Dlaczego stare hip-hopowe łby nie kumają polskich trapperów? O konflikcie lub jego braku mówią Flint, NataliMalinowska

Mało która muzyczna sfera zmieniła się tak bardzo w ostatnich latach, jak ta wokół hip–hopu. Co prawda od lat 90. gatunek notował ciągły wzrost popularności, ale chyba nikt nie spodziewał się, że stanie się najchętniej słuchaną muzyką naszych czasów. Konsekwencje takiej popularności są najróżniejsze, ale najbardziej czuć to w samej formule rapu, poszerzonej o śpiewane refreny (a często i podobnie melodyjne zwrotki), przeniesienie aranżacji dalej od narracyjnych historii w stronę piosenek czy rozwinięcie palety brzmieniowej daleko poza sample. Zmieniła się też publiczność, która przez swoją masowość (a tym samym niejednorodność) niekoniecznie szuka mitycznego „przekazu”, a głównie rozrywki i prostszych punktów odniesienia od dziesionowania frajerów koło bloku.

W Stanach Zjednoczonych, kolebce i centrum rapu, ta przemiana poskutkowała falą deklaracji młodych raperów: odcinamy się od dziedzictwa złotej ery lat 90., zamiast Nasa i Biggiego wychowywał nas Soulja Boy. Najróżniejsze pojedynki starych łbów z młodymi napędzają kontent hiphopowym mediom, które w całodobowym cyklu newsów mogą z każdego półsłówka zrobić wielką historię. W Polsce, o dziwo, ten pokoleniowy pojedynek odbywa się głównie wśród publiczności, trochę mniej wśród krytyki muzycznej. Wystarczy odwiedzić dowolny fanpage rodzimego medium skupionego na rapie, by przeczytać, że coś „nie jest hip-hopem”, albo zobaczyć komentarz „o, wreszcie coś o rapie”, jeśli wrzutka dotyczy starej bądź hołdującej trueschoolowi gwardii. Moi rozmówcy i rozmówczyni są zgodni w jednym – konflikt pokoleń jako taki nie istnieje, ale tarcia są. O źródła tych tarć, ale i możliwości pojednania pytam łby młodsze, starsze i te pośrodku.

– Nie ma całościowego konfliktu, ale to się odbywa raczej między konkretnymi osobami, których wypowiedzi rozdmuchano na całe środowisko – mówi Mateusz Natali z Popkillera. – W Stanach zrobiła się wręcz moda na niewiedzę w niektórych środowiskach. Dawniej rapowa wiedza była wartością. A z drugiej strony część starszych nawet nie ma ochoty sprawdzać nowości albo one do nich nie trafiają. Ale hip-hop jest w jakimś stopniu muzyką pokoleniową, więc ciężko takiemu czterdziestolatkowi się utożsamić z niektórymi treściami. Można doceniać różne rozwiązania muzyczne, ale nie przeskoczy się tej bariery – tłumaczy. Marta Malinowska z radiowej Trójki jako przykład takiego konfliktu wskazuje beef Palucha z Young Multim: – To znamienne nieporozumienie między starszą sceną a młodą. To były takie zarzuty, których moim zdaniem nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Na przykład to, że nie możesz nazywać się raperem, jeśli byłeś wcześniej gwiazdą YouTube’a. Główną bolączką było to, że droga, którą przeszła starsza scena, była dużo bardziej złożona, a mniej przewidywalna niż ta, której doświadczają w przyspieszonym tempie młodsi raperzy.

Marcin Flint znany jest z ostrego języka wobec rapowej młodzieży, ale – jak sam podkreśla – nie jest więźniem trueschoolowej mentalności: – Jest od groma zajebistych nowych artystów. I starych artystów. Nie boli mnie to, że ich nie ma, tylko to, że to ich chciałbym słyszeć z telefonów i z okien na podwórkach, widzieć w topkach YT czy Spoti. – I od razu spieszy z litanią nazw: – Więcej Guziora, mniej Wac Toi. Więcej Pikersa, mniej Young Multiego. Więcej Kabe, mniej Blachy. Więcej Kozy, mniej White’a. Najbardziej cenię sobie artystów, którzy za nic mają sobie metrykę i konwencje rapu. Zero może połączyć erudycyjne pisanie i koncept ze słodkimi, lejącymi się cykającymi bitami i popowymi prawie refrenami. Klarenz rozpierdoli cukierkową, będącą zupełnie na czasie produkcję Faded Dollars i boom bap Barto’cuta. RAU będzie się bawić językiem jak te wszystkie Belmondziaki i Bałagane, cały jest pozdro techno, ale nikogo nie odstręczy tym, co i jak produkuje i nawija. Gedz jak zawsze wyprzedza wszystkich, inspiracje czerpie od Wysp po Rosję, ale ta świeżość idzie w parze z muzykalnością.

