Pierwsza dama Ukrainy na okładce amerykańskiego „Vogue’a” to znacznie więcej niż kolejna modowa sesja.

Wypuszczona pod koniec lipca cyfrowa okładka „Vogue’a” nie przestaje wzbudzać skrajnych emocji. Bohaterką okładkowej sesji jest piersza dama Ukrainy Ołena Zełeńska, która wspólnie z mężem Wołodymyrem Zełeńskim wystąpiła w sesji autorstwa Annie Leibovitz. Na okładce Zełeńska siedzi w rozkroku na marmurowych stopniach pałacu prezydenckiego, ponuro patrząc przed siebie. Na pozostałych zdjęciach widzimy pierwszą damę m.in. w schronie, w towarzystwie męża czy tez żołnierek na lotnisku Antonov pod Kijowem. Fani i fanki sesji chwalili inicjatywę za używanie każdego możliwego sposobu, by Zachód nie zapomniał o Ukrainie. Przeciwnicy i przeciwniczki nazywali sesję wojennym PR’em i zarzucali „Vogue’owi” romantyzowanie trwającej już ponad pięć miesięcy wojny. Wyrażali dezaprobatę dla pozującej przed aparatem pary prezydenckiej, mówiąc, że ukazywanie się na okładce magazynu modowego jest po prostu nie na miejscu.

Rozumiem, dlaczego Zełeńska zdecydowała się na taki ruch, ale sama nie dałabym jej na okładkę – komentuje dla Wirtualnemedia.pl Aleksandra Sobczak, wicenaczelna „Gazety Wyborczej”. Dla mnie jest zupełnie zrozumiałe, że Zełeńska zdecydowała się na pozowanie dla „Vogue’a”. Każdy sposób, aby czynić temat wojny słyszalnym, zrozumiałym dla szerszych mas – jest do wykorzystania. To motywacja, która do mnie przemawia. Inna sprawa, że estetycznie jest to dla mnie średnio fajne.

Zacznijmy od aspektu estetycznego. Faktycznie niektóre zdjęcia wykonane przez Annie Leibovitz przypominają plakat nowego serialu szpiegowskiego z Ołeną i Wołodymyrem Zełeńskimi w rolach głównych, ale pamiętajmy, że fotografie zostały wykonane pod bardzo konkretnego odbiorcę. W Polsce mamy zupełnie inną świadomość na temat wojny w Ukrainie niż przeciętny mieszkaniec czy mieszkanka Europy Zachodniej lub Stanów Zjednoczonych, co w dalszym ciągu swojej wypowiedzi podkreśla też Sobczak. W obszernym tekście autorstwa Rachel Donadio towarzyszącym sesji Zełeńska przypomina, że rosyjska agresja na ukraińskich ziemiach trwa od 2014 roku. Fakt, o którym wiele z mieszkańców_ek Zachodu może nie pamiętać. Są już zmęczeni wojną, a rosnąca inflacja przyczyni się do presji zawarcia porozumienia z Rosją, dlatego Ukraińcy walczą o uwagę i wsparcie finansowe świata, jak tylko mogą. Wojna prowadzona jest na wszystkich frontach: na ziemi, w powietrzu, w sferze cyfrowej i na arenie opinii publicznej, a magazyn taki jak „Vogue” jest w stanie dotrzeć tam, gdzie innym mediom to się nie uda.

Przejdźmy teraz do zarzutu łączenia czegoś tak frywolnego, jak moda z tragedią wojny. Moda to przede wszystkim kultura. To nie jest coś błahego, czy jakiś kaprys, który schodzi na dalszy plan w obliczu naprawdę ważnych tematów. Moda to sposób, w jaki posługujemy się ubraniem. Opowieść o tożsamości i pozycji społecznej. Przy odpowiedniej wrażliwości ubranie zmienia się w precyzyjne narzędzie, które jest w stanie dotrzeć do jednostkowego doświadczenia, ponieważ przez swoją bliskość z ciałem jest kotwicą dla pamięci, działa jak wehikuł czasu. Ubranie pomagało przeżyć wielu więźniom i więźniarkom w obozach zagłady, o czym pięknie pisze Karolina Sulej w książce Rzeczy osobiste. Dbałość o wygląd wyrażana w pojedynczej wstążce czy uczesaniu dawała ludziom siłę w najstraszliwszych miejscach i czasach naszej kultury. Mimo iż myślimy, że moda związana jest tylko z kolorowymi magazynami o bzdurach, w rzeczywistości ona towarzyszyła nam zawsze. Jest obecna w literaturze, sztuce, antropologii i psychologii. Towarzyszy nam więc także w czasach wojny. W kontekście sesji Ołeny Zełeńskiej dla „Vogue’a” istotnym zabiegiem jest zrezygnowanie z komercyjnego aspektu. Zamiast ubierać Zełeńską w ciuchy z wielkich domów mody, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w tego typu produkcjach, autorzy sesji zdecydowali się wyłącznie na ubrania autorstwa ukraińskich projektantów i projektantek, o czym informuje czytelnika jedna linijka pod jednym zdjęciem. To sygnał, że ukraińska moda, a co za tym idzie kultura, będzie trwała tak długo, jak naród ukraiński.

