BOLESŁAW CHROMRY: CZŁOWIEK Z KOMIKSU

Sam o sobie mówi: „człowiek z zapałki czechowicko-dziedzickiej”: może i słaby jakościowo jak najtańszy mebel z IKEA, za to nie do wyplenienia. Nazywali go pedałem, brali za dziewczynę, ale to on miał w PLAYBOYU sesje, do tego z pieskiem, fakju loosers! Pieski, jak wiadomo, są najlepsze, tak inspirujące, że można im poświęcić swój prozatorski debiut. Chromry to prawdziwy kameleon: w dowodzie Damian, na okładkach Bolesław. Raz nastoletni buntownik z masce gazowej na szkolnym korytarzu, potem zapatrzony w barczystych strongmanów chłopak przed telewizorem, a zaraz znowu mąż przebojowej tatuatorki szlochający w berlińskim parku. Antyfan wystąpień publicznych, mówi cicho – a w głowie napierdalanko, fajerwrki. Twierdzi, że tylko miłość nas uratuje. Jedyne czego zawsze chciał, to być zajebistym rysownikiem i artystą. Wyszło.

MEBELEK Z IKEA

Nie cierpię swojego imienia. Jest naznaczone. Grażyna i Janusz mają pięćdziesiątkę, a Damian i Sandra są młodsi, koło trzydziestki. Damian kojarzy się albo jako typ zniewieściały, gejuszek albo taki, który rucha panienki. Poznałem wielu Damianów w życiu. Nie chciałbym ich poznawać więcej. Ale i tak Damian jest lepszy niż Adrian, wciąż. I Robert. Damian jest lepszy niż Robert.

Zawsze byłem człowiekiem przypałowcem, takim absolutnym. Kumulacją sytuacji dynamicznych. Taką osobą, że jak w Krakowie do tramwaju wsiada kaznodzieja tramwajowy – lump, co gada po tramwajach – to do mnie zawsze podejdzie.

Chodziłem do gimnazjum chamskiego w Hucie. Rejonowe, osiedlowe. Patrzyłem, jak, przez uległość, zmieniają się ludzie dokoła. Metale zazwyczaj nosili czarne spodnie typu dżins, sztywne albo co gorsza bojówki wojskowe. One są dłużej świeże, ale bardziej wchłaniają brud. Ćwiczyli w nich na WF, śmierdziało. Przemiana zaczynała się właśnie od spodni: z czarnych dżinsów na czarne dresy. Później włosy, na końcu były koszulki. I z metala robił się dresiarz.

Ja? Ja jestem kameleon. Nigdy do końca do żadnej subkultury nie należałem. Bardzo się boksowałem z tym. Bywałem hipisem, metalem, punkiem. Tylko nie dresiarzem. W gimnazjum przeżywałem ogromny bunt młodzieńczy. Rodzice co tydzień musieli do szkoły przychodzić, przez bite trzy lata. Byłem przypałową osobą, attention whore. Jak wojska amerykańskie weszły do Iraku, zrobiłem strajk z koleżanką w szkole. Jej stary miał demobil, przyniosła ciuchy i maski gazowe. Na przerwach siedzieliśmy w to ubrani naprzeciwko pokoju nauczycielskiego.

Szkoła kojarzy mi się z opresją, ale też z głodem. Wtedy nikt nie miał hajsu na jedzenie. Nie było kultury jedzenia, nie było barów, nie było tak, że w sklepie masz kawę i hot doga. Wszyscy byli niedożywieni i zaniedbani. Choć mam obserwację, że to zależy od województw. Podkarpacie jest takie bardziej rosłe. Największe bochny chleba, jak zaobserwowałem, to oczywiście Kaszuby i Poznań, tamci ludzie są po prostu jak ich rzemieślnictwo, zbudowani z solidnego dębu. Ja? Ja jestem z zapałki czechowicko-dziedzickiej. Takie najgorsze drewno, z jakiego się robi ikeowskie meble. Może jestem słabej jakości, ale za to nie do wyplenienia.

