Wojownicy klawiatury ciągle w miejscu.

Stopień mentalnej betonozy, jaki dotyka część rapowej publiczności, jest naprawdę przerażający. Sporo odpowiedzialności za taki stan rzeczy spada również na samą branżę: kiedy przyzwyczajasz publiczność, że muzyka płynie wzdłuż kreski, wszelkie wykroczenia poza określony model są karane. Forma tej kary to już bardziej efekt obecnego poziomu wypowiedzi w mediach społecznościowych, czyli toksyczna mieszanka mizoginii, ignorancji i prześcigania się w wyścigach na najbardziej zgniły komentarz. Pomysł wypuszczenia nowego singla Doroty Masłowskiej, „Motyle”, który promuje świeży sublabel SBM – SBM A – jest interesujący. To również ciekawy pomost między dwoma podmiotami, które mocno wpłynęły na polszczyznę. Masłowska świętuje dwadzieścia lat od wydania Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną, a SBM trzęsię rodzimym rapem, który co rusz dostarcza nowych wytrychów do językowego mechanizmu. Jasne, to kolejna prowokacyjna akcja promocyjna wytwórni, ale myślę, że również szczery ukłon Solara i Białasa w stronę zasłużonej autorki i pewnego rodzaju symboliczny gest na wspólnym gruncie. Cechą późnej ponowoczesności jest neutralizacja opozycji komercja – szczerość i „Motyle” wpisują się w to doskonale. Sam utwór trafia do mnie o wiele bardziej, niż poprzednie muzyczne próby Masłowskiej – starcie apokaliptycznego bitu z nerwowym spoken wordem artystki nie jest może wstrząsającym doznaniem, ale jestem daleki od określania go asłuchalnym.

W przeciwieństwie do sporej części bazowej publiki SBM. Ta asłuchalność to w zasadzie najlżejszy zarzut wobec utworu, który podnoszą komentarze. Przepraszam, utworu? Nie, nie, wojownicy klawiatury zaatakowali samą Masłowską. Nie chcę przytaczać tu katalogu mizgonistycznych kulek gnoju, fat shamingu, ageizmu i wszelkich innych zbutwiałych izmów, zasilających sekcję komentarzy pod teledyskiem. Powiedzieć, że „Motyle” nie przyjęły się pośród komentujących, to jakby powiedzieć, że polska policja zachowywała się naprawdę godnie w trakcie Strajku Kobiet. Artystkę w obronę wzięła Agnieszka Szydłowska, Bartek Chaciński i wielu innych. Young Multi zrobił facepalma na streamie i powiedział, że pisarka jest laureatką nagrody najki, co jest na pewno plusem tej sytuacji. Szydłowska napisała nawet: Jednym, krótkim utworem Masłowska obnażyła konserwę mentalną, która mam wrażenie, zatacza coraz większe kręgi. Ileż razy sama pokładałam nadzieję w „młodych”, którzy zmienią ten świat. Uwaga – dzisiaj zrozumiałam, że ta zmiana może nie iść po mojej myśli. Ku pamięci! Podzielam oburzenie, ale nie posuwałbym się do tak radykalnych stwierdzeń – na napisanie komentarza zdobywają się w dużej części dzbany, dla których to najjaśniejszy punkt dnia, generalizowanie całego pokolenia na tej podstawie to prosta droga do mizantropii. Sama Masłowska do sprawy odniosła się w lekki i zabawny sposób, pokazując klasę, której ewidentnie brakuje klepiącym bzdury pod klipem. 

