Chodzenie pod prąd bywa ryzykowne.

Nie wiem, czy był bardziej wyczekiwany album w tym roku – i w latach ubiegłych – niż powrót Kendricka Lamara. Artysta, poniekąd słusznie, jest uznawany za współczesnego klasyka rapu, żywą legendę o niemal żelaznej dyskografii (DAMN. to mimo wszystko udana płyta, choć z pewnością nie tak, jak poprzednie). Mr. Morale & the Big Steppers to dwupłytowa kolubryna, album ciężki od znaczeń, gęsty od idei, tematów, nawiązań i konceptów, które można złapać dopiero po wielokrotnym i uważnym odsłuchu. Odbiór płyty skupia się głównie na antymesjanistycznym przesłaniu, nie tylko jeśli chodzi o samego Kendricka, ale innych raperów, czy nawet – kulturę w ogóle. Na DAMN. widać było, że raper nie radzi sobie z pozycją, w jakiej stawia go kultura (tak się często mówi o hip-hopie w Stanach Zjednoczonych, szczególnie w czarnej społeczności) – metafizyczne wątki, biblijne inspiracje i nie do końca czytelna metaforyka posunęła niektórych do zarzutów o odklejenie i megalomanię. Na Mr. Morale & the Big Steppers Kendrick jest w o wiele lepszej formie, bardziej wyluzowany, a przede wszystkim zupełnie pozbawiony aspiracji zbawiciela, w którą został wepchnięty wcześniej. Ale to tylko jeden z wielu wątków poruszanych na płycie, raczej nie najważniejszy. To album kontrastów i prowokacji, próba unormowania rozmowy o własnym dziedzictwie artystycznym, ale także smutna refleksja o stanie kultury: w jednym z utworów pada nawet stwierdzenie, że nie można mówić o kulturze w kraju, w którym skrzywdzeni krzywdzą dalej, a nikt nie jest w stanie przerwać tego koła przemocy. To wszystko piękna sprawa, podbita fenomenalną jakością muzyki. Kendrick jest w życiowej formie wokalnie, a wielopiętrowa produkcja, odwołująca się do całego stylistycznego dziedzictwa czarnych brzmień, nie ma sobie równych pośród tegorocznych wydawnictw. Szkoda, że spod tego pomnika spoglądają na nas zatrute korzenie.

Kendrick został zcancelowany na Twitterze, co nic nie znaczy, bo zupełnie zgadzam się z jednym z wersów z Mr. Morale & the Big Steppers, który głosi, że cancel culture nie istnieje. Internetowe bańki, które za jeden błąd – czy inne arbitralne wykroczenie – skazują na infamię, mają bardzo ograniczony wpływ na rzeczywistość. Prawdziwe cancelowanie odbyć się może dopiero na sali sądowej, bo sama branża muzyczna ma dość słabe wyniki w samokontroli, o czym zaświadczą długie i owocne kariery R. Kelly’ego, Michaela Jacksona i innych przemocowców, chronionych dzięki chciwości. Kendrick Lamar na nowym albumie również porusza tę kwestię, więc to całkiem ironiczne, że sam stał się celem twitterowej naparzanki. Na nowej płycie dość mocno obecny jest Kodak Black, raper skazany za seksualną napaść na nieletnią (sam miał wtedy 18 lat) – tak naprawdę doszło do gwałtu, ale dzięki układowi z prokuraturą i przyznaniu się do winy, wyrok dotyczy napaści. Sam Kodak nie uznaje tego za błąd młodości, w żaden sposób nie próbował się usprawiedliwić, przeprosić, czy wykazać żalu. To popularny artysta, znany z najróżniejszych wybryków, konfliktów z prawem i dość aroganckiej postawy. Nie ma żadnej możliwości, że Kendrick był tego wszystkiego nieświadomy, ba, być może właśnie dlatego wybrał jego postać. Mr. Morale & the Big Steppers porusza tematy generacyjnej traumy, ale też przemocy seksualnej, w tym tej, która dotknęła jego własnej matki. Czy Kodak został zaproszony na album jako próba rehabilitacji? Może jest reprezentantem straconego pokolenia, które nie przejdzie ponad własnym doświadczeniem, może tylko o nim opowiadać? A może to ma być kontrast, zestawienie mumble rapera z lirycznym królem, które wcale nie kończy się oczywistym efektem? Czy to komentarz do cancel culture, w którym gospodarz może buńczucznie zadeklarować: zaprosiłem kogoś takiego i co? I nic, dalej zbieram laury i odnoszę sukces! Niezależnie od tego, jak zinterpretujemy ten ruch, obecność Kodak Blacka jest problematyczna. Nawet jeśli to zamierzona prowokacja i artystyczny zabieg, to warto zapytać, czy skazany przestępca seksualny powinien być środkiem do osiągania takich celów. Twitter twitterem, ale ofiara Kodaka – i inne osoby, pokrzywdzone przez mocno obecną w hip-hopie, a często pozbawioną konsekwencji kulturę gwałtu – mogą czuć się naprawdę źle.