NO PORNO

Internet. Doświadczenie pokoleniowe. Wszyscy marzyli, nikt go nie miał, tylko bogatsi koledzy i koleżanki, przez telefon. Mnie ten upragniony, szerokopasmowy, dopiero w liceum podłączyli. Jak siadłem do komputera, to mój ojciec musiał go naprawiać, tyle wirusów naściągałem. Nie pornole, nie filmy, tylko pojedyncze piosenki w mp3. Napster, eMule, jeden kawałek się kilka godzin ściągał. Zacząłem od ścieżki dźwiękowej z musicalu Hair. Najgorsze zjeby słuchały wtedy Kelly Family, to był dopiero wstyd. Spice Girls? Wiadomo, podkładka do słuchania muzyki narkomańskiej, muzyki techno, do szaleństwa. LGBT.

Dokładnie pamiętam, co robiłem w 2001 roku, jak było World Trade Center. Kserowałem okładkę kasety Nirvana Nevermind. Po czym poszedłem do mojej babci, która dała mi obiad, a potem – do domu posłuchać. „Smells Like Teen Spirit”. A w tle cały czas te wieże.

Nigdy nie musiałem się zbyt często wypowiadać. Nigdy nie planowałem stać się osobą publiczną. Zawsze chciałem być zajebistym rysownikiem i artystą. A że cały czas pracowałem jak głupi, nie zorientowałem się, kiedy się coś zmieniło. W zeszłe wakacje, jak robiłem wystawę w łaźni w Gdańsku, czy na OFF-ie, nagle zaczęli ludzie podchodzić, pytać, czy autograf, czy jakieś zdjęcie, że lubią moje rzeczy, że moją żonę Magdę lubią… Dla mnie to było tak zawstydzające, że miałem ochotę się położyć na ziemię, żeby się to skończyło. Strasznie przytłaczające. Ta świadomość, to parcie, że teraz to już muszę crème de la crème wypuszczać. Ale już się przyzwyczaiłem. Magda mi tłumaczyła, że to jest miłe i potrzebne. Zauważyłem, że rzeczywiście, te moje rzeczy są istotne dla ludzi. Oni się faktycznie z tym identyfikują, żyją tymi rysunkami. Nie zdawałem sobie z tego sprawy.

Moja żona jest gwiazdą tatuażu, zapraszaną na konwenty na całym świecie. Jedziemy, ona pracuje, a ja sobie chodzę po parku. Jak ci polscy wieszcze, co wyemigrowali i jak beje chodzili i płakali po tych parkach. Teraz byliśmy w Berlinie. Przez kilka dni chodziłem więc po berlińskim parku i płakałem. A jeszcze bardziej żenujące było, jak się odważyłem i na ławce w parku rysowałem. Przełamałem swoją barierę. W Polsce bym się nigdy nie odważył wyciągnąć kartki. Mam problem z takimi czynnościami lajfstajlowymi, typu na przykład wychodzenie, korzystanie z jakiejś popularności. Jesteśmy z Madgą przejebani, siedzimy jak kapucyni w tym domu. Ale jak mam pieski i kochającą żonę, to to, że ktoś wywija nad Wisłą dens, mnie naprawdę jebie.

ŻÓŁTE PAPIERY

Często tak jest, że wrzucę coś na sociale, a potem stwierdzę, że to nie jest dostatecznie dobre. Albo mnie olśni, że mogę urazić jakąś grupę społeczną. Albo po prostu nie chcę, żeby było pokazywane. I kasuję. Wygląda na działanie jakiegoś spamera: wrzucam, ktoś zaczyna lajkować, a sekundę później już tego nie ma. To jest wyższy level. Rzecz, której nie można nigdy robić w social mediach! Ale dobrze, że to robię. Uważam, że nie ma co pokazywać pewnych rzeczy, nie można, trzeba pokazywać tylko te, do których się ma przekonanie, że są zajebiste. Wychodzę na wariata? YOLO. Jestem nim, leczę się psychiatrycznie. I co?

Jestem osobą bardzo porywczą. Może tego nie widać, bo mówię coś cicho, niewyraźnie, ale w głowie jest napierdalanko. Mam wielką żądzę wiedzy. Dosłownie wczoraj pisałem maila do szkoły muzycznej na Namysłowskiej, bo chciałem się zapisać na lekcje pianina dla dorosłych. Ale pani mi napisała, że nie ma takich lekcji. Myślałem, że będę nowym Chillym Gonzalesem, ale nic z tego.

