Faceci dziadują zamiast hulać, czyli o odbiorze debiutu Young Leosi

Opinii o epce jest sporo. Niestety, wiele z nich do bólu przewidywalnych.

Tradycja krytykowania muzyki młodych ludzi jest tak stara, jak sam opinotwórczy obieg medialny. Zmieniają się media, zmieniają się formy wyrażania opinii, ale pewne rzeczy – szczególnie jeśli mówimy o dźwiękach tworzonych przez kobiety i dziewczyny – zostają takie same. Smutno mi to pisać, bo myślałem, że pewne kategorie krytyczne w 2021 roku zostawiliśmy już za sobą, ale zapomniałem, że truskuloza to wciąż powszechna przypadłość w naszym kraju, podobnie jak wyniesione z PRL-u oczekiwania, że każda muzyka będzie spełniała jakąś funkcję narracyjną czy społeczną i mizoginia płynąca w żyłach tutejszych cis hetero samców. Przy okazji Hulanek, debiutanckiego wydawnictwa Young Leosi, wiele z tych archaicznych demonów obudziło się raz jeszcze. Uprzedzając fakty – mam nadzieję, że przy okazji mocno wyczekiwanego debiutu Oliwki Brazil nie będziemy powtarzać tego upiornego tanga!

W zasadzie to dość zabawne, że przy okazji praktycznie każdej nowej postaci w polskim rapie, której fullcap nie naciska na czaszkę, przed szereg wychodzi Marcin Flint i defekuje z dumą trzylatka. Rozumiem, że warto obrać sobie rolę w dyskusji i tak nadrabiać brak osobowości, czy ukrywać fakt, że tak naprawdę nic się do niej nie wnosi. Chłop wybrał sobie rolę boomerskiego gatekeepera, który od lat powtarza to nie jest hip-hop i jeszcze ktoś mu za to płaci. W sumie niezły deal. Założyłbym się o jakiś hajs przed wydaniem Hulanek, że pierwszym zipem, który w przewidywalny sposób skrytykuje epkę, będzie Flint, ale nikt by tego zakładu nie przyjął, bo to żadna niespodzianka. W recenzji na cgm, portalu, który od zawsze ma problematyczną politykę płciową, wali takim dziaderstwem, że TVP może dzwonić z propozycją.  […] co to za pomysł, żeby Leosia otwierała usta? Pierwszy probem w tym, że zawsze brzmi, jakby nie otwierała ich dostatecznie szeroko. Płytki, piskliwy, niepewny głosik stanowił do tej pory pierwsze kryterium odsiewu dziewczyn próbujących amatorsko swoich sił za mikrofonem. Po trzydziestu sekundach takie „artystki” się wyłączało. Chciałbym poznać to gremium, które odsiewa dziewczyny za mikrofonem i przyznaje tytuły prawdziwych artystek, ale mam niejasne przeczucia, że to faceci po czterdziestce, którzy lubią piwko i piłeczkę, jak Marcinek. To zatrzymywanie się na głosie Young Leosi to oldschoolowa mizoginia, na którą narzekają raperki już od lat dziewięćdziesiątych. Wiele z nich wprost powie, że uprzedzając taką krytykę starały się obniżać głos, często kosztem naturalności. Maciej Wernio w Noizzie również pisze o tym, że odpycha go wysoki ton głosu Leosi, szczęśliwie reflektując się, że podobnie nawija Westside Gunn z Griselda Records. Fun fact: ekipy, którą uwielbiam zarówno ja, jak i Flint, który rozdaje glejty na akceptację wysokości głosu. W podobne tony uderza Jarek Szubrycht w Wyborczej, ale do niego wrócimy za chwilę. Nie będę udawał, że Leosia jest najlepszą wokalistką świata, co więcej – mój największy problem z Hulankami leży w brzmieniu wokalu, ale to bardziej kwestia niezbyt korzystnej produkcji i współczesnych standardów obróbki głosu, nie tego, do jakiej biologicznej płci artystka została przypisana po urodzeniu. I można było artykułować te zarzuty tak, a nie odkręcać strumień seksistowskich argumentów.

