Kreatywna plątanina osobowości.

W kreację artystyczną zawsze wpisana jest pewna umowność. Niezależnie od tego, czy mówimy o indie rockowych chłoptasiach w koszulach w kratę, czy pełnowymiarowym, teatralnym show black metalowych tuzów, kreacja – zarówno ta sceniczna, jak i w samej materii muzycznej – obowiązuje wszędzie. Dlatego szanuję osoby, które działając w wielu projektach, mimo wszystko potrafią przekazać jakąś wspólną myśl. PR aka Faustyna IHS Moreau gra w Gruzji, samodzielnie tworzy Biesy i całkiem niedawno wydałx rewelacyjny album pod szyldem Glitchangel. To, co łączy te wszystkie projekty, to bezkompromisowość i oryginalność muzycznej wizji. Cyrk objazdowy Gruzja operuje w totalnej opozycji do napompowanej metalowej sceny, Biesy do standardowych black metalowych patentów dodają sporo charakteru – od wizualnego przełamania po elektronikę i unikalne teksty. Glitchangel to już w pełni autorska propozycja progresywnej muzyki elektronicznej, która chmury abstrakcji osadza w mocnym brzmieniu i ciekawych aranżacjach. Ale to nie wszystko, bo PR zdarza się także uprawiać drag.

Oczywiście – obydwa zagadnienia łączy groteskowość, wywrotowość i afektowana stylistyka, która potrafi pociągnąć za sobą łańcuch kontrowersji – mówi mi PR, zaczepiony pytaniem o teatralny styk dragu i black metalu. Właściwie odwróciłbym hipotezę w stronę: queer jest obecnie bardziej black metalowy. Bo u jego podstaw stoi coś, co zakłóca „naturę” w rozumieniu większości, a „nienaturalny” ma zazwyczaj pejoratywny wydźwięk, związany z czymś rzadziej spotykanym. Ludzie mają tendencję do określania tym mianem zjawisk, których nie rozumieją, przy jednoczesnym szukaniu winnego – bo to zło, które trzeba potępić.  Czuję w tym silniejszego ducha, niż w wejściu na scenę i oznajmieniu: „jesteśmy Taake i gramy black metal”. Choć nie jestem drag queen, a jedynie bywam, to nadal całym sercem. Kiedy rozmawiałem z Twoją Starą, jedną z bardziej rozpoznawalnych drag queen w Polsce, w pamięci utkwiło mi zdanie dzięki dragowi rozumiemy, kim jesteśmy. PR w pełni zgadza się z takim postawieniem sprawy. Pierwsze wejście w drag to poczucie przybrania nowej skóry – symulacja ożywienia manekina, w którym można poczuć natychmiastowe porzucenie dotychczasowych, wyuczonych granic czy przyzwyczajeń. Iluzoryczne, bo ta persona zawsze tam była, potrzebowała jedynie triggeru do ujawnienia się. W żadnym stopniu nie twierdzę, że któraś z tych postaci jest fałszywa, a przeciwnie – każda z nich ma sens istnienia i jest jedną ze składowych multiwersum osobowości. Zastanawiam się, gdzie w takim razie przebiega linia między tymi osobowościami. Kim jest PR, a kim Faustyna IHS Moreau? Nasze postacie są w pełni tożsame ze sobą, dzielimy to samo ciało. Różnica polega na próbach wyjścia z niego. W przypadku jednej z nich pozwalam sobie na wyższy lot, albo raczej – odbywający się na innej płaszczyźnie, której nie mogę odbierać podstawowymi receptorami. I ona uruchamia się najczęściej, gdy jestem sam. Wówczas pozwalam sobie na mniejszą kontrolę.

Żonglowanie różnymi artystycznymi projektami potrafi być równie wymagające, co kontrolowanie różnych osobowości. Gruzja, Biesy, Glitchangel… Każdy z tych projektów jest inny, mimo punktów stycznych. Gruzja to zespół. Tutaj obowiązki są w miarę podzielone, każdy ma coś, w czym radzi sobie najlepiej na tle pozostałych, reszta zdaje sobie z tego sprawę, jest zaufanie. To ułatwia pracę nad muzyką, często proces jest reaktywny. Jeśli chodzi o pozostałe projekty, na pewno podchodzę do nich bardziej osobiście. Jestem też bardziej surowy i radykalny dla siebie. Często płonę intensywnie w szale, ale szybko się spalam i regeneruję bardzo długo. Bywają dni, w których spędzam godziny na wyrażeniu czegoś, a ostatecznie wszystko ląduje bezpowrotnie w koszu. Mam mnóstwo rozgrzebanych projektów, które są osobnymi ogniskami i czuję, że istnieje jakiś większy sens je złączyć, bo razem tworzą sieć skondensowanej materii. Czasami czuję się jak w k-hole, dodając duże przytłoczenie. W rozmowie wokół Faustyny IHS Moreau musi pojawić się wątek queerowy, w końcu drag to forma sztuki mocno związana z kulturą queerową. Co prawda wiele się poprawiło pod względem otwartości sceny metalowej, to nie ma za bardzo nawet zalążków queerowego metalu w Polsce. Czy to się zmieni, czy doczekamy się takiej queerowej odnogi metalu? Po pierwsze czy doczekamy się tej odnogi gdziekolwiek w ogóle. I wydaje mi się, że to nie jest kwestia tolerancji (zresztą poprawiającej się), ale zwyczajnego braku potrzeby. Poza tym osobiście coraz częściej uznaję kategoryzowanie black metalu jako zjawisko wyłącznie performatywne, wywołujące tylko rozrzedzenie tej substancji. To znaczy uznanie siebie albo czegoś za black metal ma charakter performatywny i nic więcej nie mówi, bo jest to właściwie zbiór emocji, który z muzyką już nie ma zbyt wiele do czynienia. W praktyce jestem cishetero chłopem, który od relatywnie niedawna potrafi określić część swojej tożsamości jako niebinarną. Kiedyś na pewno nie pozwoliłbym sobie na taką ekspresję, więc uważam się za farciarza w chuj, który zawarł odpowiednie, wartościowe relacje.