W tekście Donaido przytacza wypowiedź Tetyany Solovey, byłej redaktorki ukraińskiego „Vogue’a” obecnie mieszkającej w Londynie, która uważa, że pojawienie się Zełenskiej na okładce jest bardzo istotne. – Kobiece głosy z tej wojny muszą zostać usłyszane, muszą mieć swoją reprezentację – mówi. Pierwsza Dama jako „pierwsza opowiada o ludzkim doświadczeniu tej wojny” i pomaga Ukrainie upominać się o swój głos – czytamy dalej. Chciałabym, żebyś zobaczyła we mnie każdą Ukrainkę. Tę, która walczy, wolontariuszkę, tę, która osiedla się w obozie dla przymusowych migrantów, lub wykonuje swoją pracę przy dźwiękach syreny – napisała pierwsza dama, zamieszczając na Instagramie okładkowe zdjęcie.

Zdecydowanie bliżej mi do Stanowiska Tetyany Solovey niż Aleksandry Sobczak. Znana nam z filmów i podręczników historia jest zazwyczaj przedstawiana z męskiej perspektywy. Uczymy się o bitwach, zwycięstwach i naradach gabinetowych, pomijając codzienność. Podążamy śladami królów, żołnierzy i polityków, zbyt często zapominając o świadectwach kobiet, które opowiadają o obyczajowości, trudnej, żmudnej pracy, fizyczności i emocjach, jakie im towarzyszą. Kobiet, które w czasie wojny podejmują się rozmaitych zadań i nieraz łączą w całość kompletnie rozbieżne obowiązki. Kobiety są żołnierkami, łączniczkami i konspiratorkami. A podczas wojny i okupacji zawsze wykonują ogrom niewidzialnej pracy, jaką jest załatwianie i przygotowywanie jedzenia, administracja, kierowanie ruchem podziemnym, przenoszenie pieniędzy, dokumentów czy nawet broni. Kobiet, które dokarmiają i ratują dzieci oraz uczą je historii czy geografii, chroniąc tożsamość narodową przed rusyfikacją. Dlatego tak ważne jest, by kobiece głosy zostały tym razem usłyszane, a Ukrainki docenione za swoje wysiłki, a umieszczenie pierwszej damy Ukrainy na okładce amerykańskiego „Vogue’a” może w tym pomóc.

Analizowanie historii przez soczewkę płci pozwala nam dostrzec wcześniej pomijane kwestie. Płeć ma ogromne znaczenie, ponieważ w binarny sposób porządkuje społeczeństwo. Wiele różnych sposobów przedstawiania istnienia mężczyzny i kobiety – w relacjach społecznych, wierzeniach, praktykach i instytucjach – zależne jest właśnie od płci. Pojęcia płci nie są stałe, ale specyficzne dla czasu i miejsca. Oznacza to, że płeć jest z natury historyczna. Definicja płci jest zawsze obecna, ale nigdy nie jest statyczna. Nawet w określonym czasie i miejscu kategorie męskości i kobiecości są w procesie fałszowania, rozpowszechniania, kwestionowania, przerabiania i potwierdzania. Dlatego reprezentacje i inscenizacje atrybutów i właściwości płci pojawią się na każdej arenie, na której kobiety i mężczyźni żyją i interpretują swoje życie. Co prowadzi mnie do kolejnego aspektu okładki, tym razem – reakcji opinii publicznej na sposób, w jaki Ołena Zełeńska siedzi na głównym zdjęciu. Internautom nie spodobała się mało kobieca postawa pierwszej damy, której nie wypada siedzieć w taki sposób. W odpowiedzi na krytykę w internecie szybko zaczął trendować hasztag #sitlikeagirl. Tysiące Ukrainek w różnym wieku, które łączy codzienna walka o wolną Ukrainę, zaczęło wrzucać do sieci własne zdjęcia, jak siedzą w pozie podobnej do pierwszej damy. Swoją drogą przypominającej słowiański przykuc, kto wie, może jest to jakieś odwołanie do naszej kultury. Do akcji dołączyły już kobiety z innych krajów, a akcja staje się viralowa. I to powinno ostatecznie rozstrzygnąć spór o zasadność okładki „Vogue’a”. Jak widać, żyjemy w świecie, w którym do niektórych bardziej przemawiają (a może po prostu docierają) viralowe trendy i internetowe gesty kobiecej solidarności, niż np. dokumentacja ludobójstwa w Buczy. To właśnie dla nich jest ta okładka.

WIĘCEJ