Jak mainstream zamęczył trap. 2020 zaczyna się od wielkiego zjadania swojego ogona

Justin Bieber przez wiele lat nie wchodził w moją orbitę, ot, kolejna gwiazda pop, do tego skierowana raczej w stronę młodszej publiki. Ale wokalista musiał dorosnąć, bo jak się okazuje, jest człowiekiem, a zdecydowana większość ludzkich dzieci rośnie.

Zatem Biebs dorósł, zaczął zadawać się z innymi ludzkimi dziećmi, nie zawsze dorosłymi do końca, jak DJ Khaled. Może trafił was w ucho jego ostatni singiel, koszmarek zwany Yummy. Koszmarek to może za dużo powiedziane, ale do tego wrócimy. Utwór składa się z bardzo podstawowego trapowego bitu, słodkich syntezatorów i prostackiej repetycji – zabieg znany choćby z Baby, jednego z najbardziej niechlujnych przebojów napisanych przez The-Dreama. Słuchając Yummy można jednak zauważyć, że cały utwór, choć neutralny dla uszu (o ile ktoś nie ma uczulenia na nadmiar sacharyny), jest symptomatycznie zmęczony. Justin Bieber nie zabił tym kawałkiem trapu – w ogóle zarzuty o zabijaniu muzyki, konkretnego gatunku itp. przez pojedynczych artystów należy zostawić co bardziej krewkim bywalcom Wykopu albo RYM – ale na pewno zrobił wiele, żebyśmy się zatrzymali i powiedzieli: a może już czas przestać?

Uwielbiam muzykę z Południa USA, od kiedy ją poznałem, ponad dekadę temu, kiedy moje uszy odmienili UGK, Three 6 Mafia, czy Lil Wayne. Powoli obserwowałem, jak mainstream oswaja bity z Rolanda 808 po wielkim sukcesie Flockaveli, czy pewnego rodzaju zabawową użytkowość muzyki z tamtego rejonu przyswaja jako swoją. Przełomem byli Migos, naturalną konsekwencją Lil Pump. Hip-hop wydestylowany do swoich najbardziej bazowych składników. Zamiast rozbudowanych zdań, pojedyncze słowa, zamiast epickich instrumentacji prosty bit i zaloopowana melodyjka. To działa, a w swojej prostocie potrafi być piękne. Gucci Gang czy Versace to nie tylko sprawne młoty na zakute truskulowe łby, ale chwytliwe, pełne funu piosenki. Travis Scott popchnął trap w objęcia psychodelii i progresywności, ludzie związani z wytwórnią Dreamville (zresztą nie tylko oni, bo w zasadzie pionierem takiego brzmienia jest Big K.R.I.T.) znaleźli sposób na mariaż tego brzmienia z bardziej soulfulowym podejściem do sampli. Trap zaczął mieć pełno odnóg, odmian, zaczął wchodzić w najróżniejsze, mniej lub bardziej szczęśliwe fuzje, np. z muzyką elektroniczną, EDM-em (jak można zapomnieć nieśmiertelny sampel damn son where’d you find this), a nawet metalem czy pop-punkiem, w efekcie dając emo rap. Ale równolegle do kreatywnych nurtów, zaczęło się tradycyjne dla muzyki popularnej inkorporowanie tego brzmienia do korporacyjnego popu, a woltę stylistyczną przeszła choćby Miley Cyrus, która na dwa sezony stała się trap queen z białych przedmieść. Trapowe bębny zaczęły pojawiać się w wielu przebojach muzyki pop, Katy Perry wyprzedziła peleton zatrudniając Juicy’ego J do Dark Horse, a rapować na 808 spróbowała nawet Taylor Swift.

Oczywiście, w latach 90-tych i chwilę wcześniej, kiedy hip-hop po raz pierwszy z pełną mocą objawił swój komercyjny potencjał, pojawiło się sporo żenujących, rapowanych zwrotek od ludzi, którzy z tą kulturą miele niewiele wspólnego. Ale na tle lirycznego krajobrazu tamtych czasów efekt był marny, żałosny i na pierwszy rzut oka można było wyczuć fałsz tej sytuacji.

Współcześnie, kiedy kompletnie zmieniły się kryteria oceny hip-hopowego rzemiosła, a śpiew wszedł do rapowego arsenału, zrobienie akceptowalnego trapu jest banalnym zadaniem. Rzecz jasna kiedy rapuje Taylor Swift, to z krindżu pękają nam zęby, ale słuchając Ariany Grande w Seven Rings, efekt jest co najmniej porządny. Ten ostatni utwór jest znamienny także z powodu zarzutów o aprioprację kulturową i plagiatowanie flow przez Arianę, ale tego typu kontrowersje należą do rzadkości. Trapowy bit i nawijka weszły do kołczanu popowych strzał bez problemu.

