JAGODA SZELC: Reżyserzyca. Artystka. Opowiada obrazem

W 2017 roku zadebiutowała filmem Wieża. Jasny dzień, za który wyróżniono ją dwiema nagrodami w Gdyni i Paszportem Polityki. Od tamtej pory zaskakuje kinem osobistym, autorskim, bezkompromisowym.

Uważny człowiek, dbający o osobisty rozwój i wykorzystujący zdobytą wiedzę w procesie twórczym. Kobieta świadoma maczystowskiego skrzywienia branży i niegodząca się na drugi plan. Wrażliwa na kwestie klimatyczne, nie boi się wskazywać palcem błędów i wypaczeń współczesnego świata. Jej odwaga i szczerość imponują i inspirują.

Rozmowa z Jagodą Szelc otwiera na Poptown cykl rozmów z ludźmi, którzy w dobie dewaluacji terminu „influencer” rzeczywiście zasługują na to miano.

KOBIETA

Jesteśmy wychowywani głównie przez jeden mechanizm: przez zawstydzanie. Mężczyźni są zawstydzani za smutek, a kobiety są zawstydzane za złość. Obydwie te emocje są dobre, dlatego że obydwie czemuś służą. Należy odczuwać jedno i drugie. Amputowanie jednej z emocji powoduje destabilizację w reaktorze. Delikatny balans.

Kobiecy smutek to brak wiary, pomniejszenie, supresja. Kobiety karze się za wyjście przed szereg, za decyzyjność. Dziś mam mocne centrum siebie. Wiem na pewno, kim nie jestem. Bardzo długo na to pracowałam. Ale wielokrotnie się spotkałam z tym, że mówiąc o sobie coś, czego jestem pewna, byłam odczytywana jako agresywna. Także w pracy. To właśnie kulturowy kod. Bardzo drażnię określony typ mężczyzn.

Żyjemy wewnątrz języka, język tworzy rzeczywistość. Zapisane są w nim kody kulturowe. Zawody żeńskie są tworzone od zdrobnień zawodów męskich. Już na tym poziomie dyskwalifikuje to po części kobietę. Reżyserka? Jakaś taka mała, pomniejszony reżyser. Mężczyzn kod kulturowy też krzywdzi, ale w innych dziedzinach.

Kobiece kino? Nie wiem, co to jest. Każdy inaczej definiuje swoją kobiecość, każdy inaczej widzi film. Za to wiem, co to jest kino kobiet: kino współtworzone i realizowane przez kobiety. Dla mnie płcie różnią się wyłącznie tym, że jedna ma cipkę, a druga siurka. Cała reszta to jest sprawa indywidualna. Mam problem ze słowami „każdy”, „wszyscy” i „nikt”. Nie wierzę w nie.

REŻYSERZYCA

Bardzo lubię być na planie zdjęciowym, przygotowywać film w preprodukcji. Ale jest to narkotyk. Opiat. Boję się często, że to jest taka skorupa, którą z czasem zaczyna się rozpoznawać jako swoją tożsamość, choć nią nie jest. Stąpam ostrożnie.

Na poziomie energetycznym wykańczałoby mnie, że wchodząc na plan, zanim zacznę pracować, muszę najpierw coś udowodnić, coś, co mężczyźni po prostu mają. W mojej pracy nieprzerwanie kalkuluję czas. Gdybym się jeszcze musiała bić o budowanie relacji równościowych, tworzenie zespołu w tym duchu i tak dalej, to już by mi zostało bardzo mało czasu na samą pracę. Szowiniści? Otaczam się ludźmi, którzy tacy nie są. Walczę o swoje granice, pracuję ze swoimi granicami – i tylko to mnie interesuje. Tylko w ten sposób mogę zachować bezpieczeństwo i spójność.

W reżyserii jest bardzo dużo mitów. Jednym z nich, przemocowym i nieprawdopodobnie krzywdzącym, jest to, że mówi się o aktorach, że to ludzie z wielkim ego. Jak żyję, nie spotkałam aktora z wielkim ego. Ale spotkałam aktorów z niebywałymi, monstrualnymi krytykami wewnętrznymi, z którymi trzeba nauczyć się mediować. Sama parokrotnie operowałam tymi mitami, zachwycona sobą, że w ten sposób się konstytuuję jako profesjonalistka i dobra rzemieślniczka.

Jeżeli chodzi o #metoo, to w polskim środowisku filmowym nie było absolutnie nic. Były artykuły o tylu innych dziedzinach, o kobietach i o mężczyznach – bo chcę cały czas bardzo podkreślać, że mężczyźni również doznają przemocy! – ale ani jedna aktorka nie mówiła o tym. Rozumiem to. Czasami ludzie, którzy doznają przemocy, nie wiedzą o tym, ponieważ nie są w stanie zdefiniować, czym jest przemoc. Osoby, które doznają przemocy, często to wypierają. Opowiadają innym osobom, młodszym, z niższego roku, z tego samego środowiska, że ta przemoc, która je spotkała, to nie była przemoc. Mówią, że „choć trudne, to było dobre, bo dzięki temu osiągnęli szczyty i zostali złamani”. Chcą uprawomocnić przemoc. To jest mechanizm obronny, który robi krzywdę im i innym. Te osoby same musiałyby się skonfrontować z tym, co je spotkało. Bardzo bym chciała, żeby to się zmieniało, i chyba tak się dzieje. Choć rośnie przemoc, to ważne, żeby rosła też świadomość.