Swoje kryteria tłumaczy dość jasno: – Najbardziej nie lubię bylejakości. Kserowanych type of beats, śpiewania na pałę, bo przecież autotune i producent, jakoś to poskłada, źle napisanych zwrotek i refrenów. To nie musi być mądre, przeciwnie, niech będzie głupie. Ale jak jest głupie, to musi brzmieć i błyszczeć. Brakuje kryterium przypału. Stary rap bywał koślawy, patologiczny, infantylnie antysystemowy, wiele rzeczy z nim było nie tak. Ale swag w kraju disco polo, PiS, różowo-pistacjowych bloków i majtek z husarią to po prostu za dużo. To kraj niekończących się słabych muzycznych żartów branych na serio i serio zarabiających. Owijamy gówno w ironię, psychodelię, dopisujemy do niego -izmy wszelakie. A to często po prostu gówno – kończy ostro.

Rapowe rzemiosło to dość mglisty, ale często przewijający się w krytycznych wypowiedziach o nowym rapie temat. Marcin Flint:

„Po rapie oczekuję jakości, dobrego rzemiosła: bit ma mnie rozjebać, a raper rozjebać bit. To pierwsza rzecz, rap mnie nie porwał tym, że był fascynujący, chłopaki pizgali. Druga kwestia to błysk. Piosenka ma mnie przytrzymać przy głośnikach do końca, a czy zrobi to tym, że raper ślicznie zaśpiewa, fajnie złoży rymy, nawinie tak, że przed oczami będę miał obrazek, albo strolluje tak, że zaśmieję się z uznaniem, to kwestia drugorzędna. Jeżeli działa, to działa; to może być trapowy banger, cloudowa balladka albo boombapowa rzeźnia. Dopiero jak nie działa, szuka się odpowiedzi dlaczego„.

Marta Malinowska wątpi w istnienie utwardzonego w kamieniu rapowego rzemiosła. – Co to właściwie znaczy? Czy to jest ta część, która świadczy o umiejętnościach związanych z flow, szybkością składania rymów? Wydaje mi się, że dzisiaj mogłyby się na to składać zupełnie inne elementy, np. świadomość swojego wizerunku i konsekwentne rozwijanie jego elementów, tworzenie swojego stylu i niepowielanie trendów. – Z kolei Mateusz Natali zanik tradycyjnego rzemiosła wpisuje w szersze społeczne trendy: – Po części wydaje mi się, że to jest problem całościowy, nie tylko rapu, bo widzimy tabloidyzację i fastfoodyzację wszystkiego. Media działają na zasadzie nagłówków, tematy są, a zaraz ich nie ma, puszcza się dalej niesprawdzone rzeczy, bo trzeba być pierwszym. Tak samo raperzy muszą iść na ilość i na tempo. Mało kto może sobie pozwolić na to, żeby dwa–trzy lata było o nim cicho i wrócił z płytą. Łona może tak robić, Sokół może tak robić, ale większość osób po rocznej ciszy straci publiczność, bo ludzie znajdą sobie kogoś nowego do śledzenia i słuchania. Tempo jest duże i wymusza częstotliwość publikacji. Kiedyś wydawanie dwóch płyt rocznie wydawało się przesadą, teraz niektórzy potrafią wcisnąć trzy. Tempo determinuje mniejszy czas na dopracowanie wszystkiego. Nie masz czasu na szlifowanie skillsów i nagrywanie iluś tam numerów w podziemiu, zagranie kilkudziesięciu koncertów na przeglądach dla 10 osób, gdzie sobie wyrobisz emisję głosu, kontakt z publiką itd. Często puszczasz pierwsze numery, jest szał, masz trasy i już wchodzisz na scenę na pierwszy koncert i masz pełny klub. I jest oczekiwanie, że umiesz ten koncert zagrać, ale jak się miałeś tego nauczyć, skoro nigdy nie grałeś? A młodsi raperzy wiedzą, że muszą skorzystać z tego, że masz swój moment.

