę. Kiedy dowiaduje się, że polski kościół aktywnie walczy z in vitro, rozkleja się kompletnie – jedno z jego dzieci przyszło na świat właśnie w taki sposób. – Nie mógłbym go tutaj mieć… – mówi bezradnie, rozcierając łzy na policzku. Przez cały film mieszają się w nim najróżniejsze role i emocje: obiektywnego dokumentalisty, wojującego ateisty, zszokowanego i zrezygnowanego człowieka, który na widok polskiego katolicyzmu, odartego zarówno z boskości, jak i człowieczeństwa, po prostu się poddaje. Sztuczne uśmieszki i fajnojezuskowa atmosfera znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy ekipa próbuje zacząć rozmowę o pedofilii: polski kościół pokazuje wtedy swoją prawdziwą twarz, rozgniewaną, grożącą, z policją w zanadrzu.

"Jak Bóg szukał Karela", reż. Vít Klusák, Filip Remunda

Relatywnie szybko docierają pod siedzibę Radia Maryja, ale wtedy łudzą się, że to margines polskiego kościoła. Oh sweet summer child, chciałoby się powiedzieć, bo z własnego doświadczenia wiemy, jaki jest finał takich naiwnych spekulacji. Karel i jego ekipa nie potrafią pojąć, jak to możliwe, że w demokratycznym kraju zupełnie legalnie nadaje rozgłośnia szerząca nienawistny, antysemicki i homofobiczny bełkot. – Skoro mówią, że jesteśmy antysemitami, to znaczy, że jesteśmy patriotami! – rechocze radiowy spiker, a nam przewraca się w żołądku. Podobny szok przeżywają, rozmawiając z ekipą realizującą spektakl Klątwa – w ich racjonalnych umysłach nie mieści się, że prokuratura i policja mogą ograniczać wolność słowa i pełnić rolę inkwizycji. Ciekawe, jakby zareagowali na to, że w 2020 tęczowa flaga na pomniku będzie przyczynkiem do brutalnych represji…

Karel nie znalazł Boga, a Bóg Karela. – Szukacie Boga? Przyjechaliście do złego kraju – mówi aktor z obsady Klątwy. Jak Bóg szukał Karela to film przygnębiający, ale i piekielnie ważny. Zderzenie ludzi z zewnątrz ze ścianą polskiego obłędu jest sugestywna i wielce pouczająca, nawet dla kogoś, kto w katolickich gusłach od dawna widzi tylko zło. Bo właściwie tylko zło i kosmiczny horror ujrzeli Czesi nad Wisłą. Przyjechali tu z dobrymi intencjami, wyjechali złamani psychicznie i moralnie – religia nie spełnia tu żadnej z pozytywnych ról, za to aż nadto widać degrengoladę władzy totalnej i zabójczego sojuszu tronu z ołtarzem. Poczuć można tylko obezwładniającą bezradność, bo Polska to kraj, w którym najbardziej prorocze słowa padają z ust przebranej za Myszkę Miki osoby: będzie tylko gorzej. Dziękujemy Miki, wiemy, ale jak to z kosmicznym horrorem bywa – taka wiedza prowadzi tylko do szaleństwa.     

„Jak Bóg szukał Karela” Víta Klusáka i Filipa Remundy jest jednym z filmów, które zostaną pokazane w ramach, poświęconej tematom wykraczającym poza granice ludzkiego poznania, sekcji Prawa metafizyki na festiwalu Millennium Docs Against Gravity. Festiwal potrwa od 4 do 18 września i odbędzie się równolegle w Warszawie, Wrocławiu, Gdyni, Katowicach, Poznaniu, Lublinie oraz Bydgoszczy. Więcej informacji na temat festiwalu znajdziecie na jego oficjalnej stronie MDAG.

WIĘCEJ