Parytet? Na jakimś poziomie jest niesprawiedliwy. Ale wiesz co, przez tysiące lat było niesprawiedliwie, była dysproporcja. Możemy nad tym siedzieć i popierdywać w stołki. Zastanawiać się, czy to jest dobre czy nie, czy to kogoś upokorzy, czy nie upokorzy… A ja myślę: zróbmy ten parytet i za dziesięć lat wrócimy do rozmowy o tym, czy miał sens czy nie. Może nie. Spróbujmy zrobić to symetrycznie na chwilę. Oczywiście, że nie chciałabym, żeby głupie osoby oceniały moje projekty, bo dostały pracę ze względu na płeć. Ale wiesz co, jeśli to ma posłużyć córkom mądrych kobiet, które mnie otaczają, to srać na to.

Na poziomie biologicznym, mentalnym, duchowym i emocjonalnym regeneracja jest absolutnie nierozerwalna z pracą całego zespołu. To tak, jak z samolotami: wkładasz maskę na siebie, a dopiero potem na dziecko. Jest taka przypowieść piękna o piekle i niebie, którą bardzo lubię, i w ten sposób rozumiem też pracę zespołową. Są dwa stoły suto zastawione, przy których siedzą ludzie i mają długie takie pałki do jedzenia. W piekle ci ludzie próbują wziąć coś w pałki i wsadzić sobie do ust, ale są za długie, więc nie są w stanie się nakarmić. A w niebie ci ludzie karmią się nawzajem.

PAMIĘĆ

Im częściej coś wspominamy, tym bardziej przeinaczamy to wspomnienie. Mój chłopak opowiada mi sceny z filmów, których nie widziałam, robi to najlepiej, odpływam. Potem oglądamy ten film i te sceny nie są wcale tak dobre, jak mówił. Zmieniamy się. Niemożliwe jest tak naprawdę obejrzeć film. Żeby stwierdzić, czy nasze zdanie na jego temat jest wciąż prawdziwe, trzeba byłoby go obejrzeć tuż przed. Film się przefiltrowuje przez aktualny stan psychiczno-emocjonalny widza, przez deficyty, zasoby. Nie oglądamy filmu, tylko swoją percepcję na temat filmu.

Ja swoich filmów nie obejrzałam i nie obejrzę nigdy. Niemożliwe jest obejrzeć swój film. To mówię absolutnie, totalnie poważnie. To jest cena, którą filmowcy płacą za to, że robią to, co robią. Znamy te przestrzenie, tych ludzi, mamy pamięć z planu. Widzimy jakiś plaster zdjęć, ale nie czysty film. Dlatego podczas wywiadów nie mówię konkretnie o swoim filmie. Staram się raczej mówić szerzej – o kinie.

Umieć zacytować scenę słowo w słowo? „Wielka Gra na tym polega albo quizy: że dokładnie pamiętasz jota w jotę, co się wydarzyło. Ja uważam, że lepiej jest pamiętać swoje inside’y. Kobiety bardzo często mają syndrom Nikodema Dyzmy. Boją się, że za chwilę zostaną przyłapane na niewiedzy. A prawdopodobnie twoja prawa półkula myślała bardzo kreatywnie, więc zapamiętałaś swoje teorie, ale nie konkretne „prawdy”. I teraz to sama wartościujesz.

UCZUCIA

Nie da się cierpliwie i empatycznie budować relacji z innymi, jak nie ma się relacji ze sobą. To jest pierwsza rzecz. Druga rzecz jest taka, że wszystko jest na skali. Empatia też. Patologiczna empatia to współuzależnienie. Brak empatii to narcyzm. Religia zrobiła nam mindfuck z miłością własną, która jest zdrowiem. Kiedyś miałam rozlania emocji. Albo była rozpacz, albo totalna radość pochłaniająca, spalająca. Kiedy wszystko zaczęło się centralizować, złapałam paranoję, że coś się stało, że jestem zaburzona, że ja nie czuję. To dlatego, że te uczucia pierwszy raz w życiu były w stanie zrównoważonym. Była teza, antyteza i nastąpiła synteza.

Pozwalam sobie na złość. Wstrzymanie męczy, zużywa neurotycznie. Teraz jest lepiej. Miałam kiedyś zwrot w kierunku wstrząsu pourazowego. Z drugiej strony poćwiczyłam sobie wentylowanie emocji. Czyli czegoś, co zostało totalnie amputowane przez wiele lat mojego życia.

