Interpłciowość, czyli egzamin dla społeczeństwa

Interpłciowość, czyli egzamin dla społeczeństwa

Jeśli chodzi o odmienność, jako cywilizacja mamy długą i niezbyt chlubną tradycję. W najlepszym przypadku traktowaliśmy ją jako coś nadprzyrodzonego, wprost łączącego się z bóstwami, w najgorszym – a głównie tak wychodziło – jako zagrożenie, klątwę i sprzeciw wobec naturalnego porządku rzeczy, a zatem coś, co trzeba wyeliminować, najlepiej fizycznie. Niestety mimo rozwoju medycyny nawet ludzie, którzy w ramach zawodu przyrzekali nie szkodzić, wciąż nie zawsze potrafią okazać empatię i zrozumienie dla tych, których postrzegają jako odmiennych, np. dla osób interpłciowych.

Interpłciowość jest przejawem różnorodności w ramach płci biologicznej u ludzi – mówi psycholog specjalizujący się w seksuologii klinicznej Dominik Haak. Precyzuje: – Mówiąc „płeć biologiczna”, mam na myśli różne jej wymiary: płeć chromosomalną (większość kobiet ma chromosomy 46XX, a większość mężczyzn chromosomy 46XY), płeć hormonalną, płeć gonadalną (w zależności od wewnętrznych narządów płciowych), płeć zewnętrznych narządów płciowych. W zależności od zestawu różnych wymiarów płci możemy powiedzieć, że jest to albo kobieta, albo mężczyzna w sensie biologicznym. Tak się zdarza najczęściej. Z kolei interpłciowość to taki stan, w którym dochodzi do jakiejkolwiek różnicy między tymi wymiarami płci. Czyli jest np. różnica w obrębie chromosomów, gonad czy genitaliów. To jest sytuacja, w której dana osoba ma przykładowo zewnętrzne narządy płciowe w postaci pochwy, ale ta pochwa jest niewielka bądź ślepo zakończona, a wewnątrz organizmu są jądra. To jest taki najbardziej oczywisty przykład, natomiast interpłciowość to całe spektrum cech. Wewnątrz interpłciowości są również mniej oczywiste sytuacje, np. kiedy te różnice są jedynie na poziomie hormonalnym lub chromosomalnym. Pojawia się wiele rozbieżnych statystyk dotyczących tego, jak wiele jest osób interpłciowych, począwszy od 0,05%, biorąc pod uwagę pewne różnice w zewnętrznych narządach płciowych widoczne po urodzeniu, do 1,7% sugerowanych przez ONZ. U większości z nich interpłciowości nie stwierdza się przy narodzinach, zazwyczaj staje się to przy okresie dojrzewania – mówi Haak.Najczęściej dotyczy to osób zakwalifikowanych przy narodzinach jako dziewczyny, które w czasie dojrzewania nie dostają miesiączki. Po pewnym czasie rodzice zaczynają się zastanawiać, dlaczego taka osoba nie ma okresu, idą do ginekologa i tam się okazuje, że wewnątrz ciała nie ma macicy, ale są np. jądra.

To oczywiście rodzi problemy:Ta osoba się dowiaduje, że biologiczna płeć jest inna niż ta założona na początku. Wtedy trzeba to przepracować i zmienić sposób myślenia o sobie. Dlatego bardzo ważne w tym momencie są grupy wsparcia, zarówno dla osób interpłciowych, jak i ich rodziców, które w Polsce są dopiero od zeszłego roku, przy Kampanii Przeciwko Homofobii. Takie grupy powstawały np. w latach 80. w Anglii czy w latach 90. w USA, więc w innych krajach jest taka możliwość, żeby te osoby spotykały się z innymi, których też spotkała taka trudność.

