Gdzie się podziały tamte chillouty?

Instytucja sali klubowej, w której bit jest niespieszny, nieregularny bądź w ogóle go nie ma, już lata temu przeszła do annałów muzyki elektronicznej. Na dzisiejszym, znów nabijanym zwykle 4 na 4 – acz również często nie lada eklektycznym – krajobrazie rodzimych parkietów jej brak jest jednak bardzo dojmujący.

Jednym z moich pierwszych i najbardziej obrazowych wspomnień klubowych jest wejście na chillout w legendarnym klubie Trend, do którego trafiłem dziwnym zbiegiem okoliczności w okolicach 1996 roku. Co było pewne w tym nieco już zapomnianym warszawskim lokalu –  techno… na main floorze, gangsterzy przy barze i zapełniająca budynek dziwna, ponadsubkulturowa mieszanka ludzi, zjeżdżających w pobliże stołecznego lotniska w poszukiwaniu wrażeń, które w tamtym czasie zapewnić im było w stanie dosłownie kilka przyczółków na mapie całego miasta. Co natomiast było nigdy nieprzewidywalne – to, co może się zdarzyć na wspomnianej mniejszej sali. Rzeczonego wieczoru zastał mnie tam psychodeliczny dub od African Head Charge przechodzący płynnie w któreś ambientowe prace Aphex Twina, a dodatkowo tę zaskakującą paletę dźwięków dopełniał typ leżący nieopodal didżejki i nieustannie… dmący w didgeridoo. Garstka osób przy tym się gibała bądź tańczyła, większość siedziała bądź leżała, zajmując się innymi sprawami, a na wszystko spoglądał spod ściany pewien gość w ciemnych okularach, który w pewnym momencie kiwnął do mnie głową, unosząc lustrzanki i pokazując dwa papiery wystające mu spod powiek. Dym z maszyny mieszał się z tym z petów i lufek, światełka mrugały, a dźwięk z obrazem spajał się w jedno pod moimi przymkniętymi, małolackimi powiekami.

Jak się później zorientowałem, selektorem puszczającym te tracki był wówczas Jacek Sienkiewicz, typem leżącym obok didżejki animator warszawskiego środowiska skejtowego i później też pionier stołecznej sceny drum’n’bassowej – Szymon „Perez” Sipowicz, a gościem w lustrzankach… przemilczę może na forum publicznym. I choć wszystko to nie ma dziś większego znaczenia (poza dokumentalistycznym), to owa scenka rodzajowa dobrze tłumaczy pojawienie się instytucji chilloutów na rodzimej scenie klubowej lat 90. Po latach międzygatunkowego eklektyzmu, który rządził parkietami takich klubów jak Alfa, Hybrydy, Filtry czy Blue Velvet – gdzie wszelkie nowe brzmienia splatały się ze sobą, tworząc wybuchowy koktajl techno, house’u, jungle, rapu i różnie pojmowanego rocka, jaki można też było wówczas usłyszeć w nowo przybyłym do Polski MTV – różne gatunki poczęły zyskiwać swoje oddzielne imprezy, a rolę klubowego kotła, w którym mieszają się przeróżne wpływy, przejęły na pewien czas jeszcze właśnie chillouty. I choć nie można było się tam raczej spodziewać gitarowych bądź hiphopowych szlagierów, to właśnie na tych mniejszych salach każdy, kto miał dość technicznej łupanki, mógł zawsze odetchnąć przy innym rytmie lub jego… braku. A odpoczywać też ludzie w tamtym czasie potrzebowali zwykle dużo częściej, bo był to również schyłek złotego okresu LSD w Warszawie. Kwasy, które na nieporównywalnie większą skalę niż wcześniej pojawiły się w stolicy po roku 1989, wymagały bowiem często od użytkowników większej sonicznej różnorodności i przyjęcia nierzadko pozycji horyzontalnej, na co pozwalały jedynie rzeczone chillouty.

I choć instytucja klubowej sali, na której lecą duby, ambienty, muzyka newage’owa i różnej maści innogatunkowe twory pasujące do stylistyki, ograniczone jedynie kreatywnością DJ-a (przez lata szlajania się po różnych chilloutach w wielu miastach Polski słyszałem tam i jazz, i muzykę folklorystyczną i field recordingi; Psychic TV, Raymonda Scotta, i… Sade), przez całą dekadę wydawała się wręcz nieodłącznym elementem imprez, to wraz z mijającymi latami zanikła właściwie zupełnie.

Kwadratowe papierki nasączone dietyloamidem kwasu lizergowego w roli weekendowych czasoumilaczy zostały w ogromnym stopniu wyparte przez ecstasy i – w zależności od zasobności portfela – amfetaminę czy kokainę, a stare i nowe subkultury – wraz z rozrostem klubowej infrastruktury – zaczęły na powrót grodzić się na swoim. Wspomniany rozwój stołecznej sceny klubowej był zresztą jednym z powodów, dla których chillouty zniknęły z nocnej mapy miasta, jako że wiele nowych lokali było najzwyczajniej w świecie za małych, by pomieścić dwie sceny. A że w międzyczasie też następowała postępująca eklektyzacja imprezowego repertuaru – choć koniec końców Warszawa i tak zawsze chodziła na 4/4 – to wszystkie dzieci 90’sowej psychodelii mogły się poczuć nagle osierocone.

