KASIA BABIS – przerabianie wypartych wspomnień z popkulturowej młodości

KASIA BABIS – przerabianie wypartych wspomnień z popkulturowej młodości

„Jeśli chodzi o popkulturę i media, to zdryfowaliśmy w kierunku pozornej apolityczności„.

Kasia Babis to wszechstronna autorka i rysowniczka – możecie kojarzyć ją z ksywki Kiciputek, publikowała także m.in. w Krytyce Politycznej. Ostatnio otworzyła nową odnogę twórczości, czyli kanał na YouTube, który w dość krótkim czasie przyciągnął sporo uwagi. Przede wszystkim dlatego, że nisza popkulturowych wideoesejów – dość popularna w anglojęzycznym internecie – jest u nas wciąż zagospodarowana w niewystarczającym stopniu. Na kanale Kasi Babis znajdziecie świetną dekonstrukcję kapitalistycznej propagandy (Umysł Biedaka vs Umysł Bogacza), ale przede wszystkim serię Dziady polskiej fantastyki, czyli rozprawę ze świętymi krowami rodzimej literatury tego typu. A jest z czym, od radykalnej mizoginii po dziwaczne obsesje i przypałowe polityczne wstawki. Oderwaliśmy Kasię od pracy nad nowym filmikiem, żeby porozmawiać o fandomie, rozumieniu polityczności i fantastycznym dziadostwie.

 

Paweł Klimczak: Co cię skłoniło do wzięcia się za kultowych pisarzy polskiej fantastyki?

 

Kasia Babis: Od jakiegoś czasu chciałam założyć kanał na YouTube, bo szukałam jakichś nowych form i czasami opowiadam o tym, co mnie interesuje w komiksach, czasami piszę jakieś teksty. Stwierdziłam, że YouTube jest totalnie do zagospodarowania pod tym względem i ten temat wydał mi się super na początek. Bo często przypominam znajomym: ej a pamiętacie, jak czytaliśmy to, jakie to było głupie? I oni zawsze mówią, że nie no, co ty, tam nie było takich rzeczy, przecież to było spoko. A potem czytam to sobie jeszcze raz i rzeczywiście, wszystko tam jest, co pamiętałam, a jakoś wyparłam z dzieciństwa. Te wszystkie dziwaczne rzeczy. Myślę, że moje pokolenie dochodzi kolektywnie do wypartych wspomnień z naszej popkulturowej młodości i myślę, że to jest dobry sposób, żeby to sobie wspólnie przerobić.

 

PK: W polskim internecie, czy szczególnie na YouTube, brakuje takiej formy, nazywanej często wideoesejami. Jak ci się wydaje, z czego to wynika?

 

KB: Tak, brakuje rzeczy typu Lindsay Ellis, Jenny Nicholson, Philosophy Tube itd. Ale nie jest to w ogóle dziwne, bo robienie YouTube’a jest strasznie, strasznie trudne. Trzeba ogarniać mnóstwo rzeczy, trzeba jednocześnie dobrze pisać, trzeba być dobrym performerem, potem montować, edytować, oświetlać, ogarniać dźwięk. To jest tak naprawdę praca dla całego zespołu, a trzeba to robić w pojedynkę, zwłaszcza w Polsce. Bo wszyscy youtuberzy, którzy mają przywilej bycia w anglosaskiej sferze, mają dużo większy zasięg, bo w zasadzie cały świat mówi już po angielsku. A jak się decyduję robić kanał po polsku, to ta widownia jest ograniczona, a więc możliwości monetyzacji i zasięgi są ograniczone, trzeba to wszystko robić po godzinach. Jest to strasznie ciężka praca, więc nic dziwnego, że rynek jest jeszcze mało zagospodarowany.

 

PK: No chyba, że ktoś robi vlogi… A ty masz swój team, czy robisz wszystko sama?

 

KB: Mam swój team trójki zwierząt, która bardzo dzielnie pomaga mi we wszystkich występach, czasami kradnąc mi zupełnie spotlight. Mam też swojego producenta, który na razie chce pozostać w cieniu, jako szara eminencja.

PK: Sporo ludzi nie zdaje sobie sprawy, że YouTube też wymaga pracy większej ilości ludzi, widzą jednego człowieka na ekranie i uznają to za bardzo osobiste doświadczenie. Dystans między nadawcą a odbiorcą skraca się radykalnie. Czy w jakiś sposób odczułaś skutki tego skrócenia dystansu?

