DANIEL RYCHARSKI: Wieśniak, którego potrzebuje Polska.

Mieszkamy w dużych miastach. Głosujemy na środek lub lewicę, kręcimy bekę z „madek od 500+”. Segregujemy śmieci, jemy na mieście tajskie. Raczej nie znamy nikogo, kto pracuje za płacę minimalną. Podobne poglądy, wybory, ścieżki, sklepy, trendy, wystawy, imiona dzieci. Jednogłos, ta sama bańka. Jeśli troszczymy się o wieś, to ta troska ma w sobie ukryty protekcjonalizm („oświećmy tych biedaków, co głosują na PiS!”) lub podszyta jest nutką chłopomanii („#cyfrowynomada, #offline, okładanie witkami i spa w bani”). Wieś to świat, którego najczęściej nie znamy i nie rozumiemy.

Rozumie ją Daniel Rycharski, drugi z bohaterów cyklu, przedstawiającego bohaterów naprawdę wartych tytułu Influencera. Artysta wizualny, spec od metaloplastyki i twórca wiejskiego street artu. Doktor sztuk pięknych, aktywista. Urodzony w Sierpcu w 1986 roku, tworzy w rodzinnej wsi Kurówko i Gorzewo, aktywnie współpracując z lokalną społecznością. Jego działalność skupia się na tematyce tożsamości współczesnej polskiej wsi, wplatając to m.in. tematy queerowe i wątek Kościóła. W 2017 Rycharski roku został zwycięzcą Paszportów Polityki. Jego wystawa „Strachy”, pokazywana niedawno w stołecznym Muzeum Sztuki Nowoczesnej, była jednym z najszerzej dyskutowanych wydarzeń artystycznych 2019 roku.

Czy ceniony na całym świecie artysta to tłumacz, przekładający hermetyczny dyskurs sztuki na zrozumiały język? Tłumaczący wiejskie na miejskie mediator? Żyję pomiędzy dwoma światami: miastem a wsią, cały czas migruję. Widzę siebie jako kogoś, kto przerzuca most – mówi artysta. I dodaje: – Zrozumieć wieś – to jest dziś absolutnie kluczowe.

CREDO

Jestem homoseksualistą mieszkającym w malutkim mieście. Chrześcijaninem. Konceptualnym, czy też awangardowym artystą, wykładowcą i doktorem na Akademii Sztuki w Szczecinie. Mogę spełniać te wszystkie role, a jednocześnie być stuprocentowym Polakiem.

Rodzinnie związany z Kurówkiem, Gorzewem, ale pracuję też z mieszkańcami Sierpca, gdzie aktualnie mieszkam. O habilitację  staram się na ASP w Gdańsku. Moje prace pokazywane są w miejskich galeriach. Żyję pomiędzy dwoma światami: miastem a wsią. W żadnej z nich nie jestem zahaczony na stałe, cały czas migruję. Wieś to dla mnie nie tylko niezobowiązująca wycieczka, zrobienie projektu i powrót. Jestem z prowincji.

Od dziecka nasiąkałem lokalną działalnością naiwną, nieprofesjonalną. To się potem przefiltrowało się przez moje doświadczenie profesjonalnego artysty. Tworzenie sztuki z innych przerobionych przedmiotów jest głównie związane z moją mentalnością chłopską. U nas na wsi nic nie można zmarnować. Każdy przedmiot musi zostać poddany recyclingowi. Dlatego zawsze miałem wrażliwość na odpady: te rolnicze i te sakralne. To wszystko, co miało zostać usunięte, ja próbowałem przetwarzać jako materię plastyczną. Gdy tworzyłem Klatki, na terenie mazowsza i całej Polski szukałem starych bram i ogrodzeń wiejskich. To typowa, charakterystyczna dla polskiej wsi metaloplastyka. Ludzie robią takie słoneczka, stawiają kwiatki, konstrukcje geometryczne. Odkupiłem bardzo dużo tych ogrodzeń i potem z ojcem w Gorzewie wyspawaliśmy z nich trzy kościoły, podobne do kościołów z mojej okolicy – z Kurowa, Gozdowa i Sierpca.

