Niby epka, a wrażeń jak na trzech albumach.

Coals to projekt naprawdę wyjątkowy. Nikt jak rodzimy duet nie potrafi tak udanie destylować patentów nowoczesnego popu do mocno autorskiej, opakowanej w nostalgię i niemal szczęśliwą melancholię formy. Na Rewal czekałem, wiercąc się w miejscu z niecierpliwości, ale jednocześnie spokojny o jakość wydawnictwa. W końcu „Lawa”, „Miraż” i „ganc egal”, czyli single zapowiadające epkę, to najlepsze utwory w historii projektu. Rewal pojawił się w piątek i zapętlam go jak maniak, żałując, że nie obcuję z pełnoprawnym albumem, bo Coals wkroczyli w najbardziej dojrzały, błyszczący nieziemskim talentem, etap twórczości. Od trapowych patentów (łącznie z mocno ekspresyjnymi wokalami na ostrym autotunie w rodzaju Travisa Scotta czy Yeezusa), przez reggaetonowe bity i rozmyte pasaże syntezatorów, Rewal to odświeżająca propozycja, podbudowana kapitalnymi aranżacjami i ciekawymi tekstami.

Atmosfera, jaką kreują Coals na nowym albumie, nie ma sobie równych. Z jednej strony biorą na warsztat vibe, czyli tę uotną wartość nowoczesnego popu, szczególnie z trapowego rozdania, z drugiej dość konkretnie osadzoną nostalgię i melancholię. Z tekstów wyłania się obraz świata zasiedlonego przez artefakty i sygnały przeszłości: dźwięk starego telefonu, klimat nadmorskich kurortów, ale także przymioty nowoczesności: pamięć zaśmiecona przez facebookowy sen, czy klub o rozgrzanym parkiecie. Rewal sytuuje Kachę w gronie najciekawszych tekściarek polskiej muzyki, daje jej z miejsca rozpoznawalny język i unikalny, mocno poetycki sposób opisu rzeczywistości i doświadczeń. Warto również dodać, że dołącza do Kizo i Papa Dance w kategorii Disneyland w muzyce polskiej. Wokalnie również sporo się tu dzieje, szczególnie na drugim i trzecim planie, gdzie kolejne głosowe tekstury interesująco dopełniają aranżacje. Jest coś fascynującego w tym, że rodzimy niezależny pop buduje swoją relację z rzeczywistością na zapośredniczeniu. To nie tylko Coals z nostalgią za nieistniejącą epoką, ale także Wczasy, gdzie mechanizmem obsługującą relację ze światem jest ironia, czy zespół Róża, sięgający po intymność opartą na ruchomej tożsamości. Tekstowe mielizny mainstreamowego popu, ale i pop-rapu, zaplątanego w mowę-trawę wysoką jak Pałac Kultury, niezalu nie dotyczą. Na Rewalu jest naprawdę sporo linijek do cytowania, które świetnie oddają melancholię współczesnej egzystencji. Ale nie w formie depresyjnej, a pogodzonej z potrzebą wykrojenia sobie swojego zakątka, zbudowanego przez oparte na nostalgii doświadczenia.

Zawsze byłem pod wrażeniem, jak dobrze ten unikalny głos Kachy zgrywa się z muzyką Łukasza Rozmysłowskiego i nie inaczej jest na Rewalu. Produkcyjnie to zupełnie inna liga, znacząco przebijająca poprzednie wydawnictwa Coals – które przecież już na etapie docusoap stały na świetnym poziomie. Niezależnie, czy mówimy o twórczej obróbce pop-rapu, czy o reggaetonowej rytmice, podbijającej „Miraż” czy „Omamy”, bity z Rewalu mogłyby z powodzeniem trafić na największe majorsowe wydawnictwa globalnych gwiazd. Z kolei „ganc egal” to najlepszy utwór Coals, zarówno pod względem instrumentalnym, jak i wokalnym. W kontekście całej epki jest kwiatem naprawdę nieporównywalnym do żadnego innego, podobnym do roślin, które rozkwitają tylko wtedy, jak jest pełnia księżyca. Jeśli coś mi na Rewalu doskwiera, to tylko zbyt krótki czas trwania minialbumu. Tej muzyki się nie słucha, ją się po prostu ćpa, w odurzeniu jej jakością nerwowo wciskając repeat. Unikatowe teksty, wciągająca jak ruchome piaski atmosfera, niesamowite bity, jasne, to wszystko tu jest obecne. Ale melodyjność i bangerowość tego materiału to kolejna warstwa składająca się na sukces wydawnictwa. „Miraż”, udostępniony na kanale INTERNAZIOMALI (swoją drogą featuring Żabsona jest tu naprawdę dobry!), wykręcił już ponad pół bańki, ale każdy numer z Rewalu zasługuje na taki wynik.

Pewność, że każde kolejne wydawnictwo Coals umili mi życie, to naprawdę komfortowe uczucie. Rewal w swoim krótkim czasie trwania realizuje wszystko, czego można wymagać od takiej muzyki. Jednocześnie nie narzuca się blichtrem, nie fleksuje bez powodu. To wyważony minialbum o wielkim sercu i pokaz ogromnych talentów: kompozytorskich, aranżacyjnych, tekściarskich. Warto się w nim zatopić, szczególnie kiedy mamy nastrój daleki od klimatu nadmorskich kurortów.  

WIĘCEJ