Kim są współcześni SATANIŚCI? Wyjaśnia Penny Lane – reżyserka dokumentu „Ave Satan?”

Kozie rogi, czarne płaszcze, rytualny ubój kotów? Nic bardziej mylnego. Nowoczesny Szatan to liberał, który walczy o równouprawnienie i chętnie zapłaci za twoje podpaski.

Według danych GUS za rok 2017 do Kościoła rzymskokatolickiego należy w Polsce 32 910 865 wiernych. Jednak instytucja przeżywa obecnie ogromny kryzys. W końcu tworzona jest przez ludzi – a ci, jak się okazuje, bywają bardzo grzeszni. Tylko nie mów nikomu braci Sekielskich jedynie przypieczętowuje wieloletnie dyskusje na ten temat.

„Odejdź z kościoła” – łatwo powiedzieć. Ale dla niektórych świadomość istnienia wyższej siły jest jak tlen, nie są w stanie bez niej funkcjonować. Jeśli macie postępowe poglądy i myślicie o zmianie wyznania, to może przyszła pora by rozważyć opcję, która przez lata wydawała się szaleństwem: satanizm.

Pod koniec kwietnia organizację Satanic Temple (pol. Świątynia Szatana) oficjalnie uznano w USA za kościół. Od tego momentu Sataniści są zwolnieni z podatków, wolno im także ubiegać się o rozmaite rządowe granty. „Szatan legalny w Ameryce. Czy nadchodzi Apokalipsa?” – zagrzmiały prawicowe portale. Ktokolwiek jednak śledzi poczynania amerykańskich satanistów wie, że członkowie tego kościoła coraz mocniej kojarzeni są z walką o prawa obywateli, szczególnie o równość religijną w świetle prawa. Ledwie kilka dni temu Świątynia złożyła pozew, w którym wskazuje, że obecna procedura aborcyjna w niektórych stanach USA jest przeprowadzana z zachowaniem poszanowania wyłącznie wartości chrześcijańskich. Satanic Temple nie zapomina o biednych i potrzebujących, a przede wszystkim nie dzieli wiernych na lepszych i gorszych – wedle płci, orientacji psychoseksualnej czy innych wyznaczników.

Specyfikę rosnącej popularności tej alternatywnego kościoła objaśnia dokumentalistka Penny Lane, która spędziła kilka lat przyglądając się działaniom założonej w 2013 roku organizacji, a narosłe wokół niej mity odczarowała w filmie „Ave, Szatan!”

 

Anna Tatarska: Kiedy po raz pierwszy pomyślała sobie pani: „No, teraz wreszcie rozumiem, o co chodzi w tym nowoczesnym satanizmie”?

 

Penny Lane: Myślę, że nadal usiłuję to uchwycić. Nasuwa się tu wiele pytań, na początek z porządku teologicznego. „Jaka jest twoja religia?”, „Co to w ogóle znaczy wierzyć, na czym polega wiara?”. Potem pojawiają się odniesienia polityczne. Jeszcze później pytanie o taktykę – czy jest przemyślana, czy jednak nieproduktywna? No i wreszcie trzeba dojść, kiedy cała ta koncepcja Świątyni Szatana jest brana na serio, a kiedy przemienia się w żartobliwy performans, metaforę? Po kilku miesiącach nieprzerwanego researchu, czytania i spotkań zrozumiałam, że oni są istotnie ruchem religijnym. Najmocniej naświetlili mi to moi rozmówcy – nie członkowie przywództwa, a zwykli ludzie, którzy przyłączyli się do tego ruchu i mogli mówić ze swojego punktu widzenia, co to dla nich oznacza. To wtedy okazało się, że wszystkie odnotowane przez mnie sprzeczności były według nich centralną kwestią dla satanizmu. Wyznawcy kochają go za to, że akceptuje chaos.

 

Czym różniłoby się „tradycyjne” pojmowanie satanizmu od propozycji Świątyni Szatana?