Dwie dekady później stołeczna scena klubowa ma się całkiem nieźle – różnej maści klubów jest całkiem sporo, zagranicznych bookingów co weekend do wyboru przynajmniej kilka, a w zależności od preferencji muzycznych każdy właściwie w piątek i sobotę znajdzie własne miejsce. I choć podobnych brzmień do tych, które leciały na wspomnianych chilloutach, również w zakamarkach warszawskich przybytków da się spokojnie doszukać: od nieocenionych Salonów Ambientu, przez alternatywne dyskoteki odbywające się pod szyldami takich marek jak DUNNO czy MESTIÇO, aż po wydarzenia z obrzeży kameralistyki i eksperymentu – to nie o same dźwięki się w tym wszystkim rozchodzi. Zupełnie inaczej bowiem słucha się ambientu, gdy wchodzimy do pustego lokalu i po tym, jak już zajmiemy wygodną pozycję, zaczyna grać któryś potomek Satie i Eno, a inaczej, gdy zmieniamy salę w klubie i nagle z twardego pochodu stóp i werbli nasze uszy muszą się przestawić na odbiór dźwiękowych plam i zrytmizowanych szmerów. Całkowicie inaczej przyswajamy wspomniane African Head Charge na klasycznym dubowym bashmencie niż na imprezie techno. I nie lada też różni się granie na chilloucie od budowania warmupowego seta na zwykłej imprezie czy też konstruowania eklektycznego przelotu na którejś deconstructed clubowej balandze. Na większości tradycyjnie pojmowanych wieczorów elektronicznych od bitu nie sposób dziś natomiast uciec. Zmieniając sale w klubach czy sceny na festiwalach, zazwyczaj zmieniamy co najwyżej tempo, niesieni entuzjazmem publiki DJ-e prędko rozkręcają się do prędkości tanecznych, a noszone przez niektórych na koszulkach hasło silence is healthy wydaje się czczym frazesem.

Instytucja chilloutu natomiast była swego rodzaju klubową celebracją ciszy – miejscem, w którym każdy dźwięk miał szansę wybrzmieć, uszy przewietrzyć się, a mózg odpocząć chwilę od powtarzalności i odpłynąć przynajmniej na moment w jakieś niezbadane rejony. Rejony, które w dobie aktualnego renesansu psychodelicznego, dominującej już od dobrych kilku lat międzygatunkowości światowego rynku muzyki rozrywkowej i nocnej popularności takich substancji psychoaktywnych jak MDMA czy ketamina są dziś na powrót gremialnie zgłębiane, a miejsca służące podobnej eksploracji potrzebniejsze niż chyba kiedykolwiek w ciągu ostatnich dwóch dekad. A jeśli już techno po raz wtóry dominuje światowe parkiety, to naprawdę trudno znaleźć dlań lepsze dopełnienie niż właśnie ta międzygatunkowa hybryda medytacyjna wypełniająca małe sale 90’sowych klubów. Jako alternatywa dla równego duktu podbitych basem stóp sprawdzi się na pewno lepiej niż minimal, house czy jakikolwiek właściwie inny subgatunek rytmicznej muzyki klubowej, który zwykle wybrzmiewa nieopodal main flooru. A że dodatkowo ciekawie poprowadzona selekcja chilloutowa dla wielu stała się ekwiwalentem szkółki niedzielnej, na której poznawało się mnóstwo nowej, intrygującej muzyki, w dobie streamingów, wszechdostępu do muzyki i… Shazama jej rola pilotażowa znów mogłaby się okazać trudna do przecenienia. To właśnie na małej sali Trendu poznałem bowiem Selected Ambient Works Aphex Twina i Songs of Praise African Head Charge, a to w niebagatelnym stopniu wpłynęło na moje życie. Co natomiast leciało tego pamiętnego dla mnie wieczoru na mainie, nie jestem niestety w stanie sobie przypomnieć.

Nie sposób więc domknąć tego tekstu inaczej niż odezwą – kochani managerowie, bookerzy czy innej maści organizatorzy, oddajcie nam, proszę, instytucję chilloutów! Nie róbcie tylko i wyłącznie oddzielnych imprez, na których leci ambient, nie dzielcie festiwalowych line-upów na popołudniowe laidbackowe sesje i twarde bitowe wieczory i dajcie nam czasem odsapnąć od rytmu. Cisza bowiem też jest dźwiękiem – czego dowiódł już dobitnie w 1952 roku John Cage – a powrót na main floor po jakimś czasie spędzonym w mniejszej sali, w której nie leci akurat minimal, house czy mniej opresyjne techno, jest zwykle dużo bardziej entuzjastyczny niż wtedy, gdy tylko zmieniamy BPM-y ze 120 na 150.

WIĘCEJ