Społeczna świadomość natury interpłciowości nie jest zbyt wysoka. Często mówi się o tym zjawisku jako o hermafrodytyzmie czy obojnactwie, co nie jest prawidłowe. – Teraz się już absolutnie takich słów nie używa – klaruje Dominik Haak. – Obojnactwa używa się do opisu zwierząt, np. ślimaków i roślin. Hermafrodytyzm to w ogóle pojęcie z mitologii greckiej. Nie mówi się też o interseksualizmie, bo ta końcówka (-izm) jest zarezerwowana dla zaburzeń (dlatego np. nie mówi się o homoseksualizmie, lecz o homoseksualności). Interpłciowość, jak sama nazwa wskazuje, odnosi się do płci, nie do seksu samego w sobie. To określenie jest nie tylko bardziej precyzyjne, ale i używane przez osoby, które są interpłciowe, i społeczności je zrzeszające lobbują za jego stosowaniem. Co nie zmienia faktu, że w międzynarodowych klasyfikacjach chorób i zaburzeń, które obowiązują lekarzy i seksuologów, ten stan nazywa się „zaburzenia rozwoju płci”. Staram się nie używać tego określenia, same osoby interpłciowe też go nie uznają. Był też wystosowany list do WHO, żeby zmienić tę nazwę na interpłciowość. Oprócz interpłciowości innym przyjaznym sformułowaniem jest „zróżnicowane cechy płciowe”.

Mówi się, że społeczeństwo oceniamy po tym, jak traktuje swoje mniejszości. Niestety, w Polsce osoby interpłciowe – jak zresztą wiele innych mniejszości – nie mogą liczyć na porządne traktowanie czy empatię w służbie zdrowia, a nawet na sprawiedliwe opisywanie w publikacjach naukowych i popularnonaukowych.W zeszłym roku ukazała się dość niesławna książka pod tytułem Seksuolożki, w której był rozdział poświęcony osobom interpłciowym. Język, jakiego użyto, opisując te osoby, był skandaliczny: mówiono o nich, jakby były pomyłką natury czy osobami zaburzonymi – mówi Dominik Haak. Ale powoli pojawiają się promyki nadziei: Kampania Przeciw Homofobii przetłumaczyła w zeszłym roku poradnik IGLYO, OII Europe i EPA dla specjalistów i specjalistek, który przekazuje pewne wskazówki na temat pracy z dziećmi interpłciowymi i ich rodzicami. To jest jedno z pierwszych tego typu działań w Polsce.

Atmosfera niezrozumienia zjawiska prowadzi do wielu nieszczęśliwych konsekwencji, co potwierdza Haak:Interpłciowość sama w sobie nie jest uważana za zaburzenie czy taki stan, który prowadzi do problemów psychicznych, ale te osoby się stygmatyzuje i dyskryminuje. Z różnych części świata i historii ludzkości napływały historie o tym, że jak rodziły się takie dzieci, to były albo zabijane przy narodzinach, albo porzucane, a rodzina, w której się urodziły, była uważana za przeklętą. Wiadomo, że to było zawsze naznaczone społeczną stygmatyzacją. Są oczywiście państwa, które chronią przed tą dyskryminacją. Malta, RPA, czy Australia prawnie chronią osoby interpłciowe przed przemocą ze strony większości społeczeństwa.W Polsce takiej ochrony nie ma, a dodatkowo pojawiają się przeszkody, kiedy osoby interpłciowe chcą normalnego życia: związków, życia seksualnego czy posiadania dzieci. – Osoby interpłciowe w pewnym wymiarze mogą być bezpłodne – tłumaczy Haak.Jeżeli jest np. szczątkowa pochwa i jądra, to wiadomo, że taka osoba naturalnie nie będzie w stanie spłodzić dziecka. Istnieje możliwość zamrożenia plemników czy komórek jajowych i dokonania zapłodnienia zewnętrznie, metodą in vitro. W Polsce mało osób jest w ogóle informowanych o takiej możliwości, bo ten kult tzw. normalnej rodziny jest tak silny, że niektórym lekarzom i lekarkom trudno sobie wyobrazić, że osoba interpłciowa mogłaby zostać rodzicem w inny sposób niż przez naturalne zapłodnienie.

Niestety, nawet w środowisku psychologicznym czasami trudno o empatię: – Polska seksuologia jest jeszcze mocno osadzona w ubiegłym wieku i wiele osób, które się tym zajmuje, to osoby starsze. Ciężko jest czasami dotrzeć z nowoczesnym podejściem i przebić się przez taki mur starszej wiedzy na temat płci, która jest często cis- i heteronormatywna. Ciężko namówić takie osoby do przemyślenia bardziej postępowych kwestii. Na świecie dzieje się dużo w tym temacie – tutaj szczególnie chodzi o zespół MRKH, który dotyczy osób najczęściej identyfikujących się jako kobiety, a wpływa na możliwość zajścia w ciążę i sprawność seksualną. W krajach zachodnich czy na Półwyspie Arabskim dochodzi już do przeszczepów macicy oddawczej – wtedy te osoby mogą urodzić dziecko. Same zabiegi rekonstrukcji narządów płciowych, jak waginoplastyka czy falloplastyka, także idą do przodu i po takim zabiegu genitalia wyglądają typowo.

