Debiut Phatrax’a to szalona jazda, której nie możecie sobie odmówić

Kto powiedział, że świecka muzyka nie może być religijna?

Warszawska oficyna Astrophone zaczęła swoją działalność kilka lat temu od wydania debiutu P.Unity i od tego czasu regularnie serwuje muzykę alternatywną, którą trudno zmieścić w konkretnych ramach. Nawet hip-hopowe wydawnictwo labelu – rewelacyjna epka Tonfy – odbiega od tego, co można usłyszeć w polskim rapie na co dzień. Najnowszy materiał z Astrophone to najbardziej awangardowa pozycja w katalogu wytwórni i jeden z bardziej intrygujących debiutów w tym roku. Stołeczny producent Phatrax zabiera nas do miejsca, w którym obok siebie koegzystują piekielny dancehall i orientalizujący dubstep, abstrakcyjne kolaże dźwiękowe i mocarne breaki. Słuchając tego albumu czuję się, jakbym patrzył na znany religijny obrazek – baranek leży koło lwiątka, a obok gaworzy uradowany berbeć. Phatrax bierze wodę z bonga i obficie polewa tę scenkę, chichocząc z upiorną satysfakcją. Aha, album nosi tytuł I’m Jesus Christ, więc trop religijny jest tu jak najbardziej uprawniony.

Phatrax nie certoli się w tańcu, choć chętnie go prowokuje. „PRRRAH” to jungle grane przez sąsiada w jego sex dungeonie, o którym wiedzą tylko najbardziej wtajemniczeni na dzielni. „KRATER PIEKIEŁ” to post club, który wymyka się spranym środkom wyrazu trapiącym ten podgatunek. „ZMIERZCH KTÓREGO CZERWIEŃ NADAL TRWA W JAKIMŚ KIELICHU NA KRECIE” wrzuca Omara Souleymana na Croydon u przełomu wieków i zadaje pytanie: co gdyby dubstep w 2021? Odpowiadam: wspaniale, poproszę więcej. Warszawski producent nie wykręca stylistycznych piruetów dla popisu. Wszystko na I’m Jesus Christ składa się na spójną całość, a muzyczna erudycja – chociaż miło łechce ucho każdej osoby, która śledziła obrzeża muzyki klubowej ostatnich dwóch dekad –  jest tu środkiem do celu, nie celem samym w sobie. Phatrax’owi udało się na takim gruncie wyhodować stylistykę oryginalną i wciągającą, przyprószoną brudem taśmy i starego winyla. Jak na debiut, mamy do czynienia z propozycją spójną i przemyślaną. Biorąc pod uwagę kompletnie szalone kombinacje gatunkowe i brzmieniowe, na jakie porywa się producent, aż dziw bierze, że I’m Jesus Christ prezentuje się tak harmonijnie. Chociaż to nie niebiańskie harfy wygrywają te harmonie, a infernalne trąby, w które dmuchają ożarte kryształem demony. 

Wydawnicza forma jest równie ciekawa. Limitowany, winylowy sampler I’m Jesus Christ ma 300 (!) różnych okładek, stworzonych przez legion artystów i artystek. Nabywając sampler bierze się udział w swoistej loterii artystycznej, co jest intrygującym pomysłem – a że wszystkie trzymają poziom, jest to rzadkie losowanie, w którym nie ma porażki. Szkoda, że nie można fizycznie nabyć albumu w całości, z niesamowitą okładką autorstwa Oli Rubik, ale oczywiście polecam skusić się na cyfrę, jeśli nie macie gramofonów. Wsparcia takich talentów nigdy za mało! I’m Jesus Christ to donośny, autorski głos i spójny, ambitny debiut. Phatrax nie idzie z prądem, on tym prądem po prostu jest. Zczarniały od przepalania styków, przepływający między Londynem, Warszawą, nieistniejącym miastem z Księgi tysiąca i jednej nocy i tym kręgiem piekła, gdzie odbywa się najbardziej obłąkańcza wiksa. Skoro z Phatrax’a taki Jezus, to wcielę się w mojego ulubieńca z tej samej pogańskiej książeczki i powiem: nie znajduję winy w tym człowieku

WIĘCEJ