Postrzeganie ciała znacznie zmieniło się od lat 2000. Internet opanował ruch bodypositivity, na reszcie widać więcej modelek plus size i influencerek, które walczą z fatfobią. Ale czy nasza relacja z ciałem faktycznie jest o wiele lepsza niż dwie dekady temu?

Lubimy mówić z nostalgią o starych dobrych czasach, kiedy nie było jeszcze smartfonów, ludzie byli blisko ze swoimi sąsiadami, a społeczeństwo nie było tak surowe w ocenianiu siebie nawzajem. Tak naprawdę w tej rzekomej utopii uważności lat 2000. wiele osób, ze mną włącznie, walczyło z negatywnym wizerunkiem własnego ciała, a nieraz nawet z zaburzeniami odżywania. Trend ultrasmukłej sylwetki w mediach z XXI wieku i kulturowa fiksacja na temat ekstremalnej szczupłości z pewnością nie pomogły w budowaniu wysokiej samooceny wśród dorastających nastolatków i nastolatek. Czytałam mnóstwo postów, w których milenialsi piszą o wpływie mediów z tego okresu na ich wizerunek ciała oraz o tym, jak kulturowa obsesja na punkcie szczupłości zdołała przeniknąć do ich codzienności.

Pamiętacie Bridget Jones? A Natalie z To właśnie miłość? Nasze ulubione filmy lat 2000 wmawiały nam, że obydwie te kobiety były grube! Sposób poruszenia tematu wagi i wyglądu bohaterek tych filmów był naprawdę niszczący nie tylko dla samooceny dorastających w tym czasie nastolatek, ale dla wszystkich oglądających. Pamiętam swoje zdziwienie, jako małej dziewczynki, kiedy pierwszy raz usłyszałam komentarz dorosłych na temat jej wagi. Dla mnie wyglądała jak każda inna piękna, blond aktorka, ale z jakiegoś powodu wszyscy wokół uważali, że Bridget była okropna, więc i ja zanotowałam w pamięci: nie wyglądaj jak ona, ludzie tego nie lubią. W mediach panowało naprawdę wiele dziwnych, bezsensownych i toksycznych fiksacji na temat kobiecego ciała, z którymi miałam kontakt jako nastolatka.

Temat ten w mediach społecznościowych poruszyła Rosie Blair (@roseybeeme), która w jednym z filmów zamieszczonych na Instagramie powiedziała: Prowadzę na TikToku serię, w której opowiadam o tym, jak grubi ludzie byli / są przedstawiani w filmie i telewizji. Zaczęłam od mówienia o „grubych” postaciach, które naprawdę nie były takie grube… Bardzo dobrze pamiętam te postacie z dzieciństwa, ponieważ sprawiły, że czułam się ze sobą źle. W serii Rosey kwestionuje nie tylko Dziennik Bridget Jones i Natalie z To właśnie miłość, o której wciąż mówi się, że jest pulchna i ma uda jak kłody, ale przywołuje też grubą MonicęPrzyjaciół. W tym drugim przypadku odwołuje się do wywiadu, w którym Courtney Cox powiedziała, że uwielbiała grać grubą Monikę, ponieważ czuła się swobodnie, tańcząc: czułam się wtedy wolna – powiedziała w jednym z wywiadów. Mówiąc o Natalie, granej przez Martine McCutcheon, Rosey wyciąga moment w filmie, gdy postać grana przez Hugh Granta pyta: Czy nazwalibyśmy ją pulchną? i kwestionuje to wrażenie.

