Czy hejt na „W lesie dziś nie zaśnie nikt” jest zasłużony? Raczej nie

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że horrory zazwyczaj reprezentują dyskusyjną jakość. Często o przywiązaniu do danej serii decyduje sentyment – dreszcz emocji związany z nocnymi, weekendowymi seansami, w trakcie których starych akurat nie było w domu lub widmo kasety VHS, którą wszyscy na klasie sobie przekazywali, żeby móc zobaczyć 5-sekundową scenę, w której widać nagie piersi i atrapę obciętej głowy. Teraz jednak, podchodząc do tych czasów na zimno, jesteśmy zwyczajnie dużo bardziej wymagający.

Mimo tego, dziwi mnie tak chłodna recepcja W lesie dziś nie zaśnie nikt, objawiająca się przede wszystkim w niskiej średniej ocen na Filmwebie oraz IMDB. Na tym pierwszym, pod adresem filmu Bartosza M. Kowalskiego pojawia się mnóstwo inwektyw i kpin. Często w prostacki sposób sugerujących samemu autorowi prostactwo. No i faktycznie, fabuła nie jest skomplikowana: Grupa nastolatków ląduje na obozie offline mającym wyleczyć ich z uzależnienia od internetu. Cała piątka reprezentuje archetypy dobrze znane z amerykańskich produkcji sprzed dwóch czy trzech dekad. Resztę też znacie – pozorny spokój zmąci tajemnicza i mordercza siła. Postaci te nie są jednak wcale papierowe. Kowalski nie rysuje bowiem grubą kreską karykaturalnych i wrzaskliwych mord. Zamiast tego, jasno wskazuje u młodych bohaterów przyczyny ich wad czy emocjonalnych blokad: tragiczny wypadek, niepewność dotycząca własnej orientacji seksualnej czy problemy z komunikacją spowodowane spędzaniem niemal całego czasu w świecie e-sportu. Wszystko mamy podane na tacy i warto to zanotować. A momenty, w których musimy się z kimś pożegnać poprzedzają właśnie chwile, w których dany bohater odsłonił swoje emocje i przestał być w naszych oczach bezosobową kukłą.

Reżyser pokusił się też o sprawnie wplecione w fabułę komentarze społeczne: Wspomniany już wątek uzależnienia od internetu i dozę antyklerykalizmu oraz napiętnowania (chociaż w formie komediowej pointy) bezmyślnego nacjonalizmu. Nie są to najgłębsze przemyślenia, ale po raz kolejny – wątki w tego typu kinie w Polsce w zasadzie niespotykane i zwyczajnie mile widziane.

Technicznie bardzo dużo się tu zgadza. Zdjęcia oraz montaż są w zasadzie bez zarzutu. Na szczególną uwagę zasługuje z kolei użyta paleta kolorów – adekwatna i nasycona. Ten film po prostu wygląda dobrze. Niestety sprawy mają się gorzej w warstwie dźwiękowej. Większość efektów brzmi nie tyle sztucznie (co zdecydowanie było zamierzone), co po prostu wybija z rytmu i każe zwrócić na siebie uwagę. W lesie… nie uniknęło także bolączki wielu krajowych produkcji – ciężkich do odcyfrowania dialogów. Czemu większość polskich filmów nadal prosi się o oglądanie z napisami? Nie mam pojęcia. Podrapać się po głowie można też przy wielu muzycznych fragmentach, często nieadekwatnych, a równocześnie zbyt zwyczajnych by doszukiwać się na tym polu eksperymentu.

Wiele osób jednak kwestiami technicznymi przejmować się nie będzie. Bardzo dużo pisze się o atmosferze horroru Kowalskiego. Z jednej strony skorzystał on z rozwiązań wzorcowych, postanowił stworzyć dzieło, które na naszym rynku może zostać uznane za prawdziwą genezę ewentualnej fali następców – pełnego hołdów i odwołań prekursora w poszukiwaniu duszy „polskiego slashera”. Równocześnie jednak reżyser zrezygnował z elementu nierozłącznie kojarzonego z całym nurtem – mroku. Światło dnia karze spojrzeć na znajome nam krajobrazy i akcesoria – prowincjonalne rudery, kościoły czy rozlatujące się radiowozy. Dla wielu osób może być to dealbreaker – czego się tutaj bać, nawet jeśli w okół biegają zmutowani mordercy z maczetami w dłoniach? Mi osobiście ten zabieg się podoba i w moim odczuciu zbliża cały film do odkrycia własnej tożsamości. Przy całej świadomej grze z paździerzem, dużo aspektów jest poprowadzonych pewną ręką – z gry aktorskiej wyciśnięto najwięcej jak się dało, a poszczególne tony zostały ciekawie zarysowane.

Mamy tu bowiem do czynienia z tańcem pomiędzy faktyczną grozą, groteską oraz próbami naszkicowania studium psychologicznego i społecznego. Kowalski nie jest jednak jak na razie ani Samem Raimim ani Arim Asterem. Postawione w ciekawych miejscach kropki nie łączą się w satysfakcjonujący i pełny obraz. Mimo wszystko, widzę w jego wizji mnóstwo potencjału. Udało mu się zrobić coś dziewiczego w polskim kontekście – postawić potrzebny krok by pójść dalej. I bardzo liczyłbym, że w Lesie dziś nie zaśnie nikt będzie wstępem to w pełni autorskiego i w stu procentach (a nie tylko w ok. 60 czy 70) udanego krajowego horroru – niezależnie od jego zawartości polskości w polskości.

WIĘCEJ