BŁOTO: muzyka rozerwanych więzi społecznych

Jazz, zdewaluowany powszechnie przez smooth jazzowych wyrobników, ma mocny antysystemowy i buntowniczy trzon. I właśnie z niego korzysta Błotoantysystemowcy, ale zupełnie inni niż Kukiz czy Konfederacja.

W powszechnej optyce jazz w ostatnich dekadach kojarzył się z muszką, krawatem i imprezą dla notabli na sztywniutko, a już ostatnie, co myślano o gatunku, to to, że ma rebeliancki potencjał. To oczywiście przekłamanie dokonane rękami kennych g tego świata, bo jazz (a przynajmniej jego najciekawsze obszary) od zawsze był stylistyką radykalną, gestem sprzeciwu, zdarzało się, że także politycznego. Szczęśliwie nowa fala jazzu, na czele której płynęli Kamasi Washington, młoda scena londyńska, a w Polsce EABS, zmieniła wizerunek gatunku, zasiliła go nie tylko kreatywnie, ale także wizerunkowo. Długoletni fani i fanki jazzu obserwowali to wzmożenie z lekkim uśmiechem, bo było jasne, że pod nieprzyjemną powierzchnią krawaciarstwa buzował cały bogaty świat dźwięków. Wracając do tego buntowniczego potencjału, to przypomina o nim Błoto, mocniejszy odprysk EABS, który we frenetycznej stylistyce i brudnym brzmieniu widzi nośnik dla ważnych treści o problemach dręczących nasz świat. O nowej płycie projektu zatytułowanej Kwasy i zasady, przekazywaniu myśli w muzyce bez słów i stanie świata rozmawiamy z Markiem Pędziwiatrem (klawisze) i Sebastianem Jóźwiakiem (spiritus movens).

Paweł Klimczak: Zacznijmy od tego, co widać, czyli okładki. Skąd pomysł na 1988 i taką formę? Mnie się kojarzy mocno z Dezerterem, punkowymi zinami…

 

Marek Pