Jak papież Franciszek obraził Polaków, czyli art. 196 wciąż młotem w rękach oszołomów

Artykuł o obrazie uczuć religijnych doszedł do ściany absurdu.

Jednym z bardziej trwalszych trendów memosfery jest conzopapizm. Lata mijają, a memuchy z Karolem Wojtyłą wciąż bawią, także młodsze pokolenia, które nie miały okazji załapać się na papajowe szaleństwo, rozpoczęte w zasadzie już w momencie złożenia go na łożu śmierci. Jeden z moich ulubionych to uśmiechnięta twarz papieża, która obwieszcza: rozstrzelać wszystkich Polaków. Kiedy mignęła mi wiadomość o tym, że warszawska prokuratura będzie badać to, czy słowa papieża obraziły uczucia religijne mieszkańców i mieszkanek naszego wesołego baraku nad Wisłą, przed oczami stanął mi właśnie ten obrazek. Wykonałem ćwiczenie umysłowe, żeby przed poznaniem całej sprawy odgadnąć, co takiego zrobił Franciszek naszemu umęczonemu narodowi? Znowu mówił o równości wszystkich ludzi, w tym także osób nieheteronormatywnych? A może popełnił zbrodnię wskazania na nadchodzącą katastrofę klimatyczną i odpowiedzialność obecnego systemu ekonomicznego – herezję w oczach polskiego kościoła? Może potępił pedofilię wśród księży, łamiąc długowieczną, polską tradycję ignorowania takich spraw? Niestety, po sprawdzeniu informacji okazało się, że chodzi o cytat z papieża umieszczony na tęczowym transparencie, a zatem nie papaj obraża, a tęcza. Nic nowego w tym kraju. Natomiast cała sytuacja pokazuje jasno, jakim absurdem jest przepis o obrazie uczuć religijnych i jak łatwo przesuwać jego granicę, aż wyjdziemy nie tylko poza – mówię to z całą dobrą wolą, jaką jestem w stanie z siebie wykrzesać – potencjalną ochronę kogokolwiek przed mową nienawiści, a wkroczymy także na teren opresji, nonsensu i cyrku na kółkach.

Artykuł 196 Kodeksu Karnego głosi: Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. Bublowatość tego przepisu jako narzędzia prawnego analizowało już wielu mądrzejszych ode mnie, ale warto zauważyć, z jak wielkim stopniem arbitralności mamy do czynienia i jak wielką nadgorliwością wykazuje się tu państwo. Przepis wprowadzono w 1998 roku, rzekomo z zamiarem chronienia mniejszości wyznaniowych, ale wszyscy domyślamy się, kogo najbardziej ucieszyło nowe prawo. Od tamtej pory stosowano je głównie jako młot na celebrytów brykających przeciwko świętojebliwości (np. Dodę i Nergala), ale w ostatnich latach art. 196 stał się orężem w walce subwersywnymi działaniami środowisk LGBTQ+, które mają czelność podkreślać chrześcijańskie korzenie polskiego katolicyzmu w kontekście nienawistnej nagonki urządzonej przez rządzących. Od 2018 rośnie liczba zawiadomień do prokuratury w tej sprawie: w 2018 było ich 90, w 2019 136, a w roku ubiegłym już 146. Nietrudno powiązać te ponure statystyki z ofensywą skrajnych środowisk katolickich, zarówno od strony społecznej – że wspomnę Ordo Iuris, (które na pewno nie jest finansowane przez Kreml) – jak i rządowej, która często ma osobiste i polityczne koneksje z najróżniejszymi organizacjami fundamentalistycznymi.     

fot. Attila Husejnow / SOPA Images / LightRocket via Getty Images

Polski katolicyzm wyrósł z chrześcijańskich korzeni, ale od jakiegoś czasu odcina się od nich radykalnie, nawet nie siekierami, a całą armią pił mechanicznych. Nic dziwnego zatem, że kiedy w przestrzeni publicznej pojawiają się transparenty bądź obrazki sugerujące, że społeczności LGBTQ+ należy się miłosierdzie bliźniego – podstawa doktryny chrześcijańskiej – co bardziej krewkie rejony kościoła katolickiego i jego popleczników dostają spazmów. Hasło Jezus byłby lewakiem, wizerunek Maryi w tęczowej aureoli, czy nawet cytowanie słów obowiązującego papieża w kontekście walki o równość, wywołują diabelską wściekłość fundamentalistów, często skutkującą zawiadomieniem do prokuratury. Ta leży przyciśnięta butem króla polskiego reakcjonizmu, więc zamiast stosować umorzenie postępowania przygotowawczego z powodu niestwierdzenia znamion czynu zabronionego, marnuje swój czas i nasze pieniądze. Oczywiście, wciąż niezależne sądy próbują ograniczać ten katolicki totalitaryzm i zazwyczaj wydają wyroki uniewinniające,  jak np. w sprawie tęczowej Maryi. Chociaż nie zawsze: z art. 196 w 2020 na karę więzienia bez zawieszenia skazano cztery osoby, a kilka innych dostało kary grzywny. I raczej można spodziewać się nasilenia tego trendu.

