Dwie polskie płyty z różnych biegunów muzycznej mgiełki.

Czym jest ambient? To pytanie z każdym kolejnym rokiem ma coraz mniej sensu, co zresztą jest też przypadłością wielu innych gatunków. Ale elementy tego, co zwyczajowo uważamy za ambient, przeniknęły do wielu innych stylistyk, głównie dzięki ewolucji technik produkcyjnych. Inna kwestia to oczywiście ta gatunkowa płynność nowoczesnej muzyki i to, że w wielu przypadkach lepiej sprawdzają się duże, parasolowe kategorie, niż bardzo ścisłe zbitki słów, które dość szybko się kompromitują (jak np. witch house). Słuchając dwóch płyt, które lekko umknęły w natłoku tegorocznych wydawnictw, czuję potrzebę uruchomienia takiego parasola. Mimo, że sprawa dotyczy dwóch zupełnie różnych projektów. Na polskie płyty roku przyjdzie jeszcze czas, tym razem porządki wczesnozimowe.

Zacznijmy od propozycji lżejszej, uroczej i o wiele bardziej wymykającej się kategoryzacji. Wrocławski duet Wicker DUCK ciężko określić ambientem, ale jego elementy są tu mocno obecne. To w zasadzie taki ambient-pop, eksperymentalny, schowany pod mgłą unoszącą się nad jeziorem w letni poranek. Maja Kozłowska (nagrywająca również jako Mahjong) i Bieniamin Łasiewicki (który gra w jazzowej rewelacji Sneaky Jesus) na Bits And Pieces stworzyli bardzo zapraszające uniwersum, zbudowane z delikatnych pasaży wokalnych, intrygujących instrumentacji i niesamowitej atmosfery. Podejrzewam, że słuchanie tego mini albumu z kasety – bo na niej również został wydany – tylko doda wrażeń. Gdyby zabrać wokale, mielibyśmy do czynienia z bardzo otwartym ambientem w rodzaju Zaumne, a tak dostajemy piosenkową warstwę, która prowadzi duet na bardzo odświeżające tereny. Przy czym ten eksperyment łatwo ogarnąć umysłem i dać się mu uwieść. Niespodziewane brzmienia, przełamania formy, rozmycie kompozycji – na Bits And Pieces nietrudno o miłe zaskoczenia. Krótki czas trwania materiału sprzyja powrotom i odkrywaniu detali. Jeśli miałbym się do czegoś tu przyczepić, to w zasadzie niepotrzebna angielszczyzna. Rozumiem, że pisanie tekstów po polsku to trudna sprawa – nasz język ma ograniczoną giętkość (powiedzonka kłamią jbc) i jest wyjątkowo niewdzięcznym materiałem do pracy poza krainą rapu i poezj śpiewanej. Ale to mała wada przy wyjątkowo uroczej i udanej całości. Czekam na więcej!

GAAP KVLT, Botanica, MCQ – a to i tak nie wszystkie pseudonimy pewnego utalentowanego ziomka, który niedawno wydał album właśnie pod tym pierwszym szyldem. Tutaj mamy do czynienia z ambientem o ciemniejszym zabarwieniu, z elementami industrialu i mocno eksperymentalnym zacięciu. Displaced Pilgrims to płyta dedykowana osobom w kryzysie uchodźczym (zresztą cały dochód z jej sprzedaży idzie do Fundacji Ocalenie), mroczna i niepokojąca. GAAP KVLT sięga po ambient techno (jak w „11:07 AM”), noise („9:22 AM”), czy odrobinę przystępniejszy ambient („3:23 PM”), żeby oddać grozę i niepewność, jakie towarzyszą migracji podjętej pod przymusem. Nie jest to album, który można sobie odpalić do wieczornej książki przy kominku – to nie ambient takiego rodzaju. Oczywiście, na myśl przychodzi duchowy patron GAAP KVLT, czyli Lustmord, ale nawet u niego bardzo często mamy do czynienia z pewnego rodzaju zapośredniczeniem doświadczenia. Muzyka polskiego producenta jest eteryczna, ale osobista, wręcz namacalna w swojej bliskości. Tytuły kierują na ślad wędrówki lub oczekiwania – czasami w trudnych sytuacjach jedynym pewnikiem jest upływ czasu (albo jego koszmarny zastój). Displaced Pilgrims, przez swój pozamuzyczny kontekst, niezręcznie oceniać pod kątem np. produkcji, ale i tutaj jest co chwalić. Drony są odpowiednio przestrzenne i angażujące, a doły czasami wręcz monstrualne. O ile lżejszego ambientu jest w Polsce trochę (chociaż też bez przesady), tak te ciężkie i mroczne terytoria są eksplorowane zdecydowanie za rzadko. GAAP KVLT wypełnia tę lukę z charakterem, do tego w słusznej sprawie. Nie można chcieć więcej.    

WIĘCEJ