W innym odcinku Przyjaciół mężczyźni z paczki sugerują, że jedną z wad Rachel są jej trochę pulchne kostki. W Jak poznałem waszą matkę Ted Mosby wydaje się panicznie bać samotnej śmierci, ale ani razu nie myśli o umówieniu się z kobietą o rozmiarze większym niż 36. W jednym odcinku odrzuca nawet kobietę, która kiedyś miała nadwagę, ponieważ obawia się, że znów przytyje. Pomijając już mało realistyczne przedstawienie Liz Lemon z 30 Rock jako chudego żarłoka, zawsze dziwnie czułam się z tym, że Liz była traktowana jako gruba. Szczególnie zapadł mi w pamięci odcinek, w którym bohaterka spytała Jacka, czy odgadnie jej wagę, na co on odpowiedział: Nie chcesz, żebym to robił, sugerując, że Liz nie jest wystarczająco szczupła, po czym ogłosił, że waży ona 57,6 kg. Czy mieliśmy udawać, że 57 kg to naprawdę dużo?

Do roli aspirującej pisarki Andy Sachs w Diabeł ubiera się u Prady Anne Hathaway miała przytyć około 4,5 kg, a następnie kazano jej zrzucić zbędne kilogramy, gdy okazało się, że ubrania z filmowej garderoby na nią nie pasują. Uwielbiam ten film, ale przedstawienie obsesji na punkcie wyglądu i szczupłości jest przerażające. O 4,5 kg cięższa Anne Hathaway nie była już pociągająca, a raczej inteligentną i grubą dziewczyną, która je cebulowe bajgle i oblewa się zupą w filmie. Wszystkie oglądałyśmy ten film z przekonaniem, że chuda Hathaway w mało twarzowym, niebieskim swetrze była na tyle pulchna, że zasługiwała na bycie obiektem żartów o byciu grubą.

Podobna sytuacja miała miejsce w filmie Seks w wielkim mieście, kiedy Samantha przybiera na wadze. Charlotte, Carrie i Miranda na widok brzuszka Samanthy reagują prawdziwym przerażeniem. W pewnym momencie Carrie nawet ją pyta: Jak – i mówię to z miłością – jak mogłaś tego nie zauważyć? W rzeczywistości Kim Cattrall nawet nie przybrała na wadze! Stylistka po prostu dała jej lekko obcisłe ubrania, by stworzyć iluzję przytycia, a jej brzuszek w tej scenie jest i tak ledwo zauważalny. Po raz kolejny publiczność zmuszona jest myśleć, że przepiękna, szczupła kobieta wcale taka nie jest.

Stereotypowe ideały piękna, z którymi dorastałam, były niezdrowe, dziś to dla mnie oczywiste. W tej debacie jest też dużo niuansów – jednym z nich jest właśnie obsadzanie szczupłych osób w rolach osób grubych i udawanie, że mają nadwagę. Nic dziwnego, że tak wiele z nas zostało spaczonych przez tę problematyczną reprezentację wagi w mediach i nie tylko o filmy tu chodzi. Tygodniki zawierały dwustronicowe rozkładówki celebrytek – głównie kobiet – z zakreślonymi, specjalnie wyeksponowanymi wadami. Cellulit, tłuszcz na brzuchu i plamy potu to tylko niektóre z rażących błędów wytykanych na pokaz dla milionów kobiet na całym świecie, by przetrawiły i przyswoiły sobie, jak nie wyglądać. Lata 2000. to czas otwartej mizoginii, brukowce notorycznie publikowały szczere zdjęcia celebrytek w celu wyśmiewania ich wagi i każdej ledwo dostrzegalnej skazy. Pamiętam zdjęcia wychudzonych Hillary Duff, Lindsay Lohan, Mary-Kate Olsen i Britney oraz to, jak fotografie Kim Kardashian jedzącej lody wywołały falę hejtu na temat tego, jaka była gruba i obrzydliwa. Każde ciało, które w jakikolwiek sposób odstawało od ideału, było natychmiast uznawane za grube. W najlepszym wypadku skutkowało to obsesją na punkcie wcięcia w talii i encyklopedyczną wiedzą na temat dozwolonej ilości kalorii. W najgorszym: głodzeniem się i różnymi innymi zaburzeniami odżywiania.

