Celibat kształtuje patologię, która odbija się na wiernych.

Kolejny tydzień, kolejne wieści o sprośnych wiadomościach wysyłanych przez jakiegoś księdza. Do tego w samym centrum Polski katolicko-nacjonalistycznej, w Białymstoku. Ksiądz Andrzej Dębski, gwiazda TVP, ma już w tym momencie cały plik oskarżeń o nagabywanie internautek, często naładowanymi wizjami przemocy wiadomościami. Jego kolega po fachu, Łukasz Gołębiewski, dyrektor Caritas diecezji drohiczyńskiej (o tej organizacji też kiedyś musimy pogadać, bo trupów tam tyle, że zamiast szafy mają cały magazyn na ich przechowywanie), miał rzekomo być bardzo aktywnym uczestnikiem aplikacji randkowej. Twierdził, że był w wielu gejowskich związkach i szukał następnego. Człowiek, który przekazał informacje do prasy, podzielił się treściami wiadomości. Tylko żeby moja dziura to wytrzymała stało się niemal memem, wywołując falę obleśnego rechotu, bo każda forma seksu niezgodna z heteronormatywnymi wzorcami to okazja do beki. 

Pomijając homofobiczne operacje na tej żywej tkance hipokryzji, te dwie sytuacje to żadna niespodzianka. Polscy księża, o czym piszą choćby Stanisław Obirek i Artur Nowak w swoich publikacjach, potrafią prowadzić rozbudowane życie erotyczne. Dynamika tych relacji to oczywiście piekło samo w sobie, zawierające zachwiany balans władzy, wstydliwy pancerz tajemnicy, a często wprost przemoc seksualną, ekonomiczną, czy psychiczną. Kościół katolicki – a szczególnie jego cursed wersja polska – ma wiele problemów, ale absurdalnie wrogi stosunek do ludzkiej seksualności, ustawiony przez znanego miłośnika kremówek i pedofili, Karola Wojtyłę, jest jednym z największych. Nauczani wręcz inkwizycyjnego stosunku do ciała i jego popędów, wpędzani w obyczajowy róg samotności, księża odreagowują na różne sposoby. Jedni próbują budować relacje na wzór tych regularnych, tworząc pseudorodziny na zakrystii, często z osobami pomagającymi przy kościele. Ba, lokalna społeczność może taki układ tolerować, bo że o nim wie, nie ulega żadnej wątpliwości. To niestety najbardziej optymistyczny scenariusz, bo najczęściej odbijanie seksualnej opresji przyjmuje zwyrodniałe formy. Jak u księdza Dębskiego, który wiedziony poczuciem władzy mógł snuć wizje na granicy gwałtu i częstować nimi osobę, która w ogóle nie wyraziła na to zgody. Czy, jak w wielu innych przypadkach, najzwyklejszej manipulacji słabszymi od siebie w celu uzyskania seksualnej satysfakcji. I nie mówię tu o pedofilii, bo to raczej osobna kwestia (czy celibat napędza pedofilię, czy do zawodu garną się pedofile, bo daje nieograniczony dostęp do dzieci, to problem, którym dzisiaj wolałbym się nie zajmować). Czy na parafialnych wyjazdach, czy po kościelnych uroczystościach, księża potrafią wykorzystywać swoją pozycję i wmanewrowywać w niechciane relacje, często powołując się na plany boże i inne tego typu pseudoteologiczne bzdury. Ofiary, wychowane w reżimie posłuszeństwa, a nawet uwielbienia wobec kleru, orientują się po czasie (o ile w ogóle), że to, co się stało, było przekroczeniem ich własnych granic. Taka trauma potrafi rzutować na całe życie i wszystkie relacje, w jakie wchodzi ofiara później.

Celibat jako forma kontroli to typowo katolickie narzędzie, które na przestrzeni wieków było stosowane coraz ostrzej. O ile jeszcze w średniowieczu otwarte życie rodzinne pośród kapłanów było dość powszechne, tak po Soborze Trydenckim z 1563 roku i encyklice Sacerdotalis caelibatus Pawła VI z 1967 (ten zipek dał się wciągnąć w wyjątkowo paskudne machinacje polskich teologów z Krakowa, działających zresztą pod przewodnictwem Wojtyły), pomysł dopuszczenia możliwości małżeństw przez księży praktycznie umarł. A w obecnej sytuacji, szczególnie na gruncie rodzimego kościoła, otwieranie dyskusji na temat jego zniesienia jest wręcz niewyobrażalne. Nie chcę idealizować innych zorganizowanych religii chrześcijańskich, ale nie da się ukryć, że kapłan realizujący się seksualnie otwarcie i bez demoralizującego jarzma tajemnicy, ma nie tylko zdrowsze życie, ale i lepszą relacje ze swoją społecznością. 

Kościoły się wyludniają nie tylko przez kolejne skandale, ale także przez coraz mniej zrozumiałą, wyalienowaną pozycję księży wobec ludzkich odruchów. Czy można spokojnie słuchać rad na temat seksu i związków z ust człowieka, który nominalnie powinien trzymać się od tej strefy z daleka? Celibat rodzi hipokryzję, która skutkuje cierpieniem. Pal sześć, jeśli to cierpienie dotyka tylko kapłana – jakoś nie jest mi żal ludzi, którzy zupełnie świadomie pakują się w ramiona tej demonicznej organizacji. Ale bardzo często to cierpienie kapłana przeradza się w ranienie innych, a psychiczny uraz może trwać całe życie. Czy gdzieś pośród polskiego kapłaństwa czai się wizja kościoła, w którym ksiądz jest człowiekiem otwartym na seksualność najróżniejszych odcieni (a nieheteronormatywnych księży jest naprawdę dużo)? Nawet jeśli tak, to jest tłamszona przez upadłych hierarchów. Na wieści o aktywnościach Gołębiewskiego, archidiecezja zareagowała przewidywalnie: nie wiadomo czy to prawda, to kolejna okazja do ataku na kościół… Gdyby ksiądz mógł spokojnie atakować dziurki, które go interesują, skandalu by nie było. Gdyby ksiądz Dębski mógł realizować się również jako partner, być może nie snułby marzeń o gwałtach na diecezyjnych biurkach. Historia polskiego kościoła jest pełna gdybania w kierunku otwartości i pogodzenia się ze współczesnością. Do stopnia, w którym same świątynie pustoszeją. I chyba bardziej cieszy wizja zupełnej atrofii kościoła katolickiego, aniżeli jego otwartego odrodzenia dla tiktokowej generacji. Szkoda, że zanim do tego dojdzie, ucierpi jeszcze sporo osób. 

WIĘCEJ