Jak odnalazłem spokój w symulatorze farmera. „STARDEW VALLEY„ to odtrutka na izolacyjne przygnębienie

Jak odnalazłem spokój w symulatorze farmera. STARDEW VALLEY to odtrutka na izolacyjne przygnębienie

Na farmie Luzik (nie oceniajcie mnie) czas płynie inaczej – lepiej i milej. I pomaga mi w odnalezieniu systematyczności w czasie monotonii i chaosu.

W budynku, w którym mieszkam trwa remont elewacji. Wszystkie okna mam zaklejone półprzeźroczystą folią, która skutecznie tłumi piękne słońce ostatnich dwóch tygodni. Balkon został rozkuty i zamieniony w rzeźbę studenta drugiego roku ASP (a po sztuce jak wiadomo, chodzić nie można). Siłownia, stoliki do szachów, ławki i plac zabaw zostały zaklejone czarną folią, by nie można było z nich korzystać. Nie starczyło jej na stół pingpongowy, ale w domu mam tylko jedną paletkę, a współlokator wrócił do rodzinnego miasta. Dziś jest pierwszy dzień od dawna, w którym można pójść do parku lub lasu. Pewnie tam wstąpię poza godzinami szczytu, ale najpierw muszę podlać uprawy, nakarmić i wydoić krowy oraz narąbać trochę drewna. Jestem zarobiony.

Mieszkam bowiem równocześnie na nawiedzonym warszawskim Muranowie oraz w ustronnej i miłej Stardew Valley – dolinie, której centralnym punktem jest ciche miasteczko Pelican Town. Stardew Valley powstawało przez cztery lata i jest dziełem wyłącznie jednego człowieka – Erica Barone’a, który w tym czasie siedział po kilkanaście godzin dziennie i był na utrzymaniu swojej dziewczyny. Barone sam napisał cały silnik, stworzył 16-bitowe grafiki, skomponował i zrealizował muzykę, stworzył niezbędne animacje. Chcąc stworzyć symulator życia na wsi miał jedną inspirację – serię Harvest Moon. Wydawane na konsole Nintendo i Sony gry miały proste, ale bardzo urokliwe założenia. Wprowadzasz się na zaniedbaną rodzinną farmę, musisz zacząć się utrzymywać i wziąć ślub z jedną z wolnych dziewczyn z pobliskiej osady (serio, to obowiązkowy element większości gier – jeśli się tego nie zrobi to rodzina uznaje, że jesteś niedojrzały oraz niegotowy i wracasz do miasta). Wszystkie te gry mają jednak jedną sporą wadę – są dość powolne. I nie tak przyjemnie powolne jak weekendowy wyjazd na działkę z siatką jointów i grami planszowymi. Ciągną się jak nieudane etiudy z łódzkiej filmówki.

Stardew Valley usprawnienia rozpoczyna już na starcie – uaktualniając całą fabułę. Rozgrywkę rozpoczynasz bowiem jako znudzony_a pracownik_czka korporacji pragnący_a wolności i życia na własnych warunkach. Umożliwia ci to odziedzicona po zmarłym dziadku farma ulokowana w okolicach malowniczego Pelican Town. Gdy farmer Hehe przyjechał na farmę Luzik (nie oceniajcie mojego wyboru nazw), jego oczom ukazało się zapuszczone ściernisko pełne chwastów, gałęzi i kamieni. Po powitaniu przez burmistrzu pora od razu zabrać się do roboty. Wziąć w dłoń siekierę, kosę, motykę lub kilof i wziąć się do roboty. Na start dostajesz zestaw ziaren, które możesz zasadzić. Od tego momentu radzisz sobie sam_a. Dzień rozpoczynasz codziennie o 6 rano, a weekendy formalnie nie istnieją (poza tym, że w lokalnym barze spotkasz wieczorem dużo więcej bohaterów).

Co więc właściwie oferuje Stardew Valley? Przede wszystkim: Spokój systematyczności. Osadzone w realiach korporacyjnej pracy intro to nie przypadek. Gra powstała bowiem po to by odpowiedzieć na potrzeby naszej grupy społecznej – dziwnych stworków, które żyją w gąszczu ASAPów i deadline’ów i chcą żyć w świecie, w którym używki nie są najlepszą formą ucieczki od kalendarza i depresji, które wywołują wspomnienia wszystkich niezrealizowanych szans. Stardew Valley to opoka spokoju, która uczy doceniać własną, dobrze zorganizowaną pracę oraz racjonalnie podchodzić do zadań, które stają przed nami. Kilka grządek ziemniaków na starcie to wyjście do tego by potem zakupić ziarna, które zamienią się w plony, na których będziemy więcej zarabiać, zakupimy pierwszy kurnik i kury, a z ich jajek będziemy mogli robić przetwory, które pozwalą nam zarobić jeszcze więcej (ja stałem się lokalnym baronem majonezu, produkuję kilkadziesiąt słojów dziennie – jest pyszny i doceniają go wszyscy – dzieci i dorośli). Kury, krowy, kozy, koty i inną zwierzynę ponazywałem imionami i ksywkami najlepszych kumpel i kumpli (serio, to zaszczyt, a nie obelga lub kolejne stadium izolacyjnego szaleństwa). 