Jeszcze do niedawna łatwo było spotkać tzw. łowców przekazu, którzy bronili rapu przekazującego – wedle ich mniemania – zestaw ważnych wartości. – Słowo „przekaz” się zdewaluowało bo jak nawijał Tede,  przekaz to był przekaz o tym, że masz przekaz. Wielu słabych artystów się nim zasłaniało. Kiedyś było choć trochę nadziei, teraz czasy są takie, że niespecjalnie jest w co wierzyć: planeta zdycha, internetowa wolność okazała się złudzeniem, w polityce nie ma mniejszego zła, jest tylko większe i największe. To i włazi ten różowy nihilizm w brudnych balenciagach – tłumaczy w swoim stylu koniec kariery tego określenia Flint. Ale młodsze pokolenia po prostu przewartościowały pewne pojęcia. Marta Malinowska: – To może zabawne, ale dla mnie najważniejsza w rapie jest „prawda”. I tę prawdę można różnie rozumieć, np. Żabson jest dla mnie bardzo prawdziwy w tym, co robi, podobnie Rogal DDL.

Autentyczność jest czymś zupełnie innym dla pokoleń wychowanych już w epoce social mediów. Ale jest jedna bolączka młodego polskiego rapu, na którą zwracają uwagę zarówno Malinowska, jak i Flint: kopiowanie. – Mam bardzo dużo sympatii do tego, co robi Multi czy Igi, ale słychać u nich dużo patentów, które słyszeliśmy u zagranicznych artystów. Smolasty wyraźnie inspiruje się sceną Toronto. Myślę wtedy: super, że to lubicie! Ale zastanawiam się, co się dzieje w procesie tworzenia, że te brzmienia przenosi się jeden do jednego. To jest mój główny problem z nowym rapem: bezpośrednie rżnięcie patentów – mówi dziennikarka. – Słychać mocne wpływy afrotrapu, muzyki z Ameryki Południowej czy sceny francuskiej, która zawsze miała u nas szczególne miejsce. I jako osoba, która intensywniej interesuje się zagranicą niż Polską, kiedy słyszę, że Białas wydaje kawałek brzmiący dokładnie jak kawałek MHD, który słyszałam pół roku wcześniej, to mnie to średnio grzeje. Lubię oryginalną wersję i chciałabym lubić oryginalną wersję naszego brzmienia.

A takie istnieje, choć często w rozmowach o rapie ginie pod wspólnym szyldem. Flint: – Rap to państwa. Bananowa republika trapowa. Księstwo hip-hopu. Autonomia uliczna pod wezwaniem ACAB i PDW. Każdy ponad każdym skurwysyn, drugiego traktuje, jakby był niczym. Ale rap musi mieć frakcje, spina się go pod jednym parasolem jak koalicję wyborczą, a pod nim są ludzie, którzy słuchają zupełnie innej muzyki, czego innego w niej szukają. Numery powstają inaczej, w innym celu, mają inny rytm, inny typ wokalu, inne konstrukcje, inne targety. – Malinowska za najbardziej unikalną emanację rodzimego hip-hopu uznaje rap uliczny: – Jeśli miałabym wskazać najbardziej „nasze” brzmienie, to wskazałabym taki rap z pogranicza patologicznych sytuacji i kojarzący się z ludźmi z dużych osiedli. W nich jest najwięcej takiego „własnego” charakteru.

