John Wick 3 to najlepszy film o pracy w korporacyjnym kieracie. I przy okazji, świetne kino akcji

W chwili publikacji tego tekstu John Wick 3 już dawno ulotnił się z kin. Mimo tego warto spojrzeć na ten hollywoodzki blockbuster z perspektywy, która większości recenzentów, fanów i filmowych nerdów zwyczajnie umknęła.

Ale od początku: Keanu Reeves nie jest kandydatem do odebrania Oscara z najlepszą rolę w tym stuleciu. Z tym pewnie wszyscy możemy się zgodzić. Posądzany o drętwy i mało angażujący styl gry gwiazdor, musiał czekać ponad dekadę od premiery ostatniej części Matrixa by znów móc cieszyć swoim nazwiskiem na plakacie popularnej serii.

Trylogia dokumentująca turbulentne losy Johna Wicka – podziwianego w środowisku płatnego mordercy próbującego odżegnać się od swojej dawnej ścieżki zawodowej – zaczyna się niepozornie. Reżyser Chad Stahelski z początku grał głównie swoim największym atutem – wieloletnim doświadczeniem hollywoodzkiego kaskadera. Dwie pierwszy części cyklu wypełniają więc ambitne i nieprzewidywalne sceny walki i sekwencje pościgów. Warstwa scenariuszowa była z kolei świadomą żonglerką gatunkowych klisz oraz dość absurdalnych zwrotów akcji. John Wick funkcjonuje bowiem w świecie, w którym płatni mordercy są dość mocno administracyjnie i logistycznie zorganizowani – korzystają ze specjalnych hoteli, podlegają ścisłemu regulaminowi oraz są pod lupą, w teorii bezstronnych, audytorów.

Łatwo skupić się na komiksowych aspektach opisywanego świata. W trzeciej części hitowego cyklu metafora, zamierzona czy nie, staje się niezwykle czytelna. John Wick jest bowiem człowiekiem żyjącym w katorżniczym, korporacyjnym kieracie.

Uznanym w swoim fachu specjalistą, który nie może wyrwać się z błędnego koła. Żyje w bezlitosnym, skąpanym neonowym blaskiem Nowym Jorku, który na każdym kroku, całkiem dosłownie daje mu w kość – czy to nagłym, celowym zderzeniem z samochodem czy serią pocisków z broni automatycznej (ten wątek w swoim świetnym wideo-eseju naświetlił już Patrick Willems). Mieszkańcy Wielkiego Jabłka są równie nieczuli, przedstawieni jako tłum anonimowych, niemych i apatycznych przechodniów zupełnie niezainteresowanych przemocą i rozlewem krwi, który odbywa się na ich oczach.

Wszystkie kłopoty granego przez Reevesa bohatera rozpoczynają się w momencie gdy zaczyna świadomie nie zgadzać się z polityką swojej “firmy”. Jego życie zamienia się w bezustanną ucieczkę przed twardymi postanowieniami regulaminu. Nawet, charakterystyczna dla aktora umiarkowana emocjonalność, staje się świetnym wehikułem dla demonstracji depresji i apatii spowodowanej tkwieniem w toksycznym układzie, w którym rządzą pieniądze i abstrakcyjne zasady. W tym świecie respekt innych asasynów, czyli kolegów z pracy, jest równoznaczny z chęcią pokonania Wicka – odebrania mu życia by zademonstrować, że wcale nie jest najlepszy w swoim fachu.

W ten sposób seria, która rozpoczęła się jako dość niewinna i absurdalna oda do kina akcji, przetransformowała się w prawdziwie mroczną krytykę późnego kapitalizmu i wyścigu szczurów. A jeśli wziąć pod uwagę, że w ciągu tych samych dwóch godzin jesteśmy świadkami fantastycznych sekwencji walki m.in. w bibliotece czy, uwaga, muzeum noży, to John Wick 3 wyrasta na jeden z najciekawszych filmów akcji ostatnich lat.

Jeśli przegapiliście go w kinach, szukajcie fizycznego wydania lub wypatrujcie tytułu w streamingach, bo to dużo mądrzejszy film niż może się wydawać.

WIĘCEJ