JAŚMINA POLAK: Coś tu się nie zgadza!

Kiedy wpiszesz w wyszukiwarkę jej imię i nazwisko, w grafikach wyświetla się wiele zdjęć. „I na żadnym nie wyglądam jak ja! – śmieje się Jaśmina Polak, aktorka i Influencerka Miesiąca w Poptown.eu.

Może to dlatego, że jest człowiekiem tysiąca twarzy? Z krakowskiego Teatru Starego przeszła, symbolicznie, do warszawskiego Nowego, po drodze nawiązując współprace z Garbaczewskim, Rychcikiem, Frljićem i Warlikowskim. W kinie kradła ekran, nawet mniejszymi rolami, w Hardkor Disko, Sztuce kochaniaMowie ptaków. Krytycy ją lubią lub nie, ale są zgodni: jako artystka ma w sobie coś totalnego, wsysa widza i nie wypluwa kostek. W życiu zdecydowana, zaangażowana i odważna. I psiara, czyli wiadomo: dobry człowiek. W rozmowie z Poptown Polak opowiada o korzeniach i bliskości. O znajdowaniu swojego miejsca i głosu, nawet, gdy boli i uwiera. „Wierzę w pielęgnowanie zdrowego dystansu do tej rzeczywistości, która cię otacza. W próbę złamania jej zasad. We wkurw robiony na śmiesznie. Trzeba się śmiać dużo, bo inaczej oszalejemy”.

POSZUKIWACZKA W OFFIE

Mój tata, Wiktor Polak miał jedyną w Nowym Targu kaflarnię i betoniarnię. Do tego nasza ulica nazywała się Ceramiczna. Wszyscy wiedzieli, gdzie mieszkamy, taki stały punkt na mapie: za torami, pierwsza w lewo i to tam. Miałam super szczęście się wychowywać w bardzo wolnościowym domu, gdzie rozmawialiśmy o wszystkim. Moi są ochrzczeni, ja też jestem ochrzczona, ale nie byli praktykujący. Pamiętam, że jak miałam pierwszą komunię i poszłam się wyspowiadać, mój tata cały czas żartował, podnosił mnie, mówiąc: „O, jaka ty jesteś lekka teraz! Ty przecież nie masz żadnych grzechów, dziecko”. Po drugiej spowiedzi, na której powiedziałam coś całkiem innego niż poprzednio, ksiądz znowu dał mi tą samą pokutę. Zaczęłam kolegów wypytywać: „A co wy dostaliście?”, „Nie możemy mówić, nie możemy mówić” – a jednak to samo! Wtedy pierwszy raz pomyślałam: „Ej, kurde, coś tu się nie zgadza”.

W wieku ośmiu do dziesięciu lat miałam strasznie intensywny moment poszukiwania. Zaczęłam sobie szukać tej religii. Chciałam przejść na islam, potem rastafarianizm, bo mi się te czapki podobały. Dużo czytałam, chodziłam cały czas na konkursy biblijne. Byłam w tym dobra, ale nie traktowałam tego jakoś duchowo. Im więcej czytałam, tym bardziej docierało do mnie, że my sobie po prostu musimy z tym wszystkim sami poradzić. W pewnym momencie po prostu powiedziałam moim rodzicom przy obiedzie: „Słuchajcie, ja już wiem, czego ja od siebie chcę”.

W gimnazjum przestałam chodzić na religię. Byłam jedyna. Rodzice nie protestowali. Bali się tylko, czy nie będę miała problemów w szkole. Musiałam co miesiąc przynosić od rodziców do dyrekcji pismo, potwierdzające moją decyzję. Jak się rozeszło, przestało być śmieszne. Dostawałam telefony od kolegów z klasy albo koledzy na mnie czekali w szatni z workami z butami, żeby mnie prać. Wołali na mnie „kociorz”. Szybko się skończyło, ale takie rzeczy już zawsze pamiętasz. One powodują, że chcesz się stamtąd wyrwać, pokazać im wszystkim, że będziesz inny. Nie przystajesz? Pamiętaj, nie jesteś gorszy. Nie musisz się poddawać tej przemocy. Ostatecznie tylko cię to wzmocni.

Moja decyzja była w ówczesnym Nowym Targu jakimś ekstremum. Więc postanowiłam, że jeszcze to docisnę. Słuchałam dużo metalu, zrobiłam z siebie takiego totalnego gota, chodziłam w opaskach, taka cała na czarno, z włosami zlepionymi na dół, żeby ich podkurwić. Miałam z tego dobrą zabawę. Sama chciałam prowokować ten absurd. A absurdy były grube. Nigdy nie zapomnę, jak umarł papież-Polak. Pojechałam do szkoły i się okazało, że w ramach szkoły mamy modlitwę. Zabrali nas do kościoła, zakonnica kazała wszystkim dzieciom leżeć krzyżem na ziemi. Nie mieściliśmy się w budynku i część musiała leżeć na zewnątrz. To było właśnie moje ukochane Podhale. Na Podhalu się nie leczy z alkoholizmu, tylko idziesz na górkę się pomodlić do Maryi. Klasyk.