Poza typową samczą jechanką (łącznie z tradycyjnym zarzucaniem kariery przez łóżko, co jest odrażające, ale też wybitnie XD w kontekście bogatego dorobku pisarki), w oczy rzuciło mi się jedno. Hip-hop jest popularny, oczywiście, ale pochodną tej popularności są klapki na uszach publiki. Dzika reakcja na „Motyle” to również reakcja obronna na nieznane, nietypowe i inne od generycznych pobrzdękiwań z kolejnych SBM starterów. Nawet w obrębie rapu ciężko przebić się z czymś, co poszerza ten gatunek. Najwyraźniej kuleje również sztuka czytania ze zrozumieniem – Masłowska nie zastąpi Maty jako twarz wytwórni, a jest pierwszym nabytkiem nowej inicjatywy wydawniczej, która ewidentnie będzie sięgać poza rap. Hip-hop ma sporą i zdyscyplinowaną publiczność, ale czy z otwartymi głowami? Niekoniecznie. Oczywiście, to nie tylko przypadłość tej części muzycznego świata. Zjednoczone siły braku edukacji muzycznej, słabości mediów i kapitalistycznego tornada konformizmu dbają o niski kapitał kulturowy wśród potencjalnych odbiorców ciekawszych brzmień. Nie da się ukryć, że najgłośniejszy odłamek rapowej publiczności bywa wyjątkowo zaciekły w swojej ortodoksji. Zabawna ironia w tym konkretnym przypadku jest taka, że związki pisarki z hip-hopem są głębsze i starsze, niż mogłoby się wydawać. I nie mam tu na myśli tylko Pawia królowej, ale także organiczną więź ze światem prawilniactwa, która towarzyszy artystce od samego początku. 

Dorota Masłowska w poście odpowiadającym na wybicie szamba zachowuje trzeźwą perspektywę i mam nadzieję, że to odzwierciedla rzeczywisty stan jej ducha. Bardzo łatwo załamać się pod naporem hejterskiej ofensywy, ale w tym wypadku trafiło na weterankę. Pisarka wspomina negatywny odbiór, z jakim spotkała się przy okazji Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną i wskazuje na to, jak bliźniaczo podobne obelgi rzucano pod jej adresem dwie dekady temu. Mizoginia wciąż ma się doskonale, rozkraczona na tronie zbudowanym na prymitywnej niechęci do kobiet, a szczególnie nieufności wobec kobiet sukcesu (które na pewno są, gdzie są, bo użyły swojej najbardziej niebezpiecznej broni – ciała!). Tymczasem w branży rozrywkowej ten sukces to często efekt wysiłku wielokrotnie cięższego, niż u facetów. W przypadku rozbestwionej publiki SBM-u nie pomaga również fakt, że w katalogu wytwórni kobiet jak na lekarstwo (a Kara w ramach startera to żaden argument). W tym kontekście traktowanie Masłowskiej jak ekscentrycznej intruzki dziwi trochę mniej, aczkolwiek warto pochwalić SBM za wciągnięcie jej w nowy sublabel. Na pewno hejt był czynnikiem wliczonym w przedsięwzięcie (a nawet mam nieśmiałe podejrzenia, że liczono na to, że podbije wyświetlenia, co się sprawdziło), ale mimo wszystko jego kształt jest dość szokujący. W tym miejscu warto się zastanowić, czy brak moderacji komentarzy to dobra strategia – jeśli ktoś przez lata mógł bezkarnie ziać nienawiścią znad klawiatury, to nic dziwnego, że eskalacja będzie postępować. Ktoś powie, że moderowanie przy takim zaangażowaniu to mrzonka, ale hej – na biednych nie trafiło. Za mizoginię w internecie w równym stopniu odpowiadają użytkownicy, jak i ci, którzy na nią pozwalają. Kasowanie komentarzy to zmniejszanie zaangażowania i wejście na wojenną ścieżkę z algorytmem. A w czasach, w których walutą są wyświetlenia i zaangażowanie – niezależnie od tego, czy to wynika z hejtu, czy uwielbienia – moderacja jest po prostu nie na rękę. Fajnie, jakby SBM trochę ogarnęło swój fanbase, ale lata siedzenia w ciepłym kisielu samozadowolenia zrobiły z polskiego rapu zombiaka idącego po hajs na autopilocie. Że ktoś po drodze straci mózg? Trudno, rynek zweryfikował, liczymy kwit i jedziemy dalej.

WIĘCEJ