LUDZIE

Po zamieszaniu wokół Strachów Kurówko i Sierpc przeżyły nalot dziennikarzy, publicystów. Do Kurówka przyjechał między innymi Mariusz Szczygieł, który zaczął z moim ojcem rozmowę na temat sztuki. Nie rozmawialiśmy o tym zbyt dużo wcześniej, po prostu działaliśmy. Najczęściej pracuję z osobami, które są mi bliskie. Bliższa lub dalsza rodzina, kuzynostwo, wszystko lokalnie. Wtedy pierwszy raz słyszałem, jak ojciec mówi o sztuce współczesnej, jak ją rozumie. Bardzo mi się podobało, jak powiedział Szczygłowi, że sztuka nie musi być piękna, bo „piękny to jest cielak, jak go krowa wyliże”.

Wieś jest traktowana z góry. Jej mieszkańcy mają tego świadomość. Są przyzwyczajeni do tego, że sztuka współczesna jest czymś, do zrozumienia czego trzeba mieć jakąś dodatkową wiedzę. Dlatego często podchodzą do sztuk wizualnych z dystansem. W moich wczesnych projektach traktowałem wieś podmiotowo – nie zajmowałem się sobą czy swoimi problemami, interesowało mnie, jakie problemy mają mieszkańcy.  Mówiłem do nich o ich problemach, marzeniach, frustracjach i odczuciach. To dało mi możliwość wejścia w to środowisko i pozostania, „wiejskim artystą” a mieszkańcy Kurówka otworzyli się na sztukę współczesną. Kiedy jestem u mojej rodziny na wsi, mówię o sztuce językiem potocznym. Kiedy jadę uczyć studentów na Akademii Sztuki, zmieniam ten język. Ale nawet jeżeli jestem w środowisku akademickim czy artystycznym w Warszawie, to mój język różni się od kuratorów czy innych artystów.

W „Dużym Formacie” w reportażu Szczygła pojawiła się też inna wypowiedź ojca: „Sztuka polega na tym, żeby zastanowić się, podrapać po głowie i pomyśleć: o, kurwa!”. To się nie spodobało. Nie wiedziałem o tym, uświadomili mi to dopiero antropolodzy, którzy prowadzili w okolicy badania pod kierunkiem Tomka Rakowskiego i Kuby Szredera. Mieszkańcy byli do tej pory przyzwyczajeni, że nawet jak mówili coś w wywiadach, to ich słowa były przerabiane, tak, żeby pięknie brzmiały. Tutaj po raz pierwszy te słowa zostały zacytowane.

LEGENDY

Kiedyś na wsi takie miejsca, gdzie ludzie się spotykali, rozmawiali. Ja sam jako dziecko przychodziłem na przystanek specjalnie, by słuchać historii niejakiej pani Drożdżewskiej, chyba jednej z najstarszych mieszkanek Kurówka. Opowiadała nam różne dziwne historie, na przykład o tym, że jak ktoś ma dwie pary zębów, to jest wampirem. Była taką lokalną szamanką. Zajmowała się przełamywaniem dzieci, rzucaniem uroków. Dziadkowie mi z kolei opowiadali o dziwnym ptaku, który mieszkał na bagnie obok Kurówka i zawsze o tej samej porze wydawał dziwny dźwięk, aż w końcu przyjechali jacyś naukowcy, zaczęli go badać. Nasiąkałem takimi historiami.

Dwanaście, trzynaście lat temu, Kurówko było zupełnie inną wsią. Działała jeszcze piekarnia, istniał jeszcze sklep. Przystanek autobusowy pełnił funkcję przystanku, bo jeździły z niego autobusy, co już się nie dzieje. Ludzie ze sobą i o sobie rozmawiali. Przez to, że wieś się ostatnio bardzo zmieniła, że nie ma miejsc spotkań i coraz mniej jest też tych historii. Do tego stopnia, że mniej jest czegoś, co było kiedyś bardzo typowe dla wsi, czyli plotki. W tej chwili mieszkańcy tak się od siebie odwrócili, że nawet przestali o sobie plotkować. Ani źle, ani dobrzej, już się w ogóle nie mówi o sąsiadach. Jakby w ogóle tych sąsiadów nie było.

