Film Piotra Domalewskiego to seans obowiązkowy.

Mimo powstania wielu instytucji i projektów badawczych zajmujących się historią PRL-u, wciąż mamy do czynienia z pewnymi rażącymi, białymi planami. Swoich monografii i wnikliwych opracowań doczekało się większość grup społecznych i zawodowych, niektóre – jak np. kler – całych półek opasłych tomiszczy. A jednak, życie społeczności LGBTQ+ w latach 1945-1989 jest względnie nierozpoznane. Poza kapitalnym Gejerelem Krzysztofa Tomasika, informacje są rozsiane głównie po książkach biograficznych – jak np. Jerzy Andrzejewski: przyczynek do biografii prywatnej Anny Synoradzkiej, czy Homobiografie, również Tomasika – i to po okruchach prywatnych wspomnień najłatwiej badać tę kwestię. O czym zresztą pisze Tomasik, niestrudzenie eksplorujący życiorysy, dokumenty sądowe, a nawet popularne powieści milicyjne. Jak zauważa, instytucje, które powinny się tym zająć, z Instytutem Pamięci Narodowej na czele, zupełnie ignorują tę kwestię, a wiele dokumentów po prostu zaginęło, bądź zostało celowo zniszczone. Tego rodzaju wymazywanie nie jest niespodzianką, bo historyczne i społeczne układanie opowieści o PRL-u praktycznie od razu zostało przywłaszczone przez prawicę wszystkich kolorów i odłamów. A ta do dzisiaj w najlepszym przypadku społeczność LGBTQ+ ignoruje, w najgorszym – i to dominująca postawa – po prostu ją prześladuje. Co zabawne, takie podejście jest niemal dosłowną paralelą wobec postawy władzy ludowej. I tu znowu nie ma niespodzianki, bo mamy do czynienia z ludźmi wrogo nastawionymi do inności i wolności, szczególnie tej osobistej.

Jeden z najciekawszych rozdziałów Gejerelu opowiada o akcji Hiacynt, czyli próbie systemowej ewidencji i rozpracowania środowisk LGBTQ+ w latach 1985-1987. Przesłuchiwanym ludziom zadawano poniżające i bardzo osobiste pytania, szantażem zmuszano do współpracy ze służbami, stosowano przemoc fizyczną i psychiczną. Tomasik stawia tezę, że była to odpowiedź na zalążek organizowania się społeczności – władza rozpoznała osoby nieheteronormatywne jako kolejny element opozycji demokatycznej zagrażający jej pozycji. Z pewnością akcja miała też inny cel – jako że przypadała na drugą połowę lat osiemdziesiątych, jej celem było także wykorzystywanie zdobytych informacji przeciwko politycznym wrogom i rozgrywki w łonie partii. W końcu system gnił od środka, zaostrzały się walki frakcyjne, rosło niezadowolenie społeczne, spotęgowane doświadczeniem stanu wojennego. W książce Tomasika (która jest jedną z najważniejszych pozycji wydanych w ostatnich latach i polecam ją z całego serca) jest wiele przykładów na to, jak służby wykorzystywały obyczajowość do szantażu i manipulacji praktycznie od samego początku PRL-u. Hiacynt, nowy film Piotra Domalewskiego, za główną oś fabularną obiera sobie właśnie tytułową akcję i obyczajowe rozgrywki na nawyższych szczeblach władzy. Jednocześnie udaje mu się opowiedzieć historię osobistą i poruszającą, stworzyć żywe postacie i pokusić się o solidne tło historyczne.