 

KB: Tak, ale ja już je czuje od jakiegoś czasu, bo działam w internecie od jakiegoś czasu, jeszcze jak robiłam komiksy jako Kiciputek, z dziesięć lat temu. Miałam dużo czasu, żeby się z tym oswoić i do tego przyzwyczaić, ale faktycznie, tworząc na YouTube, nawet jeśli ma się cały zespół od tego, to trzeba wykreować jakiś rodzaj osobowości, persony, do której ludzie będą chcieli wracać, której będą chcieli słuchać. Myślę, że to jest nie do uniknięcia i w którymś filmie fajnie to poruszyła laska z Philosophy Tube, która mówiła jak sobie poradzić z tym, że tak wielu osobom wydaje się, że cię znają – wielu osobom, których ty zupełnie nie znasz. Założyłam grupkę na Facebooku dla ludzi oglądających kanał, nazywa się Chlebtuba i póki co jest tam absolutnie wspaniale, dużo mniej inb niż się spodziewałam. Oczywiście jest dużo negatywnych komentarzy, negatywnych wiadomości, które dostaję, ale nie jest to tak personalne powiedzmy, jak problemy innych osobowości internetowych, np. ze stalkerami i trochę nadgorliwymi fanami.

 

PK: Reakcje ludzi w internecie to jedno, ale doczekałaś się również odpowiedzi od dwóch pisarzy, o których robiłaś wideo. Jakie uczucia towarzyszyły ci kiedy je zobaczyłaś?

 

KB: Trochę niedowierzanie, a trochę… Naprawdę? Jesteście pisarzami wydawanymi w milionach egzemplarzy i boli was na tyle jakaś laska nagrywająca w internecie, że aż musieliście napisać? Może po Andrzeju Pilipiuku trochę się spodziewałam, bo on jest bardzo aktywny na forach i sporo pisze na swój temat i temat innych osób. Po Jacku Piekarze spodziewałam się, że jednak będzie ponad to. Nawet widziałam, że wspominał na Twitterze, że jakaś dziewczynka coś tam gada i próbował to umniejszać. Pomyślałam: no dobra, jest mądrzejszy niż to, będzie udawał, że tego nie widzi. Ale gdzieś go tam zapiekło, nie wytrzymał i przyszedł pod film skomentować. Więc jednak się udało! Dla mnie to jest bardzo dobrze, że powstała rozmowa między mną a twórcami.

 

PK: Czy nazwałabyś to rozmową?

 

KB: No tak – ja coś powiedziałam, oni mi odpowiedzieli, ja odpowiedziałam im, więc jest to namiastka rozmowy. I super, bo dodaje to dodatkowego wymiaru do moich filmów. Ziemiański nie odpowiedział mi bezpośrednio, ale widziałam ostatnio, że rozmawiał w pewnym wywiadzie i chociaż nie byłam wymieniona w ogóle jako osoba, to wszystkie pytania mocno sugerowały, że i osoba prowadząca wywiad, i Ziemiański zapoznali się z moim materiałem. Było np. pytanie o to, czemu Achaja tak często sika podczas książki.

 

PK: A jak ci się wydaje, czy to nadkruszone ego – bo chyba o to tu głównie chodzi – wynika z tego, że ci pisarze, czy pewne aspekty i wątki w ich twórczości nie były za bardzo konfrontowane krytycznie?

 

KB: Tak, myślę, że jakoś to nam umknęło. Ich odpowiedzi i względna popularność moich filmów – kanał powstał niedawno, filmów powstało trzy i myślę, że sobie radzą nieźle z zasięgami, jak na tak krótki czas – wskazują na to, że ten temat gdzieś nam przemknął pod radarem. Mimo, że w fandomie odbywa się rozmowa na temat dyskryminacji, seksizmu, czy w ogóle standardów jakie gdzieś tam trzymamy już się odbywa od kilku ładnych lat. Rozmowy ludzie ze środowiska na temat polskich pisarzy też się odbywają. A może dlatego, że fantastyka wciąż nie jest uznawana za mainstream literatury spowodowało, że to wszystko umknęło nam w szerszej perspektywie.

 

PK: To jest ciekawe, bo to w sumie od zawsze jest w jakimś stopniu mainstream.