Wróćmy do sprawy, która wywołuje takie zamieszanie. Prokuratura Rejonowa Warszawa-Śródmieście stwierdziła, że w toku postępowania ustalono, że zachowanie podejrzanych skutkowało obrazą uczuć religijnych. Poszło o słowa: Bóg kocha cię takiego, jakim jesteś, którymi papież Franciszek uraczył Juana Carlosa Cruza, geja, który był ofiarą molestującego księdza. Te niewinne słowa zostały umieszczone na tęczowym transparencie i prokuratura musiała interweniować na życzenie jakiegoś oszołoma (stawiam moją kolekcję japońskich RPG, że to był facet). Jeśli komuś umknęło, że żyjemy w groteskowo zabawnej, religijnej autokracji, to ta sprawa może być niezłym przypomnieniem. W systemach autorytarnych i totalitarnych instytucje wykazują się nadgorliwością ze strachu przed gniewem politruków dyszących im nad głowami – arbitralność zasad i zachowań dominuje nad stosowaniem jasnych reguł, co z kolei jest cechą demokracji. Ta nadgorliwość prowadzi do ograniczania swobód obywatelskich i rodzi takie kwiatki, jak prześwietlanie słów papieża, bo te znalazły się na tęczowym kartonie. Jestem ciekaw, co czują osoby prowadzące takie śledztwa. Czy skaczą ze szczęścia, że zatrzymują inwazję zachodniego barbarzyństwa na nasze zdrowe, katolickie ziemie? Ściągają buty po powrocie do domu, rozsiadają się w fotelu i opowiadają reszcie domowników, że obowiązek służby państwu został spełniony, ten przeklęty, tęczowy karton już nikogo nie zrani? Podejrzany karton, który splugawi nawet słowa papieża – no, względnego papieża, bo jednak nie Polak, no i za dużo niebezpiecznych, wywrotowych idei głosi – już nikogo nie obrazi! Można tak żartować długo, zresztą co innego nam pozostaje, ale to na poły zabawne, na poły jednak smutne. System sprawiedliwości zwolnił drastycznie, na rozprawy trzeba czekać dłużej, niż jeszcze kilka lat temu. Pewnie po części odpowiadają za to takie akcje, jak ta. Kto wie, może prokuratury same trzęsą się ze śmiechu, ale w trzęsawce ze strachu przed konsekwencjami bez szemrania zabierają się za kartony z hasłami, tęczowe flagi, wrzutki w mediach społecznościowych. Jednocześnie myślę o kościele, czy radość z tego ganiania ludzi jest tam większa. Bo jednak mamy tu niezłego fiflaka, dzięki bublowi prawnemu okazuje się, że obrazić uczucia religijne Polaków mogą słowa samej głowy ich kościoła. Czy wzmocnieniem wiary będzie parada artykułów o specjalnie wykręconych w stronę szydery tytułach (jak ten)? Od kiedy informacja o takim postępowaniu się poniosła, nagłówki piszą się sam, a osoby memoróbne mają ręce pełne roboty. Od jakiegoś czasu można odnieść wrażenie, że polski kościół gra na schizmę z Watykanem, odsuwa się coraz bardziej w stronę samotnej wyspy opresji i nonsensu. Czekam na ten rozdział, pewnie pójdzie za nim odświeżenie ceremonialnej garderoby, a ciuchy sakralne potrafią być całkiem cray cray! Rechot ironii zagłusza absurd sytuacji, ale tylko na chwilę. Jak opadnie beka, zostaniemy z dziwnym wrażeniem, że na tej sytuacji nie zyskał nikt. Za to straciliśmy wszyscy – czas, rozum i godność. Ale to zwykły wtorek w Polsce.

WIĘCEJ