Zarzewiem konfliktów bywa również model kariery, który znacząco zmienił się od pionierskich czasów. – Jan-rapowanie powiedział mi kiedyś w wywiadzie, że dzisiaj różnica jest w tym, że kiedy zaczyna się nagrywać, a nawet myśleć o rapowaniu, to od razu wiadomo, gdzie można dojść z tą muzyką. Jeżeli będzie się konsekwentnym, będzie można wyjeżdżać za granicę, robić duże płyty, zajebiste teledyski i obserwując to, co się dzieje dookoła, raperzy od razu widzą to, co mogą zaimplementować do siebie. Stara szkoła w wielu przypadkach rezygnowała dość szybko, bo nie miała poczucia punktu docelowego i poddawała się destrukcyjnym bodźcom, które pojawiały się po drodze – mówi Malinowska. Wtóruje jej Natali: – Wini mówił w którymś z ostatnich wywiadów, że dużo patrzy w kwestii przedsiębiorczości na młodych, którzy są skoncentrowani na swoim sukcesie. W jego pokoleniu to była bardziej zajawka, nie byli nastawieni na zrobienie z tego biznesu, ci młodzi są bardziej ogarnięci w kwestii tego, czego chcą i co chcą osiągnąć. – Ale kryje się w tym lekcja, na którą zwraca uwagę twórca Popkillera: – Młodzi mogą się nauczyć tego, żeby się nie zachłysnąć sukcesem, bo to wszystko może się jeszcze pięć razy zmienić. To jest też teraz największa pułapka – możesz nagrać piąty czy szósty numer w życiu i mieć od razu milionowe liczby i wielkie trasy koncertowe. Tak szybko to przychodzi, że będzie trudno sobie poradzić, kiedy to odejdzie. Ci starsi gracze mają to lepiej przepracowane – czasem długo do tego dochodzili, czasem mieli tąpnięcia w karierze. Jak Borixon, który się przecież odbudował po paru chudych latach – i takiego dłuższego spojrzenia i pokory mogą się nauczyć od niego ci młodsi chillwagonowcy. – Problemem w porozumieniu bywają też inne okoliczności, które nie były do końca dostępne starszemu pokoleniu: – W przypadku Multiego wydaje mi się, że bardzo pomagają mu zasoby finansowe, które wyrobił sobie wcześniej, i to głównie dzięki nim jest w tym miejscu. W muzykę trzeba ciągle inwestować i on może sobie na to pozwolić. To jest jego samodzielny biznes, nie pojawił się duży, zewnętrzny majors, który w niego zainwestował – tłumaczy dziennikarka Trójki. I dopowiada: – Zdaję sobie sprawę, że starsze pokolenie może boleć to, że taki Young Multi po roku na scenie bierze więcej za koncerty niż oni po 20 latach grania.

Gdzie w tym wszystkim jest publiczność? Flint nie szczędzi jej ostrych słów: – Dzieciaki chcą słuchać tego co wszyscy, nawet outsiderstwo jest kolektywne i undergroundowi idole mają elitarne we własnym odczuciu sekty, które zachowują się jak fani Taconafide. – Natali zwraca uwagę, że taki trend nie jest właściwością tylko naszych czasów: – Oczywiście, jest dużo sezonowych słuchaczy, bo jest moda, bo koledzy słuchają hitów, ale to też jest naturalne przy tej skali popularności gatunku. U mnie w klasie przecież też wszyscy słuchali Eternii czy drugiego WWO, a wiadomo, że dalej zostały przy tym pojedyncze osoby. – Często można przeczytać, że młodzież nie szanuje klasyki. Ale dziennikarz Popkillera zwraca uwagę na racjonalne korzenie tego zjawiska: – Młoda publiczność nie zna wszystkich starych rzeczy i niekoniecznie jest to wina jej ignorancji, tylko po prostu ilości wydawnictw. Gdybym teraz wchodził w zajawkę rapem, to nie wiem, czy miałbym czas posprawdzać klasyki, jeżeli wychodzi tyle rzeczy na bieżąco. Jeżeli tygodniowo wychodzi tyle płyt co wcześniej rocznie. W podsumowaniu roku Popkillera mieliśmy prawie 300 płyt prenominowanych do głosowania!