 

KB: Tak, absolutnie. Popkultura żyje fantastyką od wielu lat. Gra o Tron, kiedy powstał serial, czy wcześniej, ekranizacja Władcy Pierścieni otworzyły nowe drogi popularności. Dzisiaj wszyscy wiedzą, co to jest fantastyka, wszyscy wiedzą, co to jest Wiedźmin czy Gra o Tron. Ale jak byłam jeszcze w szkole, w gimnazjum, to nauczycielki powtarzały, żeby tego nie czytać, bo nam zgniją od tego mózgi i że to w ogóle nie jest poważna literatura, tylko uciekanie w światy fantazji, a powinniśmy zajmować się Mickiewiczem i Polską.

 

PK: I kamieniami przez Boga rzucanymi na szaniec… Biorąc pod uwagę obecny paradygmat polskiej edukacji, może jakaś Achaja skończy kiedyś w kanonie lektur.

 

KB: Może. Ale może i nie. [Radek] Rak dostał teraz Nike, to jest jakiś przełom i może to pójdzie w dobrą stronę.

 

PK: Zastanawia mnie, jaki był krytyczny odbiór tych książek w okolicy ich premiery. Czy przed nagrywaniem wideo czytasz recenzje z tamtych lat?

 

KB: Tak. Nawet same blurby na okładkach z tyłu, od innych pisarzy i to naprawdę niezłych pisarzy, typu Dukaj, sugerują, że to są wspaniałe, wielowymiarowe i przełomowe powieści. To jest też największy szok. Bo że my byliśmy, może nie za głupi, ale za mało doświadczeni, żeby zauważyć pewne schematy to rozumiem. Moje pokolenie miało wtedy 14 do 16 lat. Wydawcy? No dobra, wydawcy chcieli zarobić na nas. Ale koledzy pisarze?

 

PK: Koledzy pisarze też chcieli potem jakiś dobry cytat.

 

KB: Pewnie tak. A koleżanki pisarki, z tego co wiem z zakulisowych rozmów, często były po prostu gdzieś tam wypierane i w ogóle nie miały łatwego życia. Więc się nie dziwię, że w ogóle nie miały siły toczyć batalii ze swoimi kolegami seksistami.

 

PK: Czy te książki miały jakiś odbiór w takim regularnym obiegu krytycznoliterackim?

 

KB: Na pewno Wiedźmin miał. Ale nie robiłam takiego researchu, no i nie jestem literaturoznawczynią w tym sensie, że nie śledzę prasy branżowej, ani recenzji, ani nawet najnowszych pozycji. Więc możliwe, że był jakiś dyskurs, który mi umknął. Na pewno była rozmowa pomiędzy Orbitowskim i Dukajem i kimś jeszcze. O polityce Fabryki Słów, o tym, jaki styl się wytworzył w latach dwutysięcznych w tej stajni. Ale to wciąż byli pisarze fantasy rozmawiający o innych pisarzach fantasy. Faktycznie dla mainstreamowych mediów, bo to był wywiad chyba dla Onetu.

 

PK: To jest interesujące, czy i jaki odbiór miała ta literatura w Wyborczej, Polityce, czy innych miejscach narracji o kulturze i rozrywce tradycyjnych dla polskiej inteligencji czy klasy średniej. W zasadzie byłem zdziwiony, kiedy oglądałem twoje wideo, bo rzeczywiście nie pamiętałem wielu kuriozalnych rzeczy z tych książek – a czytałem je na pewno, na którymś etapie prawie każdy kolega miał coś z tego asortymentu. W fandomie zachodzi jakaś zmiana myślenia, pewnie też powiązana ze zmianą pokoleniową, ale czy widać tę zmianę w samej literaturze? Czy powstają książki, które rezygnują z tych męskocentrycznych narracji, przywiązanych do kultu siły, fascynacji militariami itp.?

 