W przeciwieństwie do bardziej truskulowych odmian rapu, trap ma niesamowicie dużo do zaoferowania popowej przestrzeni: bujające bity, chwytliwe, dużo bardziej melodyjne flow, wreszcie ad-liby, czyli najróżniejsze słówka, półsłówka, zakrzyki i podśpiewy generujące kolejne haczyki dla naszych uszu. Na dobrą sprawę, kawałek trapowy jest destylatem prostoty, do której dąży pop, zamknięty w morderczym kręgu czterech akordów od zarania dziejów. Chwytliwe brzęczenie koło ucha, nieszkodliwe, ale i nie angażujące za bardzo: vibe zamiast treści. I ten vibe może być sztuką samą w sobie, zapytajcie Playboi Cartiego. Ale może być kolejnym wcieleniem słodkiej waty zapychającej głośniki, jak w Yummy.

Na szczycie Billboardu doszło ostatnio do ciekawej walki. Oto Roddy Ricch z porządnym trapowym kawałkiem The Box starł się z bieberowskim brzęczeniem. Dawny idol nastolatek musiał błagać fanów, żeby stosowali różne niecne praktyki (streamowanie w trakcie spania, kupowanie utworu kilka razy, ustawianie swojej lokacji na USA przez VPN, żeby streamy liczyły się do amerykańskiej sumy), bo Yummy musiało być numerem 1. Ostatecznie i organicznie wygrał The Box, o dziwo trapowy utwór o czymś, wokalnie daleki od mumble rapu, dość krzywdzącego określenia, jakim dzisiaj lubią operować truskulowcy w odniesieniu do całego nowego rapu. Czy to symboliczne czy pyrrusowe zwycięstwo, czas pokaże.

Mainstreamowa muzyka lubi sięgać po stylistyki z podziemia i przerabiać je pod swoje wygładzone oblicze. Tak było z EDM-em, tak było z dubstepem, tak było z kiełbohousem spod znaku Disclosure i hip-hopolo.

Ale ta inkorporacja trwała chwilę, rok lub dwa, by szybko skonać w agonii koszmarnych dubstepowych mostków u Gosi Andrzejewicz, czy rasistowskim trajkotaniu Małej Chinki. Trap trzyma się mocno, kolejny rok decydując o obliczu zarówno mainstreamowego hip-hopu, jak i popu. To w sumie nic dziwnego, jak pisałem wcześniej, to stylistyka stworzona pod Zeitgeist, idealny wypełniacz pokoju niezobowiązującym dźwiękiem, rytmem do kiwania głową i przyjemnym brzęczeniem mikrohooków i ad-libów. Myślę, że pierwszym sygnałem ostrzegawczym było Seven Rings, moment, w którym po raz pierwszy można było zgodzić się z Joe Buddenem, że sprawy idą za daleko. Yummy to sygnał kolejny, trap przesłodzony najgorszym gazowanym napojem, stworzony w laboratorium smutnych, białych ludzi w garniakach, którym w badaniach focusowych wyszło, że dzieciaki to lubią. I może trap spokojnie wróciłby do podziemia i dalej się rozwijał, ostatecznie zobrzydzony przez Bieberów i Grande tego świata, gdyby nie to, że oprócz pociesznych białasków na listach przebojów króluje także DaBaby, Roddy Ricch, czy Megan Thee Stallion – wszyscy operujący trapem sprawnie i dobrze. Przez co wygłupy pacynek majorsów są nie tak rażące i niezbyt zdolne do zobrzydzenia gatunku.

Jaka przyszłość czeka cykające hi-haty i bity z basem głębszym niż krzywda wyrządzona przyrodzie przez Lasy Państwowe? Chciałbym wierzyć, że mainstreamowe paliwo starczy jeszcze na sezon-dwa. Problemem jest to, że nie widać alternatywy. Emo rap w swoim najbardziej pop-punkowym wydaniu nie jest aż tak popularny (mimo takich postaci, jak zmarły niedawno Juice WRLD), tęskne spojrzenia, jakie rzuca zarówno rap, jak i pop w stronę ciężkiej muzyki są wciąż pojedyncze. Chociaż obserwując Grimes, Poppy, czy Rinę Sawayamę widać, że ta dekada może znowu stać pod znakiem bycia edgy. Katastrofa klimatyczna i nadchodzący kryzys ekonomiczny z pewnością przestawią przynajmniej część muzyki popularnej z trybu vibe na tryb edge. Trap w swoim mainstreamowym wydaniu doszedł do Justina Biebera. A to gorsze, niż ściana.

WIĘCEJ