Fake woke za krwawe pieniądze, czyli jak DJ-skie gwiazdy psują planetę

Zaangażowanie w ważne sprawy to nic nowego dla muzyki klubowej – od czasów disco kluby są (a przynajmniej powinny być) strefą wolną od opresji i bigoterii, techno i electro z Detroit niosły afrofuturystyczny przekaz emancypacji, ba, nawet w Polsce mieliśmy niedawno piękny przykład w postaci solidarnej reakcji sceny na homofobiczny atak na Marsz Równości w Białymstoku. W postępującej komercjalizacji, która przyciąga mniej świadomą publikę, to zaangażowanie może się gubić, niemniej jednak wciąż istnieje. Podobnie jak hipokryzja, nieodłączna towarzyszka ludzi na szczycie, którzy uniesieni miłością tłumu tracą dystans i wyczucie.

Peggy Gou, znana DJ–ka i producentka, która lubuje się w luksusie i apanażach przynależnych gwiazdom Instagrama, rozpaczała na Twitterze, że ludzie śmiecą plastikiem. Słusznie, bo plastik w skali mikro i makro zalewa naszą planetę. Problem w tym, że Gou nie do końca ma legitymację do słusznego oburzenia – choćby fakt, że lata prywatnym odrzutowcem, powinien odrobinę stępić jej ostrze publicznego wokeness. Nie omieszkał wytknąć jej tego producent i DJ Kev Koko, który szybko został zbanowany przez artystkę. Ta sytuacja to dobry punkt wyjścia do rozmowy o osobistej odpowiedzialności największych gwiazd sceny klubowej, których styl życia trudno pogodzić z woke przekazem, tak chętnie prezentowanym w mediach społecznościowych.

Życie między lotniskiem, hotelem, restauracją i klubem nie należy do najbardziej ekologicznych. Dane International Air Transport Association wskazują, że loty generują 2% emisji dwutlenku węgla. Wydaje się, że to niewiele, ale odpowiada za to głównie wąska grupa ludzi – indywidualny ślad węglowy wzrasta drastycznie, kiedy podróżuje się prywatnym samolotem lub absurdalną ilość razy, a z tym mamy do czynienia w przypadku klubowej burżuazji.

Również styl życia, jaki w pozytywnym świetle prezentuje wielu z nich (choćby Peggy Gou), jest destrukcyjny dla naszej planety – luksusowe dobra, rzadkie materiały z eksportu, egzotyczne jedzenie, prywatni kierowcy, wieczna podróż. Branża modowa jest jednym z największych niszczycieli planety, nie tylko przez dokładanie się do emisji CO2, ale także przez rozbudzanie najgorszych konsumpcyjnych aspiracji. Na tym etapie wiemy, jak bardzo konsumpcja bez umiaru równa się destrukcji naszej planety. A jednak łatwo zobaczyć, do jakiego stopnia ta branża skorumpowała kulturę klubową. DJ-skie sety przy pokazach, wchodzenie w kooperację z klaunami w rodzaju Virgila Abloha, płatne promocje dla marek. Chcesz być woke? Niszcz rzeczy Louis Vuitton, a nie bierz je za darmo z obleśnym uśmiechem na ustach.

Przyczepiłem się do Peggy Gou dlatego, że jak w wypaczonej soczewce skupia najgorsze cechy cywilizacji prowadzącej do ekologicznej zapaści planety. Artystka nie ma problemu z promowaniem konsumpcjonizmu, niezbyt przejmuje się tym, że bierze pieniądze dosłownie splamione krwią. W grudniu grała na MDL Beast w Arabii Saudyjskiej – reżim Mohammeda bin Salmana robi wszystko, by pokazywać swój kraj jako cywilizowany. Co sprowadza się do organizowania festiwali muzycznych dla influencerów czy zapraszania zawodników amerykańskiego wrestlingu. O dziwo, ta cywilizacja nie chroni dziennikarzy przed zabójstwami, kobiet i osób LGBTQ+ przed dyskryminacją i realną przemocą, a do tego jest w pełni zasilana przez pieniądze płynące z ropy naftowej. Zresztą Peggy chyba lubi autorytarne kraje – Dubaj gości ją dosyć często. Kogo obchodzą prawa człowieka, kiedy można nabić kabzę! Jeść trzeba, ale chyba są granice tego, kto wrzuca jedzenie na talerz i ile tego jedzenia jest.

Peggy jest zdecydowanie najgorsza, bo na plecach alternatywy (jej muzykę wydała np. wytwórnia Ninja Tune) wjechała do świata krwawych szejków i instagramowej próżni sponsoringu marek oraz fejkowego życia w luksusie. Ale wśród technobrosów też jest wesoło, weźmy takiego Bena Klocka, który niemal w każdym wywiadzie odmienia słowo „kultura” przez wszystkie przypadki. Rezydent Berghain i jemu podobni to wcielenie fake wokeness. Wciąż powtarzają banały o medytacji i zbalansowanym życiu, ale grają przez cały rok, często w jeden weekend przemierzając kilka kontynentów. Zresztą nie dajmy się zwieść czarnym koszulkom pana Klocka, on też lubi dyskretny urok burżuazji – w jednym z wywiadów powiedział, że przed setem najbardziej lubi kazać czekać na siebie kierowcom, bo bierze długi prysznic.

W tym wszystkim kuriozalną pozycję przyjmują klubowe media. Z jednej strony chętnie publikujące woke teksty o równości i ekologii, z drugiej prezentujące w pozytywnym świetle styl życia w ciągłej podróży. Mixmag chętnie pojeździł z Klockiem przez 10 dni po połowie lotnisk Europy, co nie przeszkodziło mu w publikacji tekstu o tym, jak festiwale i kluby popychają ekologiczną agendę.

Nie wątpię, że tekstów o ekologii będzie w klubowych mediach coraz więcej, ale jeśli przy okazji nie znikną teksty o szkodnikach w rodzaju Gou czy Klocka, nie będzie to miało zbyt wielkiego znaczenia.

Nadchodzi katastrofa klimatyczna, a jej apokaliptyczny przedsmak mamy okazję oglądać w Australii. W tym kontekście coraz częściej pada pytanie, co możemy zrobić dla amortyzowania jej skutków. Kultura klubowa może się w tym wymiarze wykazać, zwijając destrukcyjne tendencje swoich gwiazd i stawiając na mniejszą, bardziej lokalną skalę działań. Czy do dobrej zabawy naprawdę potrzebujemy moralnych zgniłków, którzy biorą pieniądze od zbrodniarzy albo gardzą ludźmi będącymi niżej na społecznej drabinie? Chyba nie. Peggy Gou sprzedawała koszulki z hasłem just gou it, proponuję rozpocząć kolekcję fuck gou. Żart podobny, ale przekaz bardziej światły.

WIĘCEJ