DEERSKIN: ten wariacki film o… skórzanej kurtce z osobowością wkręca bez wspomagaczy

Lubię dystrybutora filmu Deerskin za zachowanie oryginalnego tytułu. Kiedy wypowiadam go na głos, wychodzi z tego dear skin: skóra droga, kochana, bliska. Bo i o skórze – cudzej, a jednak własnej – opowiada najnowszy film Quentina Dupieux.

Jako artysta Dupieux to osobne, pokręcone uniwersum. Piszę ten tekst w rytm Flat Beat, stworzonego przez niego już dwie dekady temu elektronicznego kawałka. Prosty, syntetyczny beat i charakterystyczny teledysk z niejakim Flat Erikiem w roli głównej dały Mr. Oizo – tak nazywa się muzyczne alter ego Dupieux – wielki hit na całym świecie.  Klip, w którym żółta maskotka gibie się w rytm pulsującego kawałka, do dziś wydaje się świeży. Jest w nim wszystko, co definiuje wizję autora – genialne wykorzystanie prostej koncepcji, mocna postać, wizja, podlane gęstym sosem absurdu. Dziś Mr. Oizo (od francuskiego oiseau, ptak) ma na koncie kilka płyt i wciąż z sukcesami rozwija karierę DJ-a i producenta.

Fani kina znają Dupieux lepiej z ekscentrycznych, balansujących na granicy kina offowego produkcji. Francuz jest królem absurdu, urzeczywistniającym na ekranie koncepcje pozornie nierealizowalne. Mordercza opona śledziła podróż tytułowego krwiożerczego obiektu, który na dodatek dysponował magicznymi mocami. Wrong w centrum opowieści stawiało zaginionego psa, a Reality podgryzało ironicznie branżę filmową, wszystko w mocno horrorowej konwencji. To kino jest w stanie uczynić bohatera z każdego, nawet najzwyczajniejszego przedmiotu. Prosty, często wręcz gagowy początek zaraz przemienia się w kłącze osobnych mikrohistoryjek i wątków. Surrealizm spotyka się tu z czułością i empatią. Ta zaskakująca wielokształtność to jeden ze znaków rozpoznawczych cudownie wariackiego dorobku Dupieux.

Georges’a, głównego bohatera Deerskin, poznajemy na samym początku. Jedzie sam przez francuską prowincję. Cel? Kupić znalezioną przez ogłoszenie wymarzoną kurtkę. Cacko, jak zapewnia sprzedający, jest made in Italy, noszone tylko raz, zrobione z wysokogatunkowej skóry daniela. George jest niemalże w spazmach, tak bardzo pożąda kusego, ozdobionego frędzlami wdzianka. Absurdalnie drogi przedmiot szybko zaczyna rządzić życiem nabywcy. Kurtka jest jak wymagająca kochanka – potrzebuje stylowego towarzystwa. Najpierw do „zabójczej”, jak profetycznie określa to Georges, stylizacji dołącza kapelusz, potem spodnie, wreszcie rękawiczki. Z czasem kurtka robi się zaborcza. „Nie będziesz miał innych kurtek przede mną”, sączy jak mantrę w ucho swojego modela – bo właścicielem kurtki Georges’a nazwać nie sposób.

Opętany żądzą mięciutkiego zamszu mężczyzna najpierw pod pretekstem kręcenia filmu prosi kolejnych kurtkonoszy o rezygnację z tej części odzienia. W międzyczasie poznaje Denise, barmankę z hotelu, w którym się zatrzymał. Za pobyt Georges płaci, zastawiając obrączkę, po tym jak zdruzgotana wielką wypłatą z bankomatu była żona zablokowała wspólne konto (obrączka ta powróci w pewnej znaczącej i bardzo gore’owej scenie). Nowa koleżanka najpierw pomaga mu jako montażystka, ale obsesja mężczyzny szybko jej się udziela. Siły przyciągania kurtki z daniela nie sposób lekceważyć… Metoda łagodnej prośby to już za mało. Kurtka ma być jedyną kurtką, a Georges jedynym noszącym kurtkę nie jutro, nie za tydzień, ale już, zaraz, teraz! Dla tak zabójczego ciucha warto nawet zabić.

Pod sam koniec grudnia na polskie ekrany trafił Oficer i szpieg Romana Polańskiego. Główną rolę pułkownika Georges’a Picquarta gra w nim Jean Dujardin, który u Dupieux wciela się w Georges’a. Z kolei filmowa Denise, czyli Adèle Haenel, kilka miesięcy temu zachwycała w doskonałym Portrecie kobiety w ogniu. Rzadka okazja, by zbudować punkt odniesienia, zobaczyć dwoje wszechstronnych aktorów w całkiem odmiennym niż dotąd wcieleniu. Role w Deerskin są jak wentyl, powalający uruchomić rzadko w tej branży używany mięsień. Nie sięgając po klasycznie budowaną dramaturgię, Dupieux prosi swoich współpracowników o wykorzystanie intuicji. Kroczenie po linie rozpiętej między totalnym odjazdem a koniecznym dla odpowiedniego efektu stonowaniem ekspresji.

Deerskin, podobnie jak poprzednie filmy Dupieux, można oglądać na kilka sposobów – jak empatyczną opowieść o popadaniu w szaleństwo lub kampowy, przybierający mocy z ujęcia na ujęcie slasher. W świecie Dupieux równie prawdopodobne jest, że kurtka telepatycznie steruje Georges’em, jak to, że cała historia jest wyłącznie wytworem jego udręczonej wyobraźni. W recenzjach równolegle wchodzących na polskie ekrany Kotów często wspomina się o konieczności wspomożenia środkami psychoaktywnymi jako jedynej szansie na przetrwanie tamtego odjechanego filmu. Do zagłębienia się w rzeczywistość kreowaną przez Dupieux nie potrzeba wspomagaczy, ona samoistnie dryfuje w odrębnych stanach świadomości. I jest to, mówiąc kolokwialnie, faza epicka. Nawet weganin-pacyfista doceni czar Deerskin. O ile oczywiście nie brak mu poczucia humoru.

WIĘCEJ