Interpłciowość często pojawia się w kontekście innych zagadnień związanych z tożsamością płciową, czasami prezentowana jest jako zagadnienie z wachlarza spraw osób LGBTQ+. Jednak to nie takie proste. Dominik Haak wyjaśnia te niuanse: – Nie należy mylić interpłciowości z transpłciowością – ta pierwsza odnosi się do wymiaru płci biologicznej, a druga do tożsamości płciowej. Większość osób interpłciowych identyfikuje się z płcią nadaną przy narodzinach, ale część z tych osób może w dorosłości opisywać siebie w spektrum transpłciowości. Wtedy takie osoby przechodzą korektę płci, czyli tranzycję w sensie medycznym i społecznym, ale jest taki problem, że obecna Międzynarodowa Statystyczna Klasyfikacja Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10, która jeszcze obowiązuje, nazywa transpłciowość transseksualizmem (F64.0). Podaje interpłciowość jako fakt wykluczający rozpoznanie transpłciowości.To klasyfikacyjne i, wydawać by się mogło, formalne zamieszanie ma jednak bardzo realne konsekwencje:W Polsce jest tak, że osoba, która chce przejść korektę płci u lekarza seksuologa, musi wykonać badanie kariotypu, czyli oznaczenia płci w chromosomach. Wiąże się to z tym, że część osób interpłciowych ma utrudniony dostęp do operacji korekty płci. W Polsce proces korekty płci jest utrudniony i opresyjny nawet dla osób trans. Można to zrobić na drodze sądowej: tylko z M na K i z K na M, nie ma innej płci, np. X lub inna. Takie rozwiązanie byłoby dobre np. dla osób niebinarnych, które nie identyfikują się ani z kobietami, ani z mężczyznami. Taka opcja istnieje np. w Indiach, Nepalu, Australii, Niemczech czy niektórych stanach USA.

Czasami w kontekście interpłciowości pojawia się określenie „trzecia płeć”, które jeży włos na głowie obrońcom tradycyjnych wartości. – Interpłciowość nie jest ani orientacją seksualną, ani tożsamością – klaruje Haak. Społeczność osób interpłciowych jest podzielona pod względem stosunku do wprowadzenia tzw. płci Xczęść osób takiej klasyfikacji potrzebuje, ale część woli identyfikować się z jedną z dwóch prawnie osiągalnych.Niektórzy mówią, że interpłciowość należy do sfery biologicznej, a więc nie do tej społeczno-kulturowo-seksualnej czy tożsamościowej i osoby interpłciowe nie powinny być brane pod parasol LGBTQIAP+.

Warto natomiast zwrócić uwagę na to, że osoby spod tego parasola łączy to, że są dyskryminowane przez większość społeczeństwa. Osoby interpłciowe też są i też muszą walczyć o pewne prawa dla siebie, mam tu na myśli choćby zakaz tzw. zabiegów normalizujących czy prawo do przechodzenia pewnych procedur. Mamy tu taki paradoks – jest taka tendencja w Polsce, by osoby trans powstrzymywać przed operacją korekty płci czy żeby zarzucić takie osoby różnymi wymogami, np. muszą dwa lata przechodzić test tzw. realnego życia, który jest nieuznawany przez większą część ludzi zajmujących się seksualnością. Ten proces jest wydłużany i osoby trans są niejako zmuszane do ciągłego myślenia, czy chcą przejść operację korekty płci czy jednak nie. Natomiast u osób interpłciowych jest tendencja zupełnie odwrotna, czyli lekarze przy narodzinach decydują o płci za tę osobę, co jest w ogóle niezbyt logiczne.