KB: Tak, myślę, że to już się dzieje. Nowe pokolenie zaczęło pisać, starsze pokolenie może się troszkę ogarnęło. Z tego co wiem, to Michał Gołkowski, który też wydaje w Fabryce Słów deklaruje się jako lewak. Jakub Ćwiek napisał długiego posta – poprosiłam go o komentarz do mojego tekstu o pisarzach fantasy w Krytyce Politycznej. Udostępnił ten tekst z komentarzem, w którym przepraszał za swoje teksty i zachowania z przeszłości. Dokonał jakiejś refleksji w swojej twórczości i w życiu publicznym. Aneta Jadowska z tego, co słyszałam, choć nie czytałam jej najnowszych książek, wprowadza jakiś powiew świeżości w te rejony. Na mojej grupie na Facebooku spływa sporo poleceń współczesnej polskiej fantastyki i te pozycje muszę nadrobić, bo oczywiście wszyscy pytają mnie, kiedy powstanie film, w którym wreszcie polecę coś dobrego dla odmiany. Nie wspominając o tym, że jest to trochę pomylenie formuły, bo być może dałam jakieś wrażenie, że tworzę kanał o literaturze, fantastyce, że będę książki omawiać, recenzować. A tak naprawdę chodzi mi tylko o jakieś okołopopkulturowe śmieszki. Nie chcę pozować na znawczynię, chcę tylko dobrze się bawić z ludźmi, którzy mają podobne zainteresowania i doświadczenia do mnie. Ale jak jest takie zapotrzebowanie, to może rzeczywiście zrobię jakiś krótki film o tym, co warto czytać i dlaczego. Póki co poczekam aż zasięgi wzrosną, bo mam wrażenie, że mało kogo to zainteresuje. Wszyscy odpalają moje rzeczy po to, żeby sobie podrzeć łacha z kogoś i zrobić szyderę bardziej, niż dowiedzieć się czegoś interesującego o najnowszych pozycjach na rynku.

PK: To jest w ogóle przypadłość nowych mediów, czy szczególnie YouTube, że ludzi bardziej interesują negatywne wjazdy, niż pozytywne recenzje, czy pozytywne głębsze skoki w jakiś temat. Nie wiem, czy to jest smutne, czy po prostu jest.

 

KB: Myślę, że po prostu jest. Jest śmiesznie, kiedy się czyta złe rzeczy. W przypadku The Room czy powieści Katarzyny Michalak można poczuć, że to jest niska rozrywka. Ale kiedy przy okazji śmiejemy się z ludzi, którzy do tej pory byli stawiani na piedestale i niekwestionowani, to ma to dodatkową wartość. Więc tak, schadenfreude, ale jeśli przy okazji inicjacja jakiejś debaty, to myślę, że jesteśmy usprawiedliwieni. Możemy rozgrzeszeni oglądać te nasze kanały na YouTube.

 

PK: Taka popkulturowa służba społeczna.

 

KB: Powiedzmy! (śmiech)

 

PK: Wróćmy na chwilę do tych pisarzy fantasy. Bardzo ciekawe jest to, że ta grupa reprezentuje pewną wspólną sferę wartości politycznych. Nawet nie chodzi mi o patriarchalne podejście do rzeczywistości, ale o konkretną wizję państwa. Jakbyś określiła tę formację polityczną?

 

KB: Myślę, że to jest dziki, konserwatywny neoliberalizm, który teraz potrafimy z łatwością zidentyfikować i nazwać. Ale w czasie, kiedy te książki powstawały, był kompletnie przezroczysty i właściwie w Polsce oddychało się nim jak tlenem.

 

PK: Czy odbyła się jakaś ewolucja umysłowa od tamtego czasu?

 

KB: Na poziomie obyczajowym na pewno. Jeśli chodzi o popkulturę i media, to zdryfowaliśmy w kierunku pozornej apolityczności. To znaczy zamiast traktowania dzikiego kapitalizmu i niczym nieskrępowanego rynku jako domyślnej doktryny, zwiastuna końca czasów i nadejścia systemu, w którym wszyscy będziemy rozkwitać, odpływamy w kierunku, w którym w ogóle się o tym nie rozmawia. Wiemy, że to się nie do końca sprawdziło, wiemy, że nie jest idealnie, nie jest dobrze, nie mamy pomysłu na coś innego. Słowo komunizm, socjalizm jest absolutnie zabronione i unikamy go jak ognia, więc z braku laku udajemy, że polityka nie istnieje, dzieje się gdzieś tam na górze, gdzie wszyscy się taplają w błocie i my nie chcemy mieć z tym nic wspólnego. Że to się wszystko jakoś ułoży, a my jak będziemy porządnymi ludźmi, to będzie ok. W literaturze toczy się jakaś rozmowa na ten temat, ale w popularnych mediach unika się go jak ognia.

 

PK: W fandomie też ciekawie rozumie się pojęcie polityczności. I nie mówię tylko o Graczach™, którzy rozdzierają szaty nad politycznością, kiedy jest jakikolwiek bohater czy bohaterka gry, którzy nie są białymi, heteroseksualnymi mężczyznami.