Gdyby nie ten Kodak, możnaby hucznie świętować. Ile jest rapowych albumów, które otwarcie mówią o trans- i homofobii w czarnej społeczności i kościele? „Auntie Diaries” próbuje przepracować temat, nawiązując do historii osób z rodziny rapera. Dziwne, że twitterowa masa nie przyczepiła się do deadname’owania w kawałku, ale to zabieg, który ma w prosty sposób wytłumaczyć transpłciowość. My auntie is a man now czy Demetrius is Mary-Ann now to teksty, które nie spełniają najwyższych standardów równościowej mowy, ale w czytelny sposób tłumaczą cis-hetowej publice (szczególnie czarnym mężczyznom, o czym znakomicie pisał FD Signifier, jeden z najlepszych rapowych myślicieli w necie), że akceptacja to jedyne wyjście. „Worldwide Steppers” (co za bit) to refleksja na temat rasowej dynamiki w kontaktach seksualnych i jeden z wielu momentów na płycie, kiedy raper szczerze opisuje swoją skomplikowaną relację z seksem. „Father Time” mówi o emocjonalnym bagażu, jaki dostajemy od ojców – czy to przez ich wychowawcze błędy, czy przez absencję. „We Cry Together” to jeden z najbardziej wstrząsających emocjonalnie utworów w historii rapu, kłótnia toksycznej pary, która jest komentarzem do dynamiki i problemów współczesnych relacji. Praktycznie każdy utwór inspiruje do zatrzymania się i refleksji nad bogactwem znaczeń. Sporą rolę odgrywa tu prowokacja, która pojawia się w wielu momentach. To oczywiście zabiegi wyższego rzędu, niż edgelordyzm i siąkanie na upadek cywilizacji, bo feministki cośtam. Kendrick konfrontuje i prowokuje publiczność, czarną społeczność, białych słuchaczy, branżę, w końcu konfrontuje samego siebie. Jest przy tym bardzo teatralny, sięga po interludia, brzmienia rodem z muzyki filmowej, czy odgłosy stepowania. Mr. Morale & the Big Steppers używa dialogu – zarówno instrumentacja, jak i wokale często ze sobą rozmawiają – ale to monolog Kendricka, dość zasadnicza wykładnia jego filozofii i podejścia do różnych obszarów rzeczywistości, od miłości po rasową opresję. Dawno nie słuchałem tak niewygodnej płyty, co jest zamierzonym zabiegiem. Główna różnica między produktami kultury popularnej, a artefaktami artystycznej ekspresji leży właśnie w podejściu do publiki. Te pierwsze mają trafić do jak największej grupy, unikając alienowania kogokolwiek, te drugie kształtują swoją formę, biorąc pod uwagę uczucia publiczności tylko w minimalnym stopniu, a czasami wprost ją antagonizując. Mr. Morale & the Big Steppers, chociaż pochodzi od jednego z najpopularniejszych artystów na planecie, zdecydowanie należy do drugiej kategorii. Ogromna szkoda, że pośród tych zachwytów musi znajdować się wielka gwiazdka, za którą kryje się Kodak Black, podkopujący wiele zacnych tematów płyty. Szanuję prowokację jako zabieg artystyczny, ale niekoniecznie wtedy, kiedy używa się do tego gwałcicieli. To nie było spoko, kiedy robił to Kanye, nie jest spoko, kiedy robi to Kendrick Lamar. Są diamenty bez rysy, Mr. Morale & the Big Steppers nie jest jednym z nich.

WIĘCEJ