SŁOWA

Mówię bardzo prosto. Nie jestem erudytką. Mam dysleksję, dysortografię, dyskalkulię, wszystko naraz. Jak to jest, że osoba, która ma takie nieprawdopodobne problemy w pisaniu, dostaje w Gdyni nagrodę za scenariusz? Dyslektycy mają w pewnym sensie dar. Dyslektyk widzi dwadzieścia pięć pozawerbalnych obrazów w głowie, podczas gdy normalnie człowiek widzi ich pięć. Mamy nadprodukcję obrazów. Bardzo lubię to, że jest nadprodukcja czegoś niematerialnego.

Pracuję z językiem i za jego pomocą. Wiesz, że kapitanowie statków podczas egzaminu na morzu kładli ręce na maszt i za pomocą konkretnych komend sterowali załogą, bez pokazywania? Robili tak dlatego, że w czasie burzy nie można wskazywać rzeczy, nie mogli się posługiwać ikonograficznie obrazem. W kinie też nie tworzy się obrazów za pomocą obrazu. Na planie pracuje trzydzieści, czterdzieści, czasami osiemdziesiąt osób. Muszę umieć się z nimi komunikować, a komunikacja jest jedną z najtrudniejszych sztuk.

Ludzie często są szczerzy, ale niekoniecznie sami ze sobą. Każdy z nas musi wyćwiczyć umiejętność ustalania, czy wygłaszana opinia jest rzeczywiście zgodna z jego ideologią, czy to tylko bezrefleksyjne zapożyczenie. Wyżej niż szczerość ceniłabym wykonywanie tej ogromnej pracy w uspójnianiu własnych opinii. Branie odpowiedzialności za swoje definicje to dla mnie podstawowa składowa dorosłości.

To jak w Wielkim inkwizytorze Dostojewskiego: ludzie trochę nie lubią mieć wolności, nie mamy na to czasu. Wolimy, żeby ktoś wychodził z budynku, wygłaszał oświadczenie do dziennikarzy, a dziennikarz nam to powtarzał w telewizji. Wtedy wiemy, wtedy ktoś nam tworzy jakieś ramy. Samemu sobie tworzyć ramy jest trudniej.

Posłuchaj przez pół godziny, jak bardzo dobrzy ludzie mówią bardzo głupie rzeczy do swoich dzieci. Zaczniesz rozumieć, dlaczego tak trudno, opisując inną osobę, mówić „osoba o innych przekonaniach”, a nie „wróg”. Od „wroga” jest krótka droga do „idioty”, „śmiecia”. Gdybyśmy konsekwentnie, politycy PiS-u, Platformy Obywatelskiej i innych partii, mówili o swoich przeciwnikach politycznych „osoba z innymi poglądami”, to wydaje mi się, że agresja by się skurczyła. Największymi polami przemocy są place zabaw. To tam zaczynają się wojny.

KLIMAT

Mam depresję klimatyczną. Zdarza się jej budzić mnie o piątej nad ranem. Wpływa ona na mnie w sposoby, które trudno pojąć. Nie mam dziecka. Bardzo chcę mieć dziecko. Ale jak mieć w antropocenie dziecko? Oszukuję się na jakimś poziomie, myślę sobie: „Wiesz co, Jagoda, Kotarbiński coś takiego powiedział, że udane życie to jest dobre dzieciństwo do lat sześciu”. Ale nie jesteś w stanie uchronić dziecka przed niczym, bo nie kontrolujesz rzeczywistości w stopniu już niewyobrażalnym. Powietrze. Przyszły głód.

Żeby skutecznie przeciwdziałać zmianom klimatu, trzeba byłoby przeprogramować system. Ale jak? Ponoć bardziej prawdopodobne jest to, że zobaczymy koniec ludzkości niż koniec kapitalizmu. Jedziemy na wyparciu. Będziemy w tym trwać do końca! Taki premier Morawiecki to człowiek na wyparciu totalnym. Z otaczającej nas rzeczywistości płyną kolejne dowody, ale on wciąż nie rozumie, że jego decyzje zagrażają jego dzieciom, dzieciom jego dzieci, naszym dzieciom, dzieciom z innych krajów. Bo to nie jest kwestia tylko tutaj, „u nas”. U nas, czyli gdzie? Mamy wspólną wodę i powietrze.

To ciśnienie na perfekcjonizm, zero waste, szóstki na cenzurce… To osłabia ekologię. Myślę: less waste. Ludzie wiedzą, że jedzenie zwierząt powoduje potworne zatrucie środowiska, zmniejszanie pól uprawnych na rośliny, które moglibyśmy jeść. Ale weganizm jest dla nich za trudny, więc nic nie zmieniają. Jeśli myślisz, że jesteś za mały, spróbuj spać z komarem. Wystarczy, żebyś był weganinem trzy, dwa razy w tygodniu. Nie wiem, co zrobią inni, ale wiem, co zrobię ja: tyle, ile mogę. To wystarczy. Jestem osobą niewierzącą, absolutnie niezdolną do tego, żeby wyznawać jakąkolwiek religię, to już wiem o sobie bardzo dobrze. Co nie oznacza, że nie jestem osobą duchową. I myślę sobie: to właśnie jest moja modlitwa.

WIĘCEJ