Pamiętam, że pod koniec studiów chciałem zrobić artbook o największych ludziach świata. Też tych wszerz, upasionych. Interesowało mnie nie to, co się kiedyś zdarzyło, tylko ich dalsze życie, jak sobie radzą. I tak znalazłem Strong Mana, który nazywa się Damian Sierpowski. W dowodzie prawie tak samo jak ja: Damian Siemień. No i jakoś tak wyszło, że w 2012 założyłem mu fanpage’a. Ten sport, te zawody, były dla mojego pokolenia istotne. Przez wiele lat leciały w sobotę w prime timie, podczas sprzątania mieszkania ze starymi. Chyba każdy chłopak oglądał to z ojcem. A w tle napierdalający Irek Bieleninik. Ludzie cały czas piszą do mnie na feju. W sprawach kamieniarskich, bo Damian prowadzi taką firmę. O płytach nagrobnych. Albo czy siłownia – bo też ma siłownię swoją – czy siłownia w święta będzie otwarta.

Polityka? Skomentowałem parę razy parę rzeczy. Ale jak tak robię, to później mi się sprzeciw pojawia, że koniec, kurwa, tego. Nie chcę być określany jako komentator rzeczywistości. Nie mam w ogóle jakiegoś poczucia, że powinienem się wypowiadać, bo ja niewiele wiem.

ŻEGNAJ KORPO

Nie mam już etatu. Po sześciu latach życia, pięć dni w tygodniu biuro, bez weekendów, bo wtedy robiłem „swoje” rzeczy, w ścisku kręgów szyjnych, musiałem się wymiksować. Ze względów zdrowotnych, umysłowych i fizycznych. Ten etap został zlikwidowany w listopadzie zeszłego roku. Uroczyście jebnąłem reklamą i pożegnałem się z gąską. Zrezygnowałem z umowy na całość kwoty. Czujesz? Było to dosyć odważne z mojej strony. Rzuciłem finansowe uprzywilejowanie.

Decyzję o rzuceniu etatu podjąłem w ostatni dzień OFF-a. Neneh Cherry kończyła grać, my oglądaliśmy koncert w strefie alkoholowej przy śmietnikach, przy ochroniarzach. Pijesz, oglądasz. Byłem wymęczony, a OFF Festival to jest takie getto spoko ludzi. Nie parada openerowa pt. „mam hajs”, ci ludzie faktycznie wyglądają na wyrzutków. Jak się poznaje wyrzutka? Przecież widać po ryju.

Teraz jestem w czasie przejściowym. To fatalnie brzmi, ale taka prawda. Nigdy nie byłem w takim stanie przejściowym jak teraz. Żyję powoli. Muszę przyspieszyć, żeby zrealizować coś, z czego będę się cieszył. To oznacza więcej pracy, która niekoniecznie przyniesie efekt dzisiaj albo w tym tygodniu. Tylko na przykład za pół roku. Więcej odwagi.

JUŻ JEST WOJNA

Od zawsze wyglądam jak człowiek z komiksu. Kiedyś w Rossmanie podchodzę z byłą moją dziewczyną, ona jakąś szminkę tam kupowała, a baba z kasy: „Czy panie już skończyły zakupy?”. Przez wiele lat, w okresie dojrzewania ludzie w przestrzeni miejskiej uważali, że jestem dziewczyną. Całe życie byłem też wyzywany od pedała. Wspieranie osób wykluczonych wiąże się z całą moją działalnością, też ewangelizacją na temat zdrowia psychicznego. Mówię, żeby się nie wstydzić tego, że się chodzi do psychiatry i się ma w głowie burdel.

Oczywiście, że wspieram środowiska LGBT. Ktoś musi, kurwa, ich wspierać. Atmosfera społeczna w Polsce jest tak zła, że nawet się nie chce już płakać. Żeby wywołać rewolucję, nie można być miłym. Druga strona nigdy nie była. Na całym świecie był Stonewall i tu to wygląda teraz tak samo. Trzeba napierdalać, bić, to już jest wojna. Trzeba ją wygrać. Wierzę, wiem, że to się skończy. Tak mówi historia. W końcu musi być przełom.

Jestem zażenowany postawą większości kolegów i koleżanek po fachu. Ograniczają się do wrzucenia plakatu z napisem „mam przyjaciół i przyjaciółki, wspieram ich w walce”. Co to, kurwa, ma być? To jest właśnie ten obrzydliwy koniunkturalizm. Nie wiem, jak można nie przyłączyć się do tej walki, mając jakieś tam zasięgi. Mnie się wydaje, że to jest mój obowiązek, tak samo Magdy. Skoro mamy możliwość, to trzeba tłuc jak w garnek. Zabierając głos mam świadomość, że mi połowa followersów odejdzie. Ale są, kurwa, rzeczy ważne i ważniejsze.