 

W oczach wielu ludzi władzy, w tym naszego obecnego rządu, jeśli jesteś bez Boga, już jesteś satanistą, czy to ci się podoba czy nie. Tymczasem, patrząc na działania ST można by powiedzieć, że jeśli jest się czujnym obserwatorem świata, zainteresowanym prawami człowieka i wiedzą, możesz mieć zadatki na satanistę. Członkowie Świątyni Szatana biorą etykietkę, używaną w toku dziejów, by demonizować, usprawiedliwiać prześladowania i mordowanie, i obracają ją na drugą stronę. To klasyczne posunięcie w przestrzeni kontrkultury. Tak samo kiedyś środowiska LGBT „odebrały” mainstreamowi słowa faggot czy queer. Były one używane jako obelgi, a oni zadecydowali, że będą nosić je z dumą, wypiszą je na swoich transparentach. Takie posunięcie całkowicie obezwładnia ludzi, którzy tym słowem szczuli i straszyli – psuje im się broń.

 

Zawsze zadziwia mnie, że najbardziej zagorzali przeciwnicy satanistów nie rozumieją, że ich radykalny sprzeciw tylko legitymizuje działania przeciwnika.

 

I tu właśnie mamy genialny przykład trollingu. Troll ma prowokować swojego przeciwnika i wywołać nadmierną reakcję. To zasadniczy element taktyki Świątyni, połączony z wiedzą, kompetencją i ogromnym spokojem. W ju-jitsu, gdy jesteś mały i słaby, możesz wpaść na to, jak wykorzystać siłę swojego przeciwnika przeciwko niemu. I Świątynia uprawia właśnie takie jujitsu. Nie ma tak wielu satanistów, ale mają oni znaczący wpływ na popkulturę. Z sukcesami walczą poza swoją kategorią wagową.

fot. "Ave Satan?" / Hard Working Movies

Jakie było najtrudniejsze pytanie, na jakie musiała Pani sobie odpowiedzieć?

 

Czy Amerykanie to naród chrześcijan. Ludzie z niewiadomych powodów biorą to za pewnik i nie za wiele o tym myślą. Czy nie będąc chrześcijanką, jestem Amerykanką? Czy mogę być Polakiem, nie będąc katolikiem? To bardzo niebezpieczne równania. Ten sam rodzaj katolickiego nacjonalizmu, który wy, Polacy, znacie, istnieje również tutaj w Stanach. Pamiętając o tym tle, z przekonaniem mogę stwierdzić, że rodzaj zamieszania wprowadzany przez Świątynię Szatana do publicznego dyskursu jest bardzo wartościowy. Oni nie szokują bez namysłu – to jest przemyślany, strategiczny ferment w imię wyższych wartości.

 

A ten ferment warto siać, żeby wzruszyć pewne fundamenty. Okazuje się, że tablice z dziesięcioma przykazaniami, tak chętnie stawiane w USA przed budynkami użyteczności publicznej, te same, których tak zaciekle bronią republikańscy senatorowie…

 

…to w istocie rekwizyty filmowe. W latach pięćdziesiątych takie wyrzeźbione, pełnowymiarowe tablice rozsyłały do rozmaitych instytucji osoby odpowiedzialne za produkcję hitowego filmu Dziesięć przykazań (1956) z Charltonem Hestonem w roli Mojżesza. Jak głosi legenda, na początku dekady reżyser filmu Cecil B. DeMille miał usłyszeć o młodym Teksańczyku, który uszkodził granitowy pomnik z Dekalogiem i zadeklarował, że nieznany mu jest taki termin. Twórca uznał, że to doskonała okazja na podpromowanie filmu, którego premiera zbliżała się wielkimi krokami. Wraz z grupą The Eagles sfinansował, po czym rozprowadził kilkaset granitowych rzeźb Dekalogu. Ten pomnik, o który tak walczą prawicowcy, to reklamowy gadżet… Ale, jak mówi w naszym filmie Jason Rapert, konserwatywny senator z Arkansas, jesteśmy tym, w co wierzymy. Ma całkowitą rację. Nasze przekonania kształtują wszystkie nasze działania, zachowania, idee. A także wyobrażenie Prawdy. Dla mnie więc praca Świątyni Szatana jest pracą u podstaw – zmuszaniem mnie, Amerykanki, do rozważenia, jakie przekonania są trzonem naszego narodu. Czy to konstytucja? Czy może fakt, że większość ludzi czyta Biblię? Jeśli w ogóle czyta? O tym można debatować.

