Dlaczego bohaterowie ekranizacji komiksów mają inną płeć lub rasę? I co to właściwie zmienia?

Decyzje castingowe w wielkich hollywoodzkich produkcjach oraz adaptacjach innych dzieł kultury to temat, który od dekad nieprzerwanie podwyższa ciśnienie legionów fanów gotowych bronić wizerunku bohaterów, z którymi się zżyli.

 

Często obawy i bicie piany okazują się bezpodstawne. Tak było chociażby w przypadku Heatha Ledgera, którego obsadzenie w roli Jokera w Mrocznym rycerzu sprawiło, że fani wątpili, czy film w ogóle będzie dobry. Australijczyk zdefiniował jednak rolę najzacieklejszego wroga Batmana na nowo, a za kreację dostał pośmiertnie Oscara dla najlepszego aktora w roli drugoplanowej.

Czasami wątpliwości odnośnie do kompetencji danej aktorki czy aktora do roli nie są motywowane niezbyt pozytywną oceną umiejętności aktorskich. Często w grę wchodzi po prostu wygląd, a przede wszystkim rasa danej osoby. Wyjątkowo zaś często pod ostrzałem znajdują się z tego powodu czarnoskóre aktorki i aktorzy. Wielbiciele komiksów Marvela wyśmiewali zaangażowanie Jamiego Foxxa do roli Electro w Niesamowitym Spider-Manie 2, Tessy Thomspon jako Valkyrie w Thorze: Ragnarok czy Michaela B. Jordana jako Johnny’ego Storma w Fantastycznej czwórce. Na polskim podwórku koronnym przykładem jest też sprzeciw, który wywołało obsadzenie mającej indyjskie korzenie Anyi Chalotry w roli dotychczas w stu procentach słowiańskiej (nie licząc fioletowych oczu) Yennefer w Wiedźminie produkcji Netflixa. Ukochani przez swoich wyznawców bohaterowie nie powinni też zmieniać płci. Plotki o kobiecie w roli agenta 007 sprawiły, że internet implodował.

O co w zasadzie chodzi? Jak interpretować tak negatywne reakcje? Łatwo zrzucić to na rasistowskie i szowinistyczne nastroje. I z całą pewnością jakaś część komentujących je wykazuje. Łatwiej identyfikować się z tymi, którzy od adaptacji ulubionych dzieł oczekują przełożenia wyobrażeń czy wizualnych rozwiązań, do których zdążyli się przyzwyczaić.

Nie oznacza to jednak, że reżyserzy i producenci muszą realizować właśnie taką wizję. Często pomijanym problemem w odbiorze ekranizacji komiksów jest wiek oryginału. Powoływani do życia w latach 30. czy 40. superbohaterowie przychodzili na świat, który zwyczajnie wyglądał zupełnie inaczej. Był fantazją kreowaną niemal wyłącznie przez białych heteroseksualnych mężczyzn dla (niekoniecznie) młodszych białych heteroseksualnych mężczyzn. Kilkadziesiąt lat to wystarczająco dużo, by te układy się zmieniły, a społeczeństwa w Stanach i Europie mocno zdywersyfikowały w wielu aspektach. Multikulturalizm, walka z seksizmem oraz coraz większa otwartość w rozmowie o seksualności uzupełniły społeczny krajobraz herosów, którzy kiedyś martwili się głównie zimną wojną. Miast, które widzimy na panelach pierwszych „Supermanów”, już zwyczajnie nie ma. Twórcy komiksów i ich ekranizacji mają więc pełne prawo, by uaktualniać dane realia i zbliżać przedstawiane uniwersa do tego, w którym my żyjemy.

Motywacji jest jednak więcej. Nie jest tajemnicą, że Hollywood, jak wiele innych artystycznych enklaw na świecie, jest statystycznie dużo bardziej liberalne światopoglądowo niż reszta populacji. Wprowadzanie reprezentantów ras innych niż kaukaska, dążenie do parytetu płciowego (o tym więcej później) czy kreowanie postaci nieheteronormatywnych to także część czegoś, co można nazwać projektem ideowym – kreacją świata, w którym powierzchowne podziały po prostu są mało ważne. Świat fantastyki nadal jest przede wszystkim biały i męski. Dlaczego jednak Idris Elba według wielu osób nie może zagrać nordyckiego boga Heimdalla w Thorze, kiedy wszyscy wokół niego strzelają piorunami z rąk i mogą latać?

Komiksy, seriale i animacje nie są też już w bańce. Jako ogólnoświatowy fenomen są konsumowane przez ludzi niezależnie od koloru skóry. Reprezentacja głównych bohaterów tego samego pochodzenia etnicznego to zwrot właśnie w ich kierunku i – nie oszukujmy się – potencjalne zyski. Filmy są produktami, których sukces nadal w większości jest mierzony liczbą ludzi, którzy zdecydują się zobaczyć je w kinie. Nie ma jednak nic złego w obniżaniu, nadal wysoko ustawionego, progu inkluzywności.