 

KB: To jest polityczne i musi mieć jakieś uzasadnienie, bo przecież nie może istnieć postać, która po prostu jest gejem! Bez żadnego powodu? To się nie zdarza!

 

PK: No właśnie, czy zarzuty o brak realizmu, jak afera o czarne elfy w drugim sezonie Wiedźmina. Jak ci się wydaje, skąd wynika to przywiązanie do realizmu i historyczności u publiki? i nie chodzi mi tutaj o odniesienia, czy metafory rzeczywistości, których nośnikiem jest często fantastyka, a o sam poziom świata przedstawionego, świata w końcu fantastycznego.

 

KB: Wydaje mi się, że w fantastyce silne i obecne są kanony. Żeby nie odpłynąć w zupełnie nie ustalone sfery. Żeby nie panowała doktryna, że wszystko wolno i żeby nam się świat zupełnie nie rozleciał logicznie. Umawiamy się na pewne rzeczy. U Tolkiena elfy były blond i wysokie, więc teraz będziemy się dwadzieścia lat kłócić, czy mogą być niskie i ciemnowłose. Najwyraźniej mogą, bo już w Dungeons & Dragons były elfy kanonicznie niższe od ludzi na przykład. U Tolkiena elfy to rasa panów, w świecie Dragon Age są niewolnikami, zabawa kanonami to część funu. Z drugiej strony młodzi ludzie, którzy dorastali w fandomie, mieli poczucie oblężonej twierdzy, byli często wyszydzani, dyskryminowani przez nauczycieli. Może przez to z defaultu przyjmują obronną postawę.

 

PK: Mówisz o nauczycielach, a ja zbierałem muki od kolegów za granie w Magic: the Gathering na przerwie, więc w gimbazie te karty czy powieści z serii Dragonlance były przekazywane raczej w tajemnicy.

 

KB: A przecież to nie było aż tak dawno temu. Na zachodzie te wszystkie geekowe rzeczy stały się cool, a u nas te 15-20 lat temu były dość niszowe, a przez to szykanowane. Myślę, że sporo młodych osób zainteresowało się fantastyką z poczucia jakiejś odrębności, potrzeby eskapizmu, potrzeby wspólnoty, jakiegoś miejsca, w którym można się odnaleźć i w którym można dać upust kreatywności w jakiś sposób niemainstreamowy. Nic dziwnego, że to są wrażliwi ludzie i ta wrażliwość objawia się na różne sposoby. Albo toksyczną defensywnością, albo na odwrót – lewicowy fandom trzyma się obecnie bardzo mocno.

PK: To jest w zasadzie dosyć smutne, że tę potrzebę eskapizmu i wrażliwość cynicznie wykorzystywali ludzie, którym nie do końca przyświecały jakieś wspólnotowe ideały. Przypomina mi się dziaderskie opowiadanie, które przytaczasz w jednym z filmów. Popijawa po jakimś konwencie, pisarze w rolach szlacheckich, jeden z nich wyniesiony do rangi króla. Pełna pogardy, warcholska scena, których zresztą wiele w tej twórczości. Odnoszę wrażenie, że za mało u tych ludzi odpowiedzialności za słowo, za dużo egomanii.

 

KB: Tak. Myślę, że kiedy wydarzył się boom w latach dwutysięcznych, kiedy powstała Fabryka Słów i wydawała mnóstwo rzeczy, młodzież zaczęła je kupować, pojawiły się konwenty i mnóstwo fanów, to ci pisarze – którzy może też dorastali w poczuciu jakiegoś odrzucenia – byli zbliżeni emocjonalnością do swoich fanów. Być może nie był to rodzaj świadomej, toksycznej manipulacji, a też jakiś coping mechanism, że wreszcie odnaleźli swoich ludzi. Odnaleźli swoje miejsce, odnaleźli swoje poczucie wartości w ten sposób i mogło ich trochę ponieść. W takie miejsca, gdzie wydaje ci się, że to nie jest żenujące, że umieszczasz siebie i swoich kumpli we własnej powieści jako cool bohaterów, którzy szablami przeganiają agenta.

 

PK: W ogóle to, że oni często – czy to w twórczości, czy np. na epickich zdjęciach – stawiają siebie w roli szlachty i arystokracji, nawet nie rycerzy, to jest dość znamienne.