 

Wiedziała Pani, że napis „In God we trust” na banknocie jednodolarowym został tam dodany dopiero w roku premiery filmu DeMille’a?

 

Nie miałam pojęcia! To w pewnym sensie nasza państwowa dewiza. Zawsze myślałam, że to motto z czasów Ojców Założycieli, a tymczasem nie, to owoc zarządzenia prezydenta Eisenhowera. W 1954 roku, dokładnie 14 czerwca, w Dzień Flagi, na podobną, nomen omen, modłę, zmieniono tekst Ślubowania Wierności. Dziś brzmi ono:

„Czy Amerykanie to naród chrześcijan”. Ludzie z niewiadomych powodów biorą to za pewnik i nie za wiele o tym myślą. Czy nie będąc chrześcijanką, jestem Amerykanką? Czy mogę być Polakiem, nie będąc katolikiem? To bardzo niebezpieczne równania. Ten sam rodzaj katolickiego nacjonalizmu, który, wy Polacy, znacie istnieje również tutaj w Stanach. Pamiętając o tym tle z przekonaniem mogę stwierdzić, że rodzaj zamieszania wprowadzany przez Świątynię Szatana do publicznego dyskursu jest bardzo wartościowy. Oni nie szokują bez namysłu – to jest przemyślany, strategiczny ferment w imię wyższych wartości.

 

A ten ferment warto siać, żeby wzruszyć pewne fundamenty. Okazuje się, że tablice z Dziesięcioma Przykazaniami, tak chętnie stawiane w USA przed budynkami użyteczności publicznej, te same, których tak zaciekle bronią republikańscy senatorowie…

 

…To w istocie rekwizyty filmowe. W latach pięćdziesiątych takie wyrzeźbione, pełnowymiarowe tablice rozsyłały do rozmaitych instytucji osoby, odpowiedzialne za produkcję hitowego filmu „Dziesięć przykazań” (1956) z Charltonem Hestonem w roli Mojżesza. Jak głosi legenda, na początku dekady reżyser filmu, Cecil B. DeMille miał usłyszeć o młodym Teksańczyku, który uszkodził granitowy pomnik z Dekalogiem i zadeklarował, że nieznany mu jest taki termin. Twórca uznał, że to doskonała okazja na podpromowanie filmu, którego premiera zbliżała się wielkimi krokami. Wraz z grupą The Eagles sfinansował, po czym rozprowadził kilkaset granitowych rzeźb Dekalogu. Ten pomnik, o który tak walczą prawicowcy, to reklamowy gadżet… Ale, jak mówi w naszym filmie Jason Rapert, konserwatywny senator z Arkansas, jesteśmy tym w co wierzymy. Ma pełną rację. Nasze przekonania kształtują wszystkie nasze działania, zachowania, idee. A także wyobrażenie Prawdy. Dla mnie więc praca Świątyni Szatana jest pracą u podstaw – zmuszaniem mnie, Amerykanki, do rozważenia, jakie przekonania są trzonem naszego narodu. Czy to konstytucja? Czy może fakt, że większość ludzi czyta Biblię? Jeśli w ogóle czyta? O tym można debatować.

 

Wiedziała pani, że napis „In God we trust” na banknocie jednodolarowym został tam dodany dopiero w roku premiery filmu DeMille’a?