W 2016 roku Sports Illustrated umieściło na okładce swoją pierwszą modelkę plus size, Ashley Graham. Pojawienie się na Instagramie reklam skierowanych bezpośrednio do konsumentów w wielu przypadkach oznaczało poszerzenie rozmiarówki i bardziej zróżnicowanej grupy modelek pojawiających się w na feedach potencjalnych klientek. Tymczasem na ekranach powoli gościło coraz więcej seriali jak Dziewczyny (wtedy nie tak obraźliwy) czy Orange Is the New Black.

W dobie empowermentowych tekstów na t-shirtach marki przestały faworyzować restrykcyjną, chudą estetykę. Zamiast tego normą w kampaniach reklamowych stały się przynajmniej pozory inkluzywności. Idee, które kiedyś były należały do tych bardziej marginalnych lub akademickich trafiły do mainstreamu i coraz częściej zaczęło mówić się o tym, że ubrania podobnie jak piękno są dla wszystkich, a reprezentacja jest ważna.

Rzeczywiście, body positivity, niegdyś ruch stworzony dla i przez osoby żyjące w ciałach zmarginalizowanych, stało się hasłem rutynowo umieszczanym na Instagramie i TikToku przez zarówno zwykłych ludzi, jak i gwiazdy. W ostatnim wyszukiwaniu #bodypositivity miało 20,7 miliardów wyświetleń na TikToku i 9,7 milionów postów na Instagramie. Po kilku kliknięciach pojawiają nam się infografiki mówiące, że każde ciało jest zawsze gotowe na bikini, oraz namawiające nas, by ćwiczyć z miłości do własnego ciała, nie nienawiści. A na TikToku znajdziemy gotującą Lizzo i masę twórczyń pokazujących cellulit na pośladkach. Grube osoby istnieją i mają prawo cieszyć się jedzeniem i latem. Tak proste, a jednak dla wielu zbyt trudne do zrozumienia.

Chociaż media społecznościowe są źródłem pozytywnej afirmacji, mogą być również przedłużeniem kultury bycia niewystarczającą napędzanej wcześniej przez magazyny i telewizję. Zamiast kilku redaktorów i firm reklamowych kierujących wyborami wizerunkowymi, teraz mamy większą liczbę influencerów i tiktokerów — i chociaż szczegóły preferowanej estetyki mogą się zmienić, presja na jej osiągnięcie prawdopodobnie nie. Ostateczni beneficjenci też nie: przemysł dietetyczny wciąż kwitnie, a boom na chirurgię plastyczną powraca. Platformy mediów społecznościowych dały początek własnym trendom w operacjach plastycznych, gdy mówimy na przykład o BBL (brazylijskim liftingu pośladków), który ma za zadanie przenieść przefiltrowaną przez internet wizję idealnego ciała  do rzeczywistości.

Platformy mediów społecznościowych nie istnieją w próżni, a odzwierciedlają i wzmacniają przesłania, które młode osoby otrzymują, podobnie jak w poprzednich pokoleniach, od swoich rodzin, rówieśników i wszystkich, których spotykają w kulturze zbudowanej na fatfobicznych i fatshamingowych przekonaniach. Jasne, oglądanie takich kobiet, jak Barbie Ferreira w Euforii czy Paloma Elsesser na okładce „i-D Magazine” w trendującej ostatnio spódniczce Miu Miu powinno przypominać, że robimy postępy. Nawet jeśli powoli i niechętnie.

W kulturze przesiąkniętej obrazami powinniśmy skupić się na uczeniu młodszego pokolenia, że wygląd nie określa wartości. Być może w przyszłości lekcje dotyczące wizerunku ciała i mediów społecznościowych powinny trafić do szkolnej podstawy programowej na równi z edukacją seksualną? W Polsce PiS-u i oświaty kierowanej przez ministra Czarnka można o tym tylko pomarzyć.

WIĘCEJ