OBUDOWA „JA”

Dużo ludzi myśli, że jestem żoną mojego brata, Piotra Polaka. Jest Hanna Polak, reżyserka, jest jeszcze aktor Piotr Polk. Polaków a Polków! Czasem się zdarza, że ktoś mi zarzuca, że na scenie ciągle jestem sobą, że jestem zawsze bardzo tu i teraz. Że tak naprawdę to, co ja robię, to nie jest aktorstwo, tylko coś bardziej z performatyki. Nie wiem, nie mnie oceniać. Osobiście nigdy nie rozumiałam tego rozróżnienia. Jedno bierze się z drugiego, a drugie z pierwszego! Rozumiem, że energia, którą mam, może kogoś w teatrze drażnić. Ale nie dam sobie wmówić, że tu „nie ma warsztatu, tylko obecność”. Bardzo głęboko wierzę w warsztat, dla mnie jest on podstawą.

Z Starym Teatrem w Krakowie pożegnałam się, bo zmieniła się dyrekcja. Niby można było walczyć, a z drugiej strony – z czym? Nie ma pola do żadnej dyskusji. Nagle przychodzi jakiś pan i tyle, to są decyzje podjęte odgórnie. Wszyscy wiemy, jak to się skończyło: teatr chyba nic na tym nie zyskał, ludzie, którzy tam pracowali, chyba też nie. Pożegnanie z Krakowem była potwornie trudną decyzja opuszczenia miejsca, w którym było mi dobrze, i zespołu, z którym byłam bardzo blisko. Poza tym czy to jest taka do bólu typowa ścieżka kariery, że po jakimś czasie wszyscy jedziemy do Warszawy. Władza się WPIERDALA w kulturę w małych miejscach, więc wszyscy po prostu jadą się ratować do tej stolicy… Mnie to przerażało, ta centralizacja.

No ale mieszkam tu i jakoś sobie to poukładałam. Mam ogródek, psa, swoje ścieżki i komfort udawania, że wcale nie mieszkam w mieście. W Starym pracowałam z moim przyjacielem Bartkiem Bielenią. Razem zostaliśmy też przyjęci do Nowego jako taki właśnie „duecik”. W teatrze pracuje też Janek Sobolewski, mój najlepszy przyjaciel i mój brat Piotrek. To złagodziło uderzenie. Wsparcie mentalne jest ważne, to, że z kimś masz podstawowy, wypracowany kod, nawet jeżeli twoja wrażliwość jest wystawiona na próbę. Jak się spotykamy, totalnie pamiętamy, skąd się wzięliśmy. To jest potwornie zdrowe, żeby mieć dystans do siebie i do tego, co się robi, do tego, z kim się przestaje.

SUPER ZEN

Pierwszy lockdown dał mi niesamowitą perspektywę. Spojrzałam inaczej na swoją codzienność, na swoje życie. Wszystko zaczęło się inaczej układać. Zaczęłam czytać tyle książek! Był to czas dzikiego dbania o siebie. No a potem nagle bum, znowu skok do tego chaosu codzienności, spektakl, próby, wracasz do domu styrany i chcesz tylko płakać w kołdrę, bo z tyłu głowy masz te „świetne wnioski” wyciągnięte z siedzenia w domu i jakoś to się nie realizuje w Twojej codzienności . Ja tak teraz mam.

Za drugim razem w zamknięciu jest trochę ciężej. Trochę gorzej z kreatywnością. Z Gosią Wdowik i z całą ekipą „Wstydu”, nad którym teraz pracuję w Nowym Teatrze, od razu sobie powiedzieliśmy: stawiajmy małe kroki. To, że się w ogóle dzisiaj widzimy, już jest sukcesem. Stwarzamy taki sztuczny system małych zadanek, to pomaga. Stawiamy na empatię, dajemy sobie prawo do bezsiły, rozmawiamy o tym.

W zawodzie aktora często jest tak, że chwytasz, co możesz. Tak się zarabia w tym zawodzie pieniądze. Ale wchodzenie w coś to jest też kwestia indywidualnej intuicji. Dla mnie podstawową rzeczą jest to, że pracuję z ludźmi. Spotykam się z ludźmi i się z nimi zbliżam myślowo–emocjonalnie. Walczymy o wspólną sprawę. Bo to co się wydarza,  wydarza się tu i teraz i to tu i teraz działa na widza.