Nie brakuje postaci, które tworzą naturalny pomost między pokoleniami. Natali w Stanach za taką osobę uważa E-40, a w Polsce Borixona. – Wszystko zależy od głodu świeżości. Jeśli ciągle szukasz nowości, a nie zamknąłeś się na etapie tego, co ci się w jednym momencie spodobało, to nie będziesz miał problemu. Borixon zawsze szukał nowinek, przecież jego niektóre single z początku lat 2000. brzmią nadal świeżo, bo to były rzeczy wychodzące w przód od tego, co się działo. Nie stracił tego głodu świeżości i to się teraz fajnie odbija w Chillwagonie. – Flint również wskazuje wiele przykładów, kiedy rap odkleił się od metryki: – O konflikcie pokoleniowym mógłbym mówić w czasach Aptaunu, w czasach największej prosperity Zeusa, Bisza, Laika, kiedy po szpilkach wbijanych starszym do góry wchodził Solar z Białasem, a dinozaury trzymały koryto. Teraz to bez sensu. Borixon, Paluch, Kękę, Tede czy Sokół wydają się ludźmi bez metryki. OK, lepiej piszą (jak chcą), więcej przeżyli i tak dalej, ale nie są do osadzeni w kontekście pokoleniowego konfliktu, bo bez problemu posługują się nowymi narzędziami, często lepiej od młodych. Hewra może mieć młodociany target, ale w sporej mierze robi to staruch z drugiego garnituru JWP. Jan-Rapowanie, właśnie nagrodzony jako odkrycie roku, duszę ma ewidentnie trueschoolową, sypie aluzjami na prawo i lewo, to widać po sposobie, w jaki pisze. Pikers debiutował u VNM-a, Kaz Bałagane miał gdzieś na początku kariery Ostrego na swoim bicie. Data urodzenia to jak miasto, z którego pochodzisz, osadzenie subkulturowe. Obecnie to już nieważne. – Z kolei Marta Malinowska wskazuje na sukces pokolenia, które nie mieści się w kategorii weteranów czy młodziaków. – Między tymi najstarszymi a najmłodszymi jest jeszcze pokolenie pośrednie i mam wrażenie, że to oni dzisiaj rozdają karty. Na przykład ekipa SB Maffiji, której nie można odmówić tego, że ma wizję w budowaniu swojej wytwórni. Vlogi, materiały z tras – wszystko jest na poziomie dużej wytwórni pod względem realizacji. Chcą zbudować coś, co będzie stało na stabilnych nogach. To średnie pokolenie jest też dobrym probierzem zmian w rapie: raperów bardziej kojarzymy z wytwórnią, która ich wydaje, niż z miastem, z którego pochodzą.

O ile trudno pokonać armię internetowych śmieszków i trolli, o tyle konflikty między artystami załagodzić zaskakująco łatwo. Przynajmniej tak twierdzi Natali: – Często wystarczy, żeby ktoś się z kimś poznał, przegadał, zobaczył, że ma podobny vibe, pomijając różnicę wiekową czy brzmieniową. Wydaje mi się, że z jednej strony jest takie okopywanie się, a z drugiej strony brak możliwości przecięcia się. – Wskazuje tutaj dużą rolę wspólnych występów: – Jeśli chodzi o koncerty w ciągu roku, to są zazwyczaj osadzone wokół jednego klimatu, bo to jest też sensowne pod kątem organizacyjnym i finansowym. Przy festiwalach to się bardziej miesza, ale jest część festiwali, które skręcają w jedną lub w drugą stronę. Wymieszana scena to też fajna okazja do nawiązywania kontaktów. Jeśli chodzi o galę Popkillerów, to chcieliśmy, żeby się zrobiła z tego taka impreza branżowa, na której raperzy rzeczywiście będą mieli okazję spotkać się, pogadać, czy po wielu latach, czy poznać się ze sobą. Było widać – i przed kamerą i za kulisami – zajawkę i u starszych graczy, i u młodszych, którzy mówili, że super, że można poznać tyle legend. Szacunek jest, tylko często nie ma go gdzie wyrazić. A czasami problemem jest wykonanie tego pierwszego kroku, ludzie myślą, że głupio się odezwać. Nawet Young Multi mówił o współpracy z Peją, że obawiał się, że Peja go zleje albo nieprzychylnie potraktuje, bo to przecież zupełnie inna stylistyka.

Przy tej skali zjawiska konflikty są nieuniknione. Ale przyglądanie się racjom stojącym za każdym odłamem rapowej publiczności i krytyki jest fascynujące – wiele mówi o ewolucji, jaką przeszedł ten gatunek, i o miejscu, w jakim się znajduje obecnie. Czy jest szansa na sztamę między łbami „starymi” a „młodymi”? Kto wie, chociaż może się okazać, że taka zgoda jest zupełnie niepotrzebna – polski hip-hop radzi sobie doskonale bez niej. Czymkolwiek ten „polski hip-hop” dzisiaj jest.

WIĘCEJ