 

KB: No tak. Co jest też logiczne, bo fantasy odnosi się często do tych anglosaskich mitów historycznych, tropów średniowiecznych. A pisarze to często nerdy, które w szkole zaczytywały się wszystkim, co wiemy o historii Polski. Zainteresowanie słowiańską fantazją i tymi naszymi szlacheckimi tradycjami gdzieś tam musiało się po drodze przydarzyć.

 

PK: A do czasów Sowy i Ledera ta historia była zainteresowana niemal wyłącznie dziejami i kulturą klasy wyższej.

 

KB: No właśnie, nie wiemy wiele o życiu kogokolwiek poza szlachtą, ale też niewielu się interesuje, żeby wiedzieć. Bo kto by chciał fantazjować o tym, że się zapieprza w polu od świtu do nocy i nic nie ma z tego? To raz, a dwa nie mamy za bardzo skąd wiedzieć, bo ich losy nie były w ogóle dokumentowane.

 

PK: Popularność Stardew Vallery wskazuje, że fantazja rolna cieszy się dużym powodzeniem.

 

KB: Może to jest właśnie pomysł na nowe uniwersum w polskiej fantastyce. (śmiech)

 

PK: A co powiesz na argument: to były inne czasy? Często pojawia się w kontekście rozmów o problematycznych aspektach różnej twórczości, również pod twoimi filmami.

 

KB: Po pierwsze, nie przesadzajmy, bo to był 2005, a nie 1205. A po drugie – co z tego? Nawet jeśli te książki byłyby napisane w 1205, to czy nie jest ciekawe analizowanie dlaczego tak było? Jak to się zmieniło? Jakie procesy zachodziły? To jest niezmiennie fascynujące. Im więcej rozmawiamy, im więcej myślimy na jakieś tematy, tym lepiej. A nie: zamknąć się, to było i koniec. Zamknąć to w pudełeczku i nie mamy prawa odnosić się krytycznie, czy analizować czegokolwiek, co zaszło nawet dziesięć lat temu.

 

PK: A jakich argumentów używają fani tych pisarzy, kiedy komentują na twoim kanale? Oczywiście mam na myśli tych, którzy przynajmniej zdradzają pozory chęci dialogu.

 

KB: Główne są dość opozycyjne w sumie. Jeden z nich jest taki, że jest to fantastyka, autor tak sobie wymyślił i nie mamy żadnego prawa ingerować w jego wizję i narzucać mu, że ma być tak, a nie inaczej. A drugi to jest próba wyjaśniania w jak najmniejszych detalach jak bardzo uzasadnione historycznie jest to, co oni piszą. Jeżeli Achaja sika co drugą stronę w majtki, to dlatego, że tak kiedyś było przed bitwą, że pęcherz się automatycznie wypróżniał. Co również z kolei wyjaśnia krótkie spódniczki w wojsku Achai, ponieważ wtedy łatwiej oddawać mocz przed każdą bitwą bez problemu. Całkowicie na serio ktoś to pisał, bardzo długa, wieloakapitowa analiza, że to wszystko jest wzorowane na czasach naprzemiennie albo starożytnych, albo średniowiecznych. Że wtedy tak było po prostu. Właśnie takie próby racjonalizacji.

 

PK: Eksponowanie tego w ogóle nie jest dla nich jakimś niepokojącym sygnałem. Jasne, może kiedyś i tak było, ale czemu jest tego tak dużo w tej książce?

 

KB: Tak i czemu wybierają ten motyw. Mam wrażenie, że ludzie ignorują fakt, że te książki nie istnieją samoistnie, nie pojawiły się jako uniwersum, które jest i musimy się z tym pogodzić. Tylko ktoś wybrał, żeby pisać akurat o tym, z jakiegoś powodu. Ktoś opisał tę konkretną rzecz też z jakiegoś powodu, to wszystko jest odbiciem tego, jak ktoś patrzy na świat, jakie ma przemyślenia, co go bawi, co go smuci. To nie istnieje w próżni i to pochodzi z wnętrza autora, więc jesteśmy w pełni uprawnieni do stawiania tez i interpretacji na podstawie tego, co czytamy.

 

PK: O dziadach pogadaliśmy, ale jest chyba nowa nadzieja na horyzoncie?

 

KB: Zdecydowanie! W ogóle jestem optymistyczna wobec polskiej młodzieży, jestem ogromnie zachwycona i wszystkim opowiadam, jaka dzisiejsza młodzież jest wspaniała!

WIĘCEJ