Całe niebo/na wylot pojawiło się znienacka pod koniec zeszłego roku i mimo relatywnej popularności elektroniki spod znaku Arci czy Amnesii Scanner – progresywnej, radykalnej brzmieniowo, mocno eksperymentującej na styku tego, co popularne z najgłębszymi kazamatami undergroundu – w Polsce mamy bardzo mało realizacji podobnych brzmień. Glitchangel wjeżdża tutaj z pełnoprawną wizją. Koncept płyty wydaje mi się klarowny, muzyka jest całym posiłkiem, a brzmienie i struktury – przyprawą i substancją. Oprócz mojego oczywistego hołdu w stronę tych projektów (oraz wielu innych jak choćby Coil), ta odnoga wydała mi się oczywistym wyborem, a nawet odgórnym nakazem, z którym nie można polemizować. Nie obchodzi mnie technika uzyta do wydobycia dźwięku, tylko na barwie plamy, jaką po sobie zostawia. Natomiast zapalnikiem konceptu lirycznego pierwszego Anioła był przypadek, missclick na messengerze. Od startu ten projekt miał być nieograniczony, swobodny w całej rozciągłości. Podobnie zaczynam traktować Biesy – jako twór amorficzny – mówi PR. Całe niebo/na wylot robi wrażenie również pod względem stopnia dopieszczenia brzmienia, ale Glitchangel nie żyje w matni audiofilskiej perfekcji. Z perspektywy słuchacza absolutnie nie mam zadatków na audiofila, natomiast jako twórca zazwyczaj staram się wycisnąć maksimum z tego, czym dysponuję. Przed otwarciem jakiegokolwiek projektu wiem, jaki efekt chcę uzyskać. Staram się wprowadzić w swego rodzaju tunel, który odcina mnie od rzeczywistości i zakłóceń, jakie ze sobą niesie w procesie. Tak, jak wspomniałem wcześniej, nieistotna jest dla mnie technika ani medium do uzyskania danego brzmienia, liczą się wyłącznie temperatura i kolor, które wywołuje częstotliwość dźwięku. Mimowolnie, od jakiegoś momentu, muzykę zacząłem sobie wizualizować strukturami i kolorami, które kojarzą mi się z przedmiotami, które znam. Ale prawdziwy fun zaczyna  się wtedy, gdy nie odczuwam tych konotacji. Słuchając płyty, wciąż zastanawiałem się, czy to uniwersum, do którego jestem zaproszony, to sposób na przepracowanie pewnych emocji, czy może zupełnie eskapistycznie przedsięwzięcie. PR: nazwałbym tę relację emocjonalną z muzyką jako sub + dom, w której na zmianę zamykamy się w klatkach, pełnimy różne role w zależności od nastroju i czasami zapominamy safe word. Kiedyś pewnie użyłbym tych epitetów, o które mnie posądzasz. Ba, czasem sam się o to posądzam, ale realnie rzecz biorąc bardziej ciekawi mnie co i w jaki sposób można jeszcze zrobić. I podróżujac w ten sposób, odczuwam radość eksploracji.

Na płycie Glitchangel odczuwam pewnego rodzaju tęsknotę za byciem czymś innym, niż człowiekiem. W pełni ją podzielam, bo sygnałów do ucieczki z ciała i tej formy egzystencji mamy na podorędziu aż nadto. Wątki trans/posthumanistyczne są wciąż rzadkie w polskiej muzyce, ale upewniam się, czy słusznie odnalazłem je na Całe niebo/na wylot. Glitchangel odpowiada mi zagadkowo: domyślam się, o który moment ci chodzi. Wiesz, nigdy tam nie byłem, ale grzecznie czekam na swoją kolej, bo liczę, że tak właśnie będzie. A jeśli to wszystko okaże się kłamstwem i symulacją? Bez znaczenia. Spotkanie z PR/Faustyną IHS Moreau/Glitchangel może być symulacją, a nawet emulacją ludzkiego kontaktu. Ale na szczęście mamy konkretne, intrygujące dźwięki, które dość mocno sugerują, że mamy do czynienia z czymś prawdziwym. Tym bardziej, że Glitchangel to unikat na tle polskiej elektroniki, a Biesy można z powodzeniem dołączać do tych wszystkich paczek z rodzimym metalem, które z dumą idą w świat. Siostro Faustyno, dziękujemy za te cuda!

WIĘCEJ