 

Nie miałam pojęcia! To w pewnym sensie nasza państwowa dewiza. Zawsze myślałam, że to motto z czasów Ojców Założycieli, a tymczasem nie, to owoc zarządzenia prezydenta Eisenhowera. W 1954 roku, dokładnie 14 czerwca, w Dzień Flagi, na podobną, nomen omen, modłę, zmieniono tekst Ślubowania Wierności. Dziś brzmi ono:

Ślubuję wierność fladze Stanów Zjednoczonych Ameryki oraz republice, którą symbolizuje. Jeden naród, a nad nim Bóg, naród niepodzielny, ofiarujący wolność i sprawiedliwość dla wszystkich”. Wcześniej nie było w nim fragmentu o Bogu. Był niepodzielny naród, w którym każdy zasługuje na sprawiedliwość i wolność – bez względu na wiarę lub jej brak…

Dla porządności warto w tym miejscu odnotować, że ksiądz George Docherty, którego lobbyingowi zawdzięczamy ten dopisek, wspierał zniesienie segregacji ras, szedł do Selmy z Lutherem Kingiem i aktywnie krytykował wojnę w Wietnamie. Przynajmniej tyle. Praca nad Ave Satan? otworzyła mi oczy na wiele rzeczy.

 

Kino od wielu lat fascynuje się satanizmem. Ale, ze względu na naturę medium, utrwala bardzo teatralną wizję spod znaku koziobrodego i czarnopelerynowego Antona LaVeya.

 

Zgadza się. Idea satanizmu jako czczenia Szatana, Zła, jest przeważająca w amerykańskiej kulturze i to co najmniej od lat 60. Nawet teraz popularne są dwa programy telewizyjne dyskontujące tę koncepcję: American Horror StorySabrina, nastoletnia czarownica. W obu pojawiają się sataniści, którzy dopuszczają się złych czynów, próbują ściągnąć na świat śmierć i zniszczenie, sprowadzić apokalipsę. A tak naprawdę nie ma tak wielu ludzi, którzy identyfikują się jako sataniści i wpisują się w ten schemat. Żadna ze zorganizowanych religii satanistycznych – Kościół Szatana, Świątynia Szatana i inne – nigdy tego nie robiła. Wolą ekologię, pomoc biednym, akcje spod znaku „Menstruatin’ with Satan”, mające na celu poszerzenie dostępu do środków higienicznych dla kobiet wykluczonym ekonomicznie.

 

A jednak to wizja wampira w płaszczu głęboko zakorzeniła się w publicznej wyobraźni.

 

Robiąc ten film, zauważyłam bardzo ciekawą rzecz. Każdy, kogo pytam, czy wie cokolwiek o satanizmie, mówi zaraz: „Tak!”. Więc idę dalej, zadaję całkiem podstawowe pytania i zaraz wychodzi na to, że nie mają na ten temat pojęcia. Oczywiście oni są wciąż całkowicie przekonani o swojej racji. Nigdy nie spotkałam się z czymś takim w całej swojej karierze! Mówię: „Wiesz, jestem w pewnym sensie ekspertką, od kilku lat pracuję nad swoim filmem i zgłębiam ten temat. Naprawdę nie jest tak, jak mówisz”. A ludzie mi nie wierzą – nie, bo nie! To tak, jakbyś była pierwszą osobą pochodzenia żydowskiego, którą w życiu poznaję, a ja mówiłabym ci: „No co ty możesz wiedzieć o byciu Żydówką? Jesteś nią? E, to nie ma znaczenia. Już ja ci wytłumaczę, o co w tym chodzi”. Jeśli chcesz wiedzieć, czym jest satanizm, być może powinnaś zapytać o to satanistę. A nikt tego nie robi.

 

Gdyby podmienić terminy i użyć słowa „kobieta” zamiast „satanista”, w sumie wyszłoby podobnie.

 

Prawda? Mężczyźni w naszym świecie wciąż mówią nam, kobietom, kim jesteśmy, czego potrzebujemy i czego chcemy. To uchodzi za normalne. A nie jest.

Wielu satanistów było wychowywanych w bardzo religijnych rodzinach. Zaskoczenie?