Na drugim końcu tego spektrum mamy natomiast przedziwne zjawisko, jakim jest whitewashing. Proceder obsadzania białych aktorów w rolach bohaterów innej rasy. Głośnym przypadkiem z ostatnich lat była rola Scarlett Johansson w ekranizacji Ghost in the Shell. Japońskiej animacji w aktorskiej wersji zabrano niemal cały orientalny charakter za sprawą białej obsady. Grana przez Johansson postać o nazwisku Kusanagi wydawała się w tym kontekście parodią. Jeszcze bardziej absurdalnym przypadkiem była adaptacja kultowego Dragon Ball z 2009 roku. W tej zupełnie poronionej próbie zmierzenia się z fenomenem mangi Akiry Toriyamy wszystkie najważniejsze postaci także, wbrew oryginalnemu zamierzeniu, były białe. Zapewne by przyciągnąć możliwie najwięcej widzów w Stanach i Europie. Całkowicie japońska obsada wpłynęłaby prawdopodobnie na zainteresowanie filmem w białych – w większości – społecznościach. Warto zwrócić też uwagę, że filmy, w których dochodzi do whitewashingu na dużą skalę, zwykle nie są zbyt udane. Zarówno Ghost in the Shell, jak i Dragon Ball: Evolution były finansowymi klapami i zostały zjedzone przez krytyków. Każda tak głośna sprawa przyczynia się za to do walki z tym zjawiskiem. Jako przykład posłużyć może zapowiedziany niedawno oficjalnie przez Marvela Shang Lee and the Legend of the Ten Rings, w którym w komiksowego superbohatera azjatyckiego pochodzenia wcieli się urodzony w Chinach Simu Liu. Reszta obsady potencjalnego blockbustera także ma zachować oryginalne pochodzenie etniczne.

Mamy więc oburzenie zastępów mniej lub bardziej anonimowych maniaków komiksów i innych mediów oraz program realizowany przez duże studia producenckie. Jak zaś w praktyce wygląda zwiększanie różnorodności obsad oraz ekip filmowych? Statystyki pokazują, że nadal zmienia się niewiele. Kompleksowe badania przeprowadzone w zeszłym roku na Uniwersytecie Południowej Kalifornii wzięły pod lupę 100 najbardziej kasowych produkcji z każdego roku od 2007 do 2017. Łącznie 1,1 tys. filmów zanalizowano pod kątem występowania w nich bohaterów reprezentujących różne płcie, rasy, orientacje seksualne lub niepełnosprawności.

W filmach z samego 2017 roku przyjrzano się 4454 postaciom, które wypowiedziały przynajmniej jedną kwestię. Kobiety stanowiły tylko 31,8% z nich. To żaden progres w perspektywie całej dekady, a nawet spadek o jeden punkt procentowy w stosunku do roku 2008 oraz 2009.

Zaledwie w 4 ze 100 produkcji kobiety rasy innej niż kaukaska grały główną lub jedną z głównych ról. Dodatkowo wszystkie 4 były mieszanego pochodzenia.

W wypadku orientacji seksualnej sprawa ma się jeszcze gorzej. Jedynie 0,7% ze wszystkich postaci w 2017 było jawnie nieheteroseksualnych. Ponad 50% z nich stanowili homoseksualni mężczyźni. Z kolei ostatnia transseksualna osoba pojawiła się na ekranie do czasu badania w 2015 roku. Reprezentacja osób niepełnosprawnych w kinie utrzymuje się z kolei na stałym poziomie ok. 2,5%. W większości sprowadza się do osób ograniczonych fizycznie (61,6%). Niewidzialność w Hollywood jest tu wyjątkowo dotkliwa. Szacuje się, że ponad 18% populacji Stanów Zjednoczonych zmaga się z jakimś rodzajem niepełnosprawności.

Podane liczby bledną, gdy zajrzymy za kulisy tego przemysłu. Zaledwie 7,3% ze 100 najchętniej oglądanych filmów 2017 roku wyreżyserowały kobiety. Gdy weźmiemy pod uwagę także scenarzystki i producentki, ich liczba wzrasta do niewiele ponad 18%. Omawiany tutaj rok był jednak momentem przełomu – ruchy MeToo oraz Time’s Up skutecznie rozpoczęły debatę o tym zdominowanym przez korzystających ze swojej władzy mężczyzn środowisku. Frances McDormand, odbierając Oscara za najlepszą żeńską rolę pierwszoplanową za Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri, sprawiła, że pojęcie inclusion rider, zapisów w kontraktach zapewniających udział w produkcji filmów przedstawicielom grup marginalizowanych w show-biznesie, stało się jednym z najczęściej googlowanych po tej ceremonii rozdania nagród Akademii. Prace nad wypracowaniem odpowiednich parytetów trwają – jedna z nich zakładała proporcje 50:50 w udziale aktorek i aktorów w wielkich produkcjach do 2020 roku. Ten postulat nie wydaje się w tej chwili możliwy do wykonania. Kropla jednak drąży skałę. Powinna.

Co w zasadzie wynika z zestawienia kontrowersji z przygnębiającymi danymi z ostatnich akapitów? Wszelkie, pozornie kontrowersyjne, decyzje castingowe przez bardziej konserwatywnych odbiorców traktowane są jako kaprysy i propaganda „zepsutego, lewackiego Hollywood”. Okazuje się jednak, że w dużej skali są one statystyczną anomalią. Ostatnie dwa lata były wyjątkowo rozgrzane debatą dotyczącą reprezentacji w kinie. Bezapelacyjne sukcesy finansowe Bajecznie bogatych Azjatów czy Czarnej pantery pokazują, że jest rynek na produkcje, w których pierwszych skrzypiec nie grają biali aktorzy. Cykle produkcyjne blockbusterów są na tyle długie, że wiele filmów, które kontynuowałyby tę tendencje, jeszcze się nie ukazało. Potencjalne zmiany będą więc zachodzić bardzo powoli. Dobrze jednak, że przynajmniej już realnie pojawiły się na horyzoncie.

WIĘCEJ