Rzeczony potwór z bagien stał się inspiracją do stworzenia muralu, przedstawiającego zwierzę-hybrydę, który namalowałem na domu dziadków. Czytałem dużo o socjologii wsi. Wiedziałem, że końcówka XX wieku to był moment, kiedy ona przestawała być wsią tradycyjną i stawała się taką hybrydą wiejsko-miejską. I dlatego te zwierzęta to były hybrydy. Ale też chodziło mi o to, że ten zwierzak namalowany na szopie sprawiał, że to miejsce stawało się innym miejscem. Nagle właściciel gospodarstwa, rolnik, patrzył z dystansu na siebie i swoje otoczenie. Teraz, jak patrzę na te zwierzaki, to widzę dodatkowo, że one są bardzo queerowe.

POLITYKA

Na początku 2015 roku przygotowywałem Pomnik chłopa. Zanim powstał, pojechałem do Warszawy pod kancelarię premiera. Wtedy była nim Ewa Kopacz. Między Łazienkami Królewskimi a tym wielkim gmachem budynku rządowego rolnicy zbudowali taką bieda architekturę, poskręcaną z desek, z folii, przyczepy kempingowej. Nazwali to Zielonym Miasteczkiem. Mieszkali w nim. Protest trwał pół roku, od lutego do czerwca. Nawiązałem z rolnikami bliską relację. Rozmawialiśmy. Pytałem, czy gdyby miał powstać pomnik chłopa, to jak by wyglądał. Oczywiście mówili, że bardzo posępnie, że byłby czarny, ponury, bo sytuacja wsi, szczególnie po ’89 roku w Polsce, jest bardzo zła, a wieś stała się ofiarą transformacji.

Pamiętam, że uderzało mnie wtedy to, jak rolnicy są ignorowani. Na przykład totalnie olewali ich warszawscy aktywiści, którzy jednocześnie nieustannie mówili o ekologicznej żywności, jednym z głównych postulatów rolników. Pamiętam taką sytuację: rolnicy przynieśli premier pod drzwi ogromny kosz warzyw, owoców, przetworów, żeby wyszła z nimi chwilę porozmawiać. Ona wysłała jakiegoś faceta, który wyszedł, zabrał kosz i na tym się skończyło.

To tam przychodził Kaczyński, Andrzej Duda, Szyszko, cała dzisiejsza elita. Potem przejęli władzę. Kto wie może, gdyby ktoś wtedy tych chłopów posłuchał, porozmawiał, cała sytuacja teraz wyglądałaby inaczej? Zabawnie było to obserwować jak ci, którzy byli tak źle traktowani, przejęli władzę i sytuacja się całkowicie odwróciła. Pomnik chłopa stał się takim trochę świadkiem sytuacji.

WIARA

Można praktykować wiarę i praktykować chrześcijaństwo bezreligijnie. Cała wystawa, którą zaprojektowałem i zrealizowałem w Nicei, która się nazywa Kropla drąży skałę, to jest wystawa o moich poszukiwaniach duchowych, bezkatolickich. O poszukiwaniu chrześcijaństwa poza murami kościołów. Ja sam jestem chrześcijaninem bezreligijnym, bezwyznaniowym, świeckim. Świecka chrześcijańskość to coś, co stało się bardzo ważne w moim życiu i jest w tym momencie w centrum mojej sztuki. Jeżeli do tej pory w Polsce mówiło się o chrześcijaństwie LGBT, no to raczej się mówiło o katolikach, na przykład o grupie Wiara i Tęcza, w której zresztą przez jakiś czas działałem. Bezwyznaniowy homoseksualny chrześcijanin – to jest coś zupełnie, zupełnie nowego. Nawet w międzynarodowym środowisku chrześcijan LGBT moje podejście jest bardzo nietypowe. Jestem takim outsiderem.

Kościół próbuje udowodnić nam, że sobie nie damy bez niego rady, a tak naprawdę chodzi mu o jego przetrwanie. Wierzę, że tak naprawdę, kiedy Jezus umarł na krzyżu, to uwolnił nas od religii. Wysyłając Jezusa na krzyż zostaliśmy w tym bezbożnym świecie sami i musimy dawać sobie radę bez Niego. Nie ma co liczyć na jego interwencję, nie pojawia się cudownie. Jedyne miejsce, gdzie Go możemy spotkać, to drugi człowiek. Religijność jest dziecinnością, dorosłość to świeckość. W centrum dojrzałego chrześcijaństwa nie powinna być religia, rytuały, obrzędy, przepiękna świątynia czy piękne pieśni religijne, tylko empatia dla drugiego człowieka.