Dobra, dobra. Pamiętam taką grę. Nazywała się Farmville, grali w nią wszyscy i wysyłali syfiaste powiadomienia na Facebooku – może odpowiedzieć ktoś złośliwie. Ok, kumam. Ale Stardew Valley oferuje znacznie, znacznie więcej. Barone najwięcej wysiłku włożył bowiem w mieszkańców Pelican Town. Stworzył prawdopodobną i urokliwą menażerię, która w detalach ujawnia swój charakter i sprawia, że warto co najmniej kilka razy w tygodniu odwiedzić to miasteczko. Znajdziecie w nim m.in. mieszkającą w przyczepie, white-trashową alkoholiczkę Pam, która mówi głównie o swojej płynnej diecie, bezdomnego Linusa, który żyje na marginesie społeczności, ale w kryzysowym momencie (gdy np. zemdlejecie z wycieńczenia po całodniowej orce) poda pomocną dłoń, a na co dzień będzie dość nieufnie obawiał się, że przychodzicie wyłącznie się z niego pośmiać. W lokalnym sieciowym markecie pracuje etatowy slacker Shane, a w domu nieopodal mieszka z żoną poruszający się na wózku George – strasznie zrzędliwy pierdziel, który narzeka cały czas, ale uśmiechnie się do was jeśli odpowiecie na jego prośbę dostarczenia mu ostrej papryki, która posłuży za okład zwalczający jego uporczywy reumatyzm. W sypialni handlarki bydłem i akcesoriami do hodowli zwierząt gospodarskich możecie znaleźć bokserki, które zostawił tam wspomniany już burmistrz. Stardew Valley wie jak uczyć zacieśniania więzów społecznych. W kalendarzu wywieszonym na głównym skwerze znajdziecie daty urodzin większości bohaterów (a dostarczenie im wymarzonego prezentu sprawi, że będą się odwdzięczali różnymi przysługami). Są też w nim zaznaczone święta i wydarzenia specjalne. W lecie np. odbywa się Luau – wspólnego gotowanie ogromnego gara zupy, którą przyjeżdża spróbować gubernator całego regionu, o którego względy zabiega burmistrz Lewis – wcześniej proszący gracza o przyniesienie składnika, który wzbogaci potrawę o coś niepowtarzalnego. Nie mając odpowiednich zasobów w danej chwili, zignorowałem tę prośbę, a efektem tego działania była długa, grająca na emocjach scena, która uświadomiła mi, że za mało robię dla tej miłej, otwartej, wirtualnej społeczności.

Gra nie zapożycza do serii Harvest Moon jedynie oprawy graficznej oraz podstawowych mechanik – wspomniany system matrymonialny także się tu pojawia. W osadzie jest bowiem sześć panien i szóstka kawalerów gotowych dzielić z kimś życie. Cała dwunastka ma wyróżniające cechy, wpisuje się lub przełamuje określone stereotypy – raczej każdy znajdzie tu kogoś dla siebie. A limitów nie ma zbyt wielu, śluby jednopłciowe są jak najbardziej mile widziane. Homoseksualne pary mają też możliwość adoptowania pociechy. Istnieje też smutna instytucja rozwodów. Kreator postaci dostępny na samym początku gry także jest bardzo liberalny i pozwala ubrać postać danej płci w ubrania pierwotnie przeznaczone dla którejkolwiek z nich. To ważne i bardzo fajne usprawnienie, odróżniające Stardew Valley od swojego pierwowzoru.

Żeby wygrać trzeba grać. Tu nie ma mety, a postawione zadanie jest mało skomplikowane w opisie chociaż ciężkie w realizacji – wieść dobre życie. Dlatego właśnie Stardew Valley jest dla mnie tak atrakcyjne w tej chwili i sprawiło, że spędziłem w jego świecie ok. 30 godzin w ostatnim czasie. Podczas gdy inne simy służą do urzeczywistniania swoich fantazji seksualnych lub znęcania się nad wirtualnymi humonaidami, prosta gra Erica Barone’a pozwala kształtować wizje z przemóc coachów – zapierdalać i proste przyjemności. Oczywiście, na rynku jest także dewastujące rankingi sprzedaży Animal Crossing: New Horizons, które stało się dla wielu prawdziwą alternatywą dla monotonnego pandemicznego żywota – ludzie biorą bowiem w nim śluby oraz protestują przeciwko światowym reżimom. Stardew Valley to bardzo humanistyczna alternatywa dla kolosa ze stajni Nintendo – powstała z myślą o współczesnych młodych ludziach stłamszonych przez wielki, pełen możliwości świat. I nie ukrywajmy, jest to też dużo tańsza i lepiej dostępna opcja (będąca w bibliotece większości konsol oraz nawet na smartfonach). Tyle, lecę zebrać bakłażany, bo właśnie dojrzały.

WIĘCEJ