Branża muzyczna w ostatnich latach przechodzi sprawdzian za sprawdzianem.

Jeżeli zawiesimy funkcjonowanie, będzie to zwycięstwo Putina – głosi tytuł niedawnego wywiadu z Mikołajem Ziółkowskim, organizatorem festiwalu Open’er. W pełni rozumiem sensacjonalistyczny tytuł, po części rozumiem też tych, którzy wyrażali opinię, że takie postawienie sprawy jest odrobinę zbyt mocne. Ale pomijając krwiożercze zasady walki o czytelniczą uwagę, w zasadzie zgadzam się z Ziółkowskim (nie zgadzam się natomiast z optymistyczną oceną kondycji branży muzycznej po pandemii, ale to temat na inny dzień). W Polsce mamy tendencję do dość łatwego zahukiwania innych na temat decorum. To wypada, tamto nie, jest wojna, więc może nie róbmy koncertu, a dlaczego robicie festiwal, skoro za granicą giną ludzie? Wypowiedź Ziółkowskiego ma jasny przekaz – festiwale muzyczne to część naszego stylu życia, stylu życia, który stoi w opozycji do wartości wyrażonych rosyjską inwazją. Ostatnich parę lat, od początku pandemii COVID-19, było jednym wielkim testem dla branży rozrywkowej. Naturalnie najlepiej poradziły sobie te jej gałęzie, które oferowały uciechy w domu, czyli streaming treści wideo i gaming. Branża muzyczna – szczególnie koncertowa, ale także streaming muzyki (głównie przez mniejszą mobilność społeczną) – mocno oberwała. To nie tylko mniejsze przychody dla strony artystycznej, zamykanie klubów i miejscówek koncertowych, a w wielu przypadkach również zmiana zawodu. To także brak formacyjnych doświadczeń związanych z muzyką na żywo dla młodszego pokolenia. Pójście do klubu, nominalnie równościowej utopii, przeżycie całego wieczoru, z dynamiką biforową i afterową, przypadkowe poznawanie nowych brzmień na festiwalach, koncertowe uniesienia, które zostają z nami na dłuższy czas, jeśli nie na całe życie… Zrywy pomiędzy obostrzeniami i koronabibkowe podziemie mogły tego dostarczać, ale w ograniczonej, bądź zupełnie wykręconej formie. Jest wiele badań, które pokazują pozytywny wpływ doświadczania muzyki na żywo na wielu poziomach. Nie tylko na nasze samopoczucie, ale także poziom otwartości, możliwości kognitywnych, kreatywności czy relacji towarzyskich, które tworzą się na nowo bądź pogłębiają swój dotychczasowy charakter. 

Pandemia podsuwała pytania o zbędność pewnych obszarów życia, a kiedy wybuchła wojna w Ukrainie, ta dyskusja niejako rozlała się dalej. Wielu nihilistów – szczególnie z prawej strony – zaśmiewało się z okrutną satysfakcją. Koniec z pięknoduchami, teraz tylko wojsko i ojczyzna! Ku mojemu ogromnemu zdumieniu i obrzydzeniu, głosy popierające kurs nacjonalistyczno-militarny, na jaki rzekomo należy teraz skierować wszystkie wysiłki, można było usłyszeć także od części środowisk progresywnych. To właśnie tego typu hukanie powoduje wypowiedzi takie jak ta Ziółkowskiego: teraz nawet robienie festiwalu muzycznego musi być motywowane walką z Putinem, inaczej opinia publiczna cię zje. Tymczasem wizja rzeczywistości, w której mamy czas wolny i spędzamy go na konsumowaniu owoców kreatywności, to nie utopia przysuwająca ruską inwazję, a cel, do którego warto dążyć. Co więcej, festiwale muzyczne mogą być częścią odpowiedzi na wyzwania współczesności, np. w materii kształtowania świadomych postaw społecznych. Festiwale takie jak Audioriver i OFF wprowadziły szereg rozwiązań, które w organiczny sposób pokazują bardziej ekologiczny świat, zorientowany na recykling i bezmięsną dietę. OFF, Open’er, czy Unsound prowadzą panele i debaty, których oddziaływanie przez przyjemny kontekst festiwalu może być bardziej skuteczne niż podobne przedsięwzięcia organizowane w sztywnych, bardziej formalnych przestrzeniach. Można mieć różne opinie na temat festiwalu Pol’and’Rock, ale ten od zawsze miał pacyfistyczne przesłanie, zawarte w ogólnych, ale treściwych hasłach pokoju i miłości. Zapowiadając tegoroczną edycję, Jerzy Owsiak dobitnie podkreślał ten komunikat i trudno mu nie przyklasnąć. Nie będę oczywiście idealizował i twierdził, ze lwia część publiki przyjeżdża na festiwale po oświecenie. Ale nie da się pominąć faktu, że poza hedonistyczną zabawą z festiwalu można wyciągnąć coś więcej. Nie mówiąc o tym, że odpoczynek to wartość sama w sobie, niezależnie od jeżących włos na głowie twierdzeń pochodzących z jądra kultury zapierdolu. W czasach coraz większej izolacji i alienacji społecznej – nie tylko spowodowanej pandemią, ale także rozwojem zdalnych i indywidualnych metod pracy (które pandemia przyspieszyła) – pozytywne zbiorowe doświadczenia pozwalają utrzymywać człowieczeństwo, ludzką perspektywę, której internet nas często pozbawia. 

Idąc za pytaniem postawionym w tytule, należy odpowiedzieć twierdząco. Ale nie tylko Putina, a wszystkich nihilistów, którzy na ludzką naturę patrzą cynicznie i mrocznie. Świat jest dla nich przede wszystkim areną zmagań, a konflikt pierwotnym odruchem. Tymczasem żeby przetrwać, żeby odpowiedzieć na skutki katastrofy klimatycznej, potrzebujemy innej wizji. Putin, Kaczyński, Orbán, Trump czy Le Pen to wrogowie rozrywki, nieprzyjaciele przeżyć opartych na pozytywnym dzieleniu wartości, a nie antagonizmie. Festiwale muzyczne nie są jakąś idealną emanacją progresywnego świata, ale z pewnością elementem pozytywnej wizji rzeczywistości. Realiów opartych na kreatywności i dzieleniu się nią. Uniwersum wspólnot i społeczności, które mogą spotkać się pod jednym głośnikiem i iść razem z grupowym przeżyciem. Potłuczona przez pandemię branża muzyczna dostanie pierwsze lato od dawna, kiedy możemy odetchnąć od codzienności i nabrać sił do myślenia o tym, co dalej. Świat bez koncertów i festiwali, w ciągłym strachu, beznadziei i cieniu dystopijnych narracji, to świat pozbawiony pozytywnych wizji przyszłości, pozytywnych wspólnotowych doświadczeń i odetchnięcia od kapitalistycznego kieratu. Do zobaczenia pod sceną.

WIĘCEJ