Film Domalewskiego kilkoma sprytnymi scenami – np. przesłuchania ludzi złapanych na pikiecie – stara się nakreślić krajobraz życia społeczności gejowskiej w Polsce ludowej. Piszę gejowskiej, bo film skupia się właśnie na niej, chociaż w scenie domówki widzimy trochę większe queerowe spektrum. Na milicyjnym przesłuchaniu w ramach akcji Hiacynt pojawiają się przedstawiciele różnych zawodów i z całego przekroju społecznego. To subtelne rozprawienie się z homofobicznym mitem i narracją, która w wielu kręgach obowiązuje do dzisiaj: homoseksualizm jako wymysł elit, zgniła moda przyszła z Zachodu. Scena przesłuchania pokazuje również dualizm, w jaki wepchnięci zostali siedzący w szafie geje, z rozpaczą mówiący o tym, że mają żonę i dzieci. Ten społeczny kamuflaż był warunkiem przetrwania, a jego kompromitacja oznaczała zawodową i rodzinną śmierć. Zresztą sceny na milicyjnym posterunku należą do najmocniejszych w filmie. Pokazują władzę okrutną i bezwzględną, homofobiczną i pogardliwą. Oglądając je, łatwo było uciekać myślami do tego, co działo się 7 sierpnia 2020 po protestach po zatrzymaniu Margot. Polska policja jest pod wieloma względami kontynuatorką milicyjnej szkoły nienawiści i bigoterii, a analogie między PZPR a PiS-em nasuwają się same. W filmie widzimy wiele różnych konsekwencji systemowej homofobii: łamanie karier, rodziny naznaczone i skrzywdzone życiem w kłamstwie, eksploatację pogubionych młodzieńców, osobiste tragedie zrodzone z tożsamościowej presji. Hiacynt potrafi gubić się na fabularnych mieliznach – o czym za moment – ale aspekty związane z głównym tematem rozgrywa niemal mistrzowsko.

Hiacynt jest bardzo porządnie nakręcony (niektóre ujęcia są naprawdę interesujące i wybitne estetyczne), brzmi solidnie (z adekwatnym doborem muzyki z epoki i dość generyczną, ale rzetelną syntezatorową ścieżką dźwiękową), dobrze zagrany (z Tomaszem Ziętkiem na czele). Brak dokumentacji o akcji Hiacynt sprawił, że fabuła obraca się nie wokół niej, a wokół kryminalnego śledztwa w sprawie zabójstwa, ze spiskiem na wysokich szczeblach władzy w tle. To stąd pochodzą największe bolączki filmu: fabularne klisze, które widzieliśmy w wielu innych tytułach. Jeden z ciekawszych wątków – relacja ojca ze Służby Bezpieczeństwa z synem milicjantem, odkrywającym swoją seksualność – rzeczywiście pogłębia główne tematy filmu. Zresztą jego kulminacja, kiedy syn musi przesłuchiwać swojego kochanka pod okiem ojca, jest jedną z najmocniejszych scen w filmie. Niestety, sam wątek kryminalny, choć nie tak zły, zbyt często ociera się o sztampę, a końcowa scena akcji nijak nie pasuje do reszty i razi taniością. Ale te drobne potknięcia nie zmieniają faktu, że Hiacynt to piekielnie ważny film. Jego dostępność na platformie Netflix nie jest bez znaczenia, chociaż najlepiej, gdyby trafił również do opętanej historyczną i polityczną propagandą Telewizji Polskiej. Co się oczywiście nie stanie, a przynajmniej nie w ciągu kilku najbliższych lat. Powoli uczymy się historii polskiej społeczności LGBTQ+. Dzięki takim książkom, jak Oni. Homoseksualiści w czasie II wojny światowej Joanny Ostrowskiej, czy Gejerel Krzysztofa Tomasika, mozolnie wypełniamy ogromne i wstydliwe plamy w naszych dziejach. Hiacynt udanie dokłada swoją popkulturową cegiełkę do tego procesu i niezmiernie cieszy, że jest to porządny film: gdybyśmy mieli do czynienia z tytułem kiepskim, jego przesłanie byłoby znacząco osłabione. Polecam seans, koniecznie z Gejerelem jako lekturą towarzyszącą!

WIĘCEJ