„Donda” Kanyego Westa: długo wyczekiwane opus magnum czy festiwal kiczu?

Jesus is king, ale chyba nie dla każdego.

Czuję się dziwnie, czy może niepewnie, recenzując Dondę. Niewykluczone, że wersja płyty, z którą będziecie obcować, różni się od tej, której słuchałem w dzień premiery (i dzień po). Co więcej, ta wersja recenzji jest inną, niż ta, którą czytały osoby czytające ją zaraz po publikacji. Tak jest z tymi płytami i jej odbiorem – konteksty i emocje napierają z każdej strony. Kanye lubi grzebać przy swoich albumach w nieskończoność, czego największą ofiarą był Life of Pablo. Zresztą zarówno ten krążek, jak i Jesus Is King były niedokończone, niedopracowane, rozkołotane na wszystkie strony. Donda to zupełnie inna sprawa. To monumentalny, dopracowany, interesujący i problematyczny album. Nie wszystko tu działa, a rozmiar płyty jest onieśmielający, podejrzewam też, że nie każdemu spodobają się stylistyczne wybory Kanyego, a już na pewno przekaz, rodem z niedzieli w kościółku skąpanym słońcem. Ale mnie kupił. Donda nie jest podsumowaniem jakiegoś etapu, nie wyznacza też nowych trendów, co przecież działo się na wielu poprzednich płytach artysty, z Yeezusem na czele. To emanacja bardzo autorskiej wizji muzyki popularnej, gospelowego hip-hopu okopanego w najnowszych trendach brzmieniowych, z plejadą gości, którzy dali z siebie wszystko. Bardzo się cieszę, że można odpuścić Kanyemu psychoanalizę dzieła (co i tak będziemy pewnie obserwować w recenzjach i artykułach) i położyć nacisk na muzykę. A jest na co, chociaż sam Kanye sprawy nie ułatwia. 

Od razu powiem – lubię dużą, przesadzoną muzykę. Epicko zaaranżowaną, nawet kiczowatą. To jest pewien warunek, który trzeba spełniać, żeby rezonować z Dondą w pełni. Są tu chóry, wszechobecne organy (doskonale brzmiące, co warto docenić) i imponująca lista nazwisk współczesnej muzyki. Bity zmieniają się często, są momenty eksperymentu i przystępności, house’owe bity i drillowe wycieczki. Wszystko w patosie na skrzyżowaniu Lichenia, festiwalu Rolling Loud i Birmingham (tego w Alabamie, nie w Anglii). Co ciekawe – i może dałem się omamić Kanyemu jak dziecko, któremu machają kluczami przed nosem – to wszystko działa. Emocjonalny ładunek nie gubi się w tej kombinatoryce i złożonych aranżacjach. Ye ma sporo miłosnych słów do matki, ale także dla Kim Kardashian i przede wszystkim, Jezusa. Ze wszystkich sił stara się nas przekonać, że jest nowym człowiekiem i kamieniem węgielnym tej budowli jest wiara. Nie mnie oceniać, czy tak jest w rzeczywistości, ostatnie wybryki artysty w mediach społecznościowych temu przeczą. Dosłownie w dzień wypuszczenia tej płyty naskoczył na wytwórnię, że zrobiła to bez jego wiedzy, czemu ta zaprzecza. Zresztą gdyby tak zrobiła, to może postarałaby się o lepszą okładkę, bo ten czarny kwadrat to żaden Malewicz. Na płycie znajdziemy też strzały w Drake’a (szczególnie ten wers o mob ties), ale umówmy się – akurat ten lamus na to zasłużył, podgrzewając atmosferę wersem na pycie Trippiego Redda (swoją drogą naprawdę dobrej). Pod względem treści, łatwo zostać przez Dondę przytłoczonym, łatwo się też z nią nie zgadzać. Dochodzi do kilku niesmacznych momentów, przede wszystkim „Jail Pt. 2”, w którym DaBaby próbuje zrobić z siebie ofiarę. Ustawia sytuację swojego cancelowania tak: powiedziałem coś, co się nie spodobało, wyrzucili mnie jak śmiecia, który ich nie obchodzi. Nie, nie, nie. Raper rzucił ze sceny haniebną wiązankę krzywdzących stereotypów, potem trwał przy niej, dopóki nie zaczął tracić hajsu. No ale Kanye, który zawsze cierpiał na chrystusowy kompleks niesłusznie skazanego, poczuł empatię i dał platformę DaBaby’emu. Ten utwór znajduje się w końcówce płyty, który już trochę męczy, bo znajdują się na niej drugie części kilku wcześniejszych numerów. To raczej dowód na to, że Kanyemu proces ograniczania płyty do optymalnej formy szedł ciężko, aniżeli część jakiejś większej koncepcji. Zresztą historii o gościach jest więcej – Soulja Boy się zjeżył, ze został wycięty, a przy płycie pracowały przez chwilę nawet takie osoby, jak MikeQ. I wygląda to słabo, kiedy ikona społeczności LGBTQ+ spada, a homofob zostaje. Czy kiedy w kontekście albumu pojawia się przemocowiec Marylin Manson – co prawda w wersji, której słuchałem, nie było jego wokali (albo ich nie dosłyszałem – na tej płycie dzieje się spooooro), ale writing credits już tak. Szkoda, że w imię marnej prowokacji Kanye rzuca przychylne światło na parszywców tego świata. 

I tak, jak pod względem treści Donda rozjeżdża się ze mną zupełnie, tak pod względem muzycznym to absolutna uczta obfitości. Goście – nie tylko wokaliści i wokalistki R&B – mają często niesamowicie zaaranżowane partie wokalne, doharmonizowane i pełne detali. Elementy gospel wszyte są w większość utworów na płycie i działają kapitalnie. Tak powinien brzmieć Jesus Is King, gdyby nie był, hm, nieskończonym szkicem wypuszczonym na prędce. Drillowy „Off the Grid” to popis zarówno Fivio Foreigna, jak i Playboi Cartiego, którego jest na tej płycie zaskakująco dużo. Young Thug wjechał jak chłopiec z chóru freaków, The Weeknd dodał melancholii… Można wymieniać długo, bo i lista ludzi, z którymi Kanye tu pracował, jest długa – dotyczy to również kapitalnej produkcji. Oprócz DaBaby’ego sporym zawodem jest Jay-Z, który zupełnie nie odnalazł się na oszczędnym podkładzie i duka sobie coś tam pod nosem. Conway też mógłby nawinąć więcej, ale historia o tym, jak lekarze mówili mu, że nie będzie chodził, a on wstał i pobiegł, trafia w serducho nawet i w tej lakonicznej formie. Donda próbuje te wszystkie elementy ułożyć w sensowną całość i zrozumiem, jeśli ktoś stwierdzi, że to się nie powiodło. Ale według mnie Kanye po raz pierwszy od Yeezusa obmyślił sobie potężny, ambitny projekt i zapanował nad swoją wizją. Płyty nagrane podczas tzw. sesji w Wyoming są dobre, czy nawet wybitne, ale to były króciutkie strzały, niespełna 20 minut bangerów i do domu. Donda trwa minut 109, co w kontekście dzisiejszej kultury singli i playlist jest wymagającą propozycją. Poza lekko redundantną końcówką, inwestycja czasowa spłaca się z nawiązką. O ile przymkniecie oko na fajnochrześcijańską propagandę, pod którą mógłby podpisać się Szymon Hołownia, gdyby tylko słuchał dobrej muzyki. Podejrzewam, że słucha Michaela Bublé, ale to temat na inny dzień.  

WIĘCEJ