Ostatnimi czasy uczę się, że jutra może nie być. O dwudziestej trzeciej się dowiadujesz, że jednak nie będzie można wychodzić z domu albo że wszystko zostanie zamknięte. Jest to cholernie trudne dla mnie jako człowieka, ale też aktorki w procesie przygotowywania spektaklu, podczas prób. My zarabiamy głównie za spektakle. Z motywacją bywa bardzo ciężko. Powoli uczę się takiego stanu, w którym to przyjmuję. Zawsze gotowa na zmianę. Przestawiam w głowie klocki. Osiągam stan super zen.

WKURW NA WESOŁO

Zawsze gdzieś z tyłu głowy chciałam być radykalna, ale chyba byłam bardziej odklejona, tak jakbym „żyła w żółtym budyniu”. A dziś nagle angażuję się obywatelsko w całkiem nieprzewidziane sposoby. Wydaje mi się, że wraz z tłumem, który wylega na ulice, radykalizuję się coraz bardziej. Te wszystkie chore pomysły, które zawsze miałam w głowie, przestały być od czapy. Dziś coraz bardziej przystają do tej pokrzywionej rzeczywistości. Staram się je realizować z bliskimi mi ludźmi. Różnie: od wyrazu artystycznego po wychodzenie na ulicę.

Jak zobaczyłam, że w Nowym Targu dziewczyny wyszły na ulice protestować, to się popłakałam. Taki bastion propisowskiej mentalności i ultrakatolicyzmu, to moje, przeżarte przez religijną patolę miasto… Na Podhalu w ogóle Strajk Kobiet zahacza jeszcze o trochę inną kwestię: tam przemoc wobec kobiet jest ważnym tematem. I wreszcie ktoś to zaczyna nazywać głośno! Te góralki zebrały się w sobie, żeby się postawić. Wydaje mi się, że to jest potwornie wzruszające. Naprawdę najbardziej kibicowałam takim małym miastom i miejscowościom, które nagle się ruszyły.

Są różne rodzaje wkurwu. Czasem ten wkurw jest bardzo spontaniczny i powoduje bardzo spontaniczne działania. To ważna, wspaniała energia. Ale myślę, że mądrze jest czasem sobie spojrzeć z dystansu na to wszystko i się wkurwić mądrze i konstruktywnie. Że nie wystarczy wyjść z napisem „***** ***”. Warto się w związku z tym co się dzieje spotykać, gadać, myśleć o tym, co naprawdę można zrobić, co można dać ludziom w szerszym spektrum. Jestem pod dużym wrażeniem ewolucji roli mediów społecznościowych, które przestały być tylko folwarkiem próżności. Dziś służą do wymiany informacji, gdzie można się schować przed policją, gdzie jest protest, gdzie skręca przemarsz… To daje poczucie sprawczości. Sztuka w służbie przemian społecznych? Ja wierzę w pielęgnowanie zdrowego dystansu do tej rzeczywistości, która cię otacza. W próbę złamania jej zasad. We wkurw robiony na śmiesznie. Trzeba się śmiać dużo, bo inaczej oszalejemy. Trzeba się śmiać ze wszystkiego.

Lubię jak element ludzki spotyka się z elementem zaangażowania na scenie. Wraz z Jankiem Sobolewskim pracowaliśmy z Oliverem Frljićem w Niemczech. W ekipie była dwójka Niemców, dwójka Chorwatów i my z Polski. „Wyjdźcie po kraju na scenę i powiedzcie, co jest nie tak u was w kraju”. Chorwaci „o polityce nie będą rozmawiać, to jest żenujące”. Niemcy oboje z rodzin imigranckim nie bardzo mogą źle o Niemcach, w sumie to „są wdzięczni”. Ale my z Jankiem jak zasiedliśmy, to nie mogliśmy skończyć…. Jakiś czas później się okazało się, że Burgtheater w Wiedniu robi festiwal cały i nas zaprasza z tym peformancem, ma być sześć godzin. Spisaliśmy sobie notatki, dostaliśmy po butelce tequili na głowę. Na scenie byliśmy na golasa. Nie można było pójść do toalety, był parawan z wiaderkiem z tyłu. Końcówki spektaklu trochę nie pamiętam, przyznam szczerze. Ale fascynujące dla mnie w tym procesie było to, co z nas wychodziło. Niektórzy się obrażali, inni wzruszali. Ty sam zaczynasz płakać nagle, że jesteś Polakiem. Jedno z ważniejszych doświadczeń w moim życiu przeżyłam właśnie tam, z gołą dupą. Wolność, wolność ponad wszystko!

WIĘCEJ