 

Nie dla mnie. Do satanizmu według mnie przyciąga ludzi rozumienie historii podobne do tego, jakie propaguje religia. Podkreślające rolę dobra i zła jako opozycji. Mnie na przykład wychowywano bez religii, więc nie myślałam wiele ani o Szatanie, ani o Jezusie. Dla mnie ateizm polega raczej na wycofaniu się, spoglądaniu z oddali. Nie jesteśmy częścią tego, na co patrzymy. Tymczasem sataniści wykonują wysiłek, by być częścią kultury, być w niej i ją zmieniać. Starają się obrócić tę narrację. Sądzę, że to przemawia do wielu ludzi, szczególnie w mrokach prezydentury Trumpa. Każdy, kogo znam, nagle mówi: „Muszę coś zrobić, moje wnuki zapytają mnie, co wtedy robiłem”. Ludzie są głodni sensu. Mówią sobie: dobrze, to sprawdźmy, co ci sataniści mają właściwie do powiedzenia.

 

Ludzie, którzy zwracają się ku Świątyni Szatana, szukają wartości. Donald Trump wcale nie jest po drugiej stronie w stosunku do satanistów. On po prostu tych wartości nie ma.

 

Trump jest teokratą. Chce, by w kraju panował chrześcijański nacjonalizm. Gdy spojrzy się na ludzi wokół Trumpa, łatwo dostrzec, że dominują wśród nich ludzie reprezentujący właśnie takie przekonania. To niebezpieczne. W Ameryce wielu ludzi to widzi, ale jednocześnie nie może pojąć, że to możliwe, aby ten kraj zmierzał w takim kierunku. Może jako osoba z Polski to rozumiesz… To nie zdarzy się jutro, ale jest możliwe, że ten kraj podąży w tym kierunku. A ludzie są nieświadomi tego niebezpieczeństwa i przez to nie rozumieją, o co ten cały szum. Myślą: „Zostawcie te dziesięć przykazań w spokoju, na tym się skończy”. A przecież to jeden z kolejnych, podejmowanych i planowanych kroków. Oni jawnie deklarują swoje cele. Wystarczy zajrzeć na ich strony internetowe. Poczytać, co mówią i czego chcą. Celem jest postawienie Boga u władzy. Świątynia Szatana zmusza ludzi do zastanowienia. Czy obchodzą cię te wartości czy nie? Jeśli tak, wymagają, by ich bronić, wymagają walki. Bo nie możesz trzymać się z boku tylko dlatego, że masz świeckie demokratyczne społeczeństwo i tak zawsze będzie. To trwająca walka.

 

Czy dostrzegła Pani albo dostrzega jakiś istotny efekt działań Pani satanistów?

 

Widzę je bezustannie. Świątynia Szatana nie szuka nawróceń. Ale widziałam wielu ludzi, którzy na sam widok Luciana Gravesa i jego popleczników dostawali dreszczy obrzydzenia, a po kilkunastu minutach chcieli przystępować do ruchu. To niesamowite, patrzeć, jak zmienia się czyiś umysł: od szoku i odrazy, przez skonfundowany śmiech, aż po nowe rozumienie świata. Przez ostatnie kilka lat sataniści usiłowali ustawić w Chicago swój pomnik. Kolejni politycy protestowali, zawiązywali sojusze, krzyczeli z mównicy o obrazie i bluźnierstwie. Zbijali na tym polityczny kapitał. Ale w zeszłym roku zauważono, że ze strony wyborców zachodzi odwrotna reakcja. Politycy robili to, co zwykle: „A fe, wstrętni sataniści!”. Nagle znacząca część wyborców stanęła okoniem i powiedziała: „Nie! Nie wiecie, co mówi konstytucja?”. To nowość, wyraźna ewolucja w edukacji, której nigdy wcześniej nie widziałam. Politycy musieli przyznać wyborcom rację. Sataniści mają te same prawa co reszta. I tak w ratuszu stolicy Illinois obok sceny ze stajenki i Hanukowej menory stanęło pudełko z rzeźbą owiniętej wężem dłoni trzymającej jabłko, ozdobione napisem: „Wiedza to najwyższy dar”.

WIĘCEJ