Zatrzymajmy się jeszcze przy tych płciowych harcach, bo przy wgłębieniu się w recepcję Hulankach często czułem, że wsiadłem w maszynę czasu, a prezydentem znowu jest co najmniej Aleksander Kwaśniewski, a nie ten maliniak, co od obowiązków woli śmiganie na jet ski. O wyglądzie Leosi piszą m.in. Szubrycht (na razie ważniejsze jest to, jak wygląda, jak mówi, jak prowadzi pęczniejące stado swoich fanów – nie fanek! – przez social media, a nie to, jak brzmi jej muzyka), niejaki Hype na Rapowie (Warto wspomnieć o samej „urodzie” artystki, która również ma spory wpływ na zainteresowanie słuchaczy), czy creepy z Braku Kultury, które piszą o chętce zada na mordzie (BRO WTF?!). Jakiś czas temu wyszliśmy z mrocznych czasów, kiedy raperów oceniało się głównie przez ciężar biżuterii i ilość tatuaży na ryju, jak widać kobiety w hip-hopie muszą jeszcze poczekać jakąś dekadę, żeby doczekać się podobnie rozsądnego traktowania. Zresztą z samym patrzeniem na Leosię przez pryzmat kobiecego rapu mam naprawdę spory problem. Nawet nie chodzi o to, że to nie do końca rap, albo inaczej – nie tylko rap – ale taka płciowa segregacja zalatuje czasami, kiedy pompowano konflikt między Cardi i Nicki, bo przecież królowa może być tylko jedna. Flint od razu wlatuje z rekomendacjami, rzucając Wdową i Gonix (lol, czysty cringe kolego, serio), a nawet… Little Simz! Problem w tym, że dyskutujemy o czymś, co powinniśmy przeczekać, w czasie, gdy Little Simz nagrała jedną z najlepszych płyt w tym roku – aha, bo przecież tak działa świat, że kiedy mówimy o jednej muzyce, to cierpi na tym inna. W dawnych czasach hardcorowego gatekeepingu i kilku kanałów komunikacji na krzyż to może byłaby prawda (choć i tu bym się spierał), ale w 2021 to po prostu dziadek Simpson krzyczący na chmury. Szubrycht też czepia się tej Little Simz jakby to były porównywalne zjawiska. Zupełnie nie są, pod żadnym względem. Brytyjska artystka tworzy przekminiony, dość tradycyjny hip-hop (i rzeczywiście, jest w tym świetna), a Leosia to imprezowa muzyka o wyraźnie popowym charakterze i aspiracjach. Redaktor Wyborczej narzeka również na to, że niewiele się dowiedział o artystce i jej pokoleniu. Polemizowałbym z tym, a nawet dziwi mnie taka opinia spod palca kogoś, kto zazwyczaj rozumie to, że wnioski można wyciągać również z tego, czego w tekstach nie ma, czy nawet z samej atmosfery wokół płyty. Mówiąc szczerze, z Jarkiem się znamy i lubimy, łączy nas miłość do metalu, który potrafi być rozrywkowy i na bakier z jakimś pokoleniowym przekazem, więc jego tekst zaskoczył mnie tym bardziej. Dodam jeszcze, że z recenzjami Little Simz problemu raczej nie ma i płyta jest dyskutowana dość szeroko, więc te dziwaczne fantazje o złym pieniądzu wypierajacym dobrego są mocno przesadzone. Polecam za to tekst Piotra Szweda w Dwutygodniku, który rozsądnie patrzy na kobiecy rap w Polsce, dodatkowo nie pastwiąc się ani nad Leosią, ani nad Dziarmą, która przechodziła przez podobny pręgierz męskich opinii całkiem niedawno. Swoją drogą to dość znamienne, że przytaczam tu – zarówno jako pozytywne, jak i negatywne przykłady – teksty facetów. Krytyka muzyczna jest mocno zmaskulinizowanym zajęciem, z wielu powodów, które sprawiają, że piszące kobiety są w mniejszości. Boomerski seksizm, który tutaj naświetlam, jest jednym z nich i codziennie płaczę nad wszystkimi Martami Słomkami i Andżelikami Kaczorowskimi, które straciliśmy po drodze. Ich głos o Hulankach byłby wart więcej, niż cokolwiek, co napisałem ja, czy inne gagatki cytowane wcześniej.

W tym męskim odbiorze Hulanek gubi się to, co zostało wyrażone w „Stonerkach”, jednym z lepszych kawałków z epki. Leosia rezonuje z publicznością, ale dostarcza i nazywa te doświadczenia, które miały do tej pory głównie męski język opisu. Didżejki, raperki, stonerki – właśnie! Widzę to po swoim otoczeniu, widzę po milenialkach i zetkach: Leosi słuchają dziewczyny i kobiety w różnym wieku, z różnego backgroundu społecznego i kulturowego. Ogromna część kulturowego i społecznego dyskursu jest zdominowana przez męski język, męskie wzorce. Nawet coś tak banalnego, jak jaranie trawki. Tej wartości Hulanek odebrać nie można. I nie, nie jest to próba podłączania się na siłę do młodzieżowej mody, o czym pisze Filnt w swojej nieszczęsnej recenzji, przytaczając mema z hello, fellow kids (swoją drogą, podejrzewam, że tak odczyta i mój tekst, na zdrowie!). Może starszym kolegom trudno w to uwierzyć, ale nową muzykę da się lubić z różnych względów, nie tylko wtedy, kiedy przechodzi testy na prawdziwy artyzm. Dla mnie Hulanki to pop rap o klubowym zabarwieniu, który jest świetną odskocznią od piekła rzeczywistości. Zresztą, utwory z epki słyszałem również w kilku różnych klubach i to też – a może nawet głónie – jest ich naturalne środowisko. Pewne aspekty wydawnictwa są wyprodukowane lepiej, inne gorzej, ale mamy do czynienia z muzyką lekką i rozrywkową, do tego tworzoną relatywnie niezależnie (mimo wsparcia sporych marek). Żabson od lat – i co warto podkreślić, z klasą i bez paternalizmu – wspierał swoją didżejkę i ciężka praca całego teamu Internaziomali przyniosła owoce. Jej ksywką jara się cała Polska. Całkiem nieźle, jak na tak hejtowany debiut.      

WIĘCEJ