Wiele problemów osób interpłciowych wynika z zabiegu, o który – w przeciwieństwie do tak potrzebnych zabiegów korekcji płci w dorosłości – w ogóle się nie starały. Tak zwany zabieg normalizujący wykonuje się zaraz po narodzinach dziecka. Z tym określeniem mocno polemizuje Dominik Haak:Nazywa się je normalizującymi, natomiast wziąłbym to określenie w cudzysłów. Wykonuje się je na dzieciach, które dopiero pojawiły się na świecie, w sytuacji, w której nie da się określić płci na podstawie genitaliów, za zgodą rodziców. Sama osoba zainteresowana nie ma w ogóle możliwości wyrażenia świadomej zgody. W zasadzie w zależności od widzimisię lekarza, który ocenia, czy penis jest większy czy ta szczątkowa pochwa mniejsza, narząd zostaje usuwany. To nie ma żadnego medycznego uzasadnienia. Osoby interpłciowe zazwyczaj rodzą się zdrowe, tzn. one nie mają jakichś trudności, które wymuszałyby jakąś operację. Rozumiem, gdyby coś zagrażało życiu, to wtedy interwencja jest konieczna. Ale w większości wypadków te zabiegi są wykonywane, bo dorośli ludzie nie potrafią sobie poradzić z tym, że nie wiedzą, jaka jest płeć tego dziecka. Zabieg jest wykonywany przez opinię lekarza, ale nierzadko też rodziców, na zasadzie takiego przykrego pytania: kogo by państwo chcieli – chłopca czy dziewczynkę? A z psychoseksuologii wiemy, że nasza tożsamość płciowa jest niezależna od genitaliów. Nawet jeśli takiej osobie wykona się zabieg i zostawi waginę, to wcale nie znaczy, że jak dorośnie, będzie się uważała za kobietę, może równie dobrze czuć się mężczyzną. Wtedy będzie po prostu trudniej – ta osoba będzie musiała znowu przejść korektę płci. To, co ja i inne osoby zajmujące się interpłciowością rekomendujemy, to zostawianie takim osobom decyzji na później. Żeby zostawić takie genitalia, z jakimi przyszła na świat, a już jako dorosła osoba decydowała, jak chce, żeby to wyglądało. Te zabiegi powodują przede wszystkim problemy związane ze zdrowiem seksualnym – po nich te narządy są nieczułe na bodźce, więc te osoby nie mogą prowadzić satysfakcjonującego życia seksualnego. Wiele osób jest skazanych na wieloletnią farmakoterapię, cierpią z powodu bólu, nawracających infekcji, często operacje muszą być powtarzane.

Wydawać by się mogło, że zabieg, który ma tak długofalowe i poważne konsekwencje, powinien być mocno obostrzony regulacją prawną. Niestety, polskie prawo zawodzi po raz kolejny, w ogóle dopuszczając takie zabiegi, których wiele krajów ich po prostu zakazuje.Pierwszym krajem na świecie była Malta, która w ogóle jest pionierska, jeśli chodzi o prawa osób interpłciowych. Tam nie tylko zakazano tego typu zabiegów, ale też wpisano do kodeksu karnego zakaz dyskryminacji osób interpłciowych. Bardzo mały kraj, w większości katolicki, ale kwestia równouprawnienia jest tam bardzo ważna. WHO, ONZ czy Komisja ds. Praw Człowieka również potępiają takie procedury.

Niektóre kraje dopuszczają możliwość naprawienia szkód po fakcie, choćby Niemcy, gdzie po takim zabiegu można uzyskać odszkodowanie i zadośćuczynienie. – Wiele osób interpłciowych lobbuje za tym, żeby ich zakazać, a jeśli już są zakazane, to żeby można było dochodzić w sądzie odszkodowania za te już wykonane – mówi Haak.

Jeśli rzeczywiście mamy oceniać stan polskiego społeczeństwa po tym, jak traktuje swoje mniejszości, to musielibyśmy wystawić notę mocno depresyjną. Osoby spod parasola LGBTQ+ spotyka ciągła dyskryminacja, a nawet przemoc. Przepisy antydyskryminacyjne i równościowe albo są ignorowane, albo niewystarczające. Paradoksalnie, osoby interpłciowe, z których wiele chciałoby się identyfikować w kategoriach binarnych uznawanych przez heteronormatywną większość za normalne (i uciekają spod będącego obecnie pod potężnym ostrzałem parasola LGBTQ+), napotykają na swojej drodze wiele przeszkód, zarówno formalnych, jak i medycznych czy społecznych. Kluczem do rozwiązania większości problemów jest empatia, a tej brakuje zarówno po stronie medycznej, jak i społecznej. Dlatego tak ważna jest wiedza i świadomość, przyjmowane bez uprzedzeń. A w tej materii przed nami jeszcze długa droga.

WIĘCEJ