WALCZYĆ, NIE SPIERDALAĆ.

Wychowałem się w katolickim domu. Nie mam jakichś wielkich dramatycznych przeżyć z tym związanych, bo moi rodzice nigdy nie narzucali mi jakoś ostro tej nauki, nie są dewotami, klerykałami. Zawsze trzeźwo myśleli. Szanuję inteligencję katolicką z „Tygodnika Powszechnego”. Księdza Adama Bonieckiego. Można być katolikiem i głosować na Lewicę.

Temat wiary pojawia się w moich pracach, bo jest mój. Nic mnie tak nie wkurwia jak to, co wyprawiają księża. To jest nadużywanie słabości ludzkiej. Wiem, jaką oni mają siłę. Mam awersję do księży od urodzenia. I do policji. W tym sensie jestem dresiarzem. Prawdziwy dresiarz ma wartości. Jak ty jesteś wierny dresiarzowi, to dresiarz zawsze będzie tobie wierny. Poza tym dresiarz ma kilka prostych praw, które się zawsze sprawdzają. Trzeba szanować swoich i jebać policję. Do tego się warto stosować.

Miałem kilka sytuacji, które wymagały pomocy policji, i ona się nie pojawiała. Było też kilka sytuacji, kiedy byłem przez policję nękany. W Polsce jest tak, że jak idziesz ulicą i widzisz policjanta, to się nie uśmiechniesz i zrobisz zdjęcie, bo to widowiskowy włoski policjant, czy brytyjski – tylko się boisz, czy na przykład nie masz przy sobie w kieszeni palenia. Albo, teraz, wyglądasz na LGBT. Tylko: jak wygląda osoba LGBT? Bo to się totalnie zmieniło. Środowisko artystyczne, LGBT dziś wyznaje przewaznie tendencje modowe normcore. Za to dresiarze są zadbani i mają przekoloryzowane włosy, pedikiur, manikiur, piękne ciała, wymuskane. Kilka lat temu właśnie tak wyglądające osoby były bite na ulicach i wyzywane od ciot i zniewieściałych lalusiów metroseksualnych. Taki paradoks.

Łatwo jest wydupczyć do Berlina. Ale skoro jesteśmy dalej w Polsce i nie zdecydowaliśmy się na emigrację, to trzeba walczyć o swoje do końca. Sam nie wyobrażam sobie z Polski wyemigrować. Mam tą świadomość, że muszę żyć w tej opresji. Czy to jest masochizm? Nie, to jest patriotyzm. Trzeba walczyć, nie można spierdalać. Za granicą wcale nie jest lepiej.  Poza tym – o czym ja bym rysował w tym Berlinie? Że mi się fajnie szkicuje w parku i club mate pije? Oglądałem ostatnio taki wywiad z Andrzejem Mleczko w ramach Akademii Sztuk Przepięknych Owsiaka. Pan Andrzej powiedział mu: „Robię to, co mi w duszy gra”. A ja powiem: „Nie robię tego, co mi w duszy gra”. I to jest puenta.

Może jeszcze: przez ostatnie miesiące szukałem sensu życia i go nie znalazłem. Stwierdziłem, że go nie ma, że nie warto go szukać. Bo sensem jest ta codzienność. Żeby to wszystko do przodu pchać, żeby było miło. Żeby było „kocham cię, kocham cię”.  Najważniejsza w życiu jest miłość, jasne. Trzeba się kochać. Don’t worry, be happy. Mówi to Bolesław Chromry.

 

Bolesław Chromry  – kryjący się pod pseudonimem polski rysownik, grafik i copywriter. Autor powieści graficznych („Elementarz Polski dla Polaka i Polki z Polski”) i fabularnych („Pozwólcie pieskom przyjść do mnie”). Swoje rysunki, ironiczne komentarze do polskie mentalności i rzeczywistości, regularnie publikuje na mediach społecznościowych rozbawiając nimi coraz szersze rzesze Polaków.

Pozwólcie pieskom przyjść do mnie, oraz innych dzieł Bolesława Chromrego, możecie posłuchać w formie audiobooka na platformie Empik Go. Więcej informacji znajdziecie tutaj.

WIĘCEJ