Na granicy francusko-włoskiej znajduje się dolina rzeki Roya. Kiedy imigranci dopływają do brzegów Europy od strony włoskiej, to próbują przekroczyć granicę przez Alpy na stronę francuską. To ogromne góry i szalenie niebezpieczna podróż. Kościół oderwał się od odpowiedzialności za życie społeczne, a zajął się naszym życiem osobistym. Powinnością chrześcijanina powinno być przede wszystkim występowanie w obronie prześladowanych. Kościół ich wyklucza, więc nie może być autorytetem. W tej dolinie działa za to grupa mieszkańców, która ryzykując zdrowie, ale też procesy sądowe i więzienie, pomaga tym ludziom, imigrantom. We Francji mówią na to „przestępstwo solidarności”.

Pojechałem tam, bo uznałem, że to jest przykład chrześcijaństwa świeckiego, gdzie liczy się drugi człowiek, poświęcenie dla niego. W tym samym czasie właśnie zaproponowano mi wystawę w pobliskiej Nicei, w centrum sztuki Villa Arson, pod kuratorkami Agnieszką Żuk z Francji i Klaudią Podsiadło. Jest tam kilka dla mnie ważnych prac. Na przykład wspomniane już Klatki. Chciałem pokazać, że Kościół tym właśnie się stał – pustą klatką, pustą bryłą.

NIEZROZUMIENIE

Bardzo mi się nie podoba, że na przykład w Warszawie obwinia się wieś za wszystko złe. Że PiS to jest jakaś „zemsta prowincji”. Tak, tutejsze społeczności są „tradycyjne”, na pewno bardziej konserwatywne niż moje środowiska artystyczne z Warszawy, czy te lewicowe. Ale nie powiedziałbym, że są prawicowe. To jest mit na temat wsi. Na przykład rodzinna wieś mojego ojca, Gorzewo, gdzie mieszkałem przez jakieś dziesięć lat, jest z tradycji lewicowej. W regionie Sierpca wieś z kolei chętniej głosuje na PSL niż na PiS.

Mówi się też, że wieś jest bardzo religijna. Ludzie sobie z tego nie zdają sprawy, ale tak naprawdę na wsi religijność jest totalnie powierzchowna. Jak pojedziesz do miasta, do wspólnot chrześcijańskich, to tam codziennie chodzą do kościoła. Na wsi nie ma dominikanów, grup studenckich. Owszem, rolnik idzie do kościoła w niedzielę, ale przez sześć dni go religia w ogóle nie interesuje. To jest ostatni temat! Rolnik ma milion, dwa miliony innych zmartwień. On musi być zoologiem, technikiem, elektrykiem, kierowcą i tak dalej. Dla rolnika religia nie ma żadnej rangi, jest na szarym, szarym końcu.

Zrozumieć wieś – to jest absolutnie kluczowe. O tym od dwunastu czy trzynastu lat mówię w swojej sztuce. Środowiska wiejskie od warszawskich są bardzo od siebie oddalone. Ja próbuję przerzucać między nimi mosty. Łączyć, szukać jakichś wspólnych wątków, prowokować sytuacje, w których oni się spotykają.

Moja sztuka to w dużym stopniu oswajanie. Czy wierzę w jej skuteczność? Od samego początku. Pokazując projekty zrealizowane w Kurówku w warszawskim MSN czy innych miejskich galeriach, oswajałem miasto ze wsią. Projekt Gra terenowa przywiódł Warszawę do Kurówka, oswajając w ten sposób wieś z miastem. Strachy oswajały Kurówek z osobami LGBT a osoby LGBT – z osobami ze wsi. Wyspa polegała na wypożyczeniu od scenografa Allana Starskiego macew z filmu „Pokłosie” i ustawieniu ich na wyspie na sierpeckim jeziorze Jeziórki, w trakcie drugiej wojny wykopanym przez Żydów. Wokół instalacji – krepinowa wstęga, tęcza z czterech tysięcy kwiatów. Czyli wprowadzenie do lokalnej dyskusji publicznej tematu nietolerancji, nienawiści, ale też zagadnienia LGBT, po raz pierwszy głośno. Z tego co wiem od mieszkańców i burmistrza, opinii pozytywnych było zdecydowanie więcej niż negatywnych. Wierzę, że sztuka – moja i w ogóle – ma realny wpływ na rzeczywistość. Jej skuteczność w oswajaniu świata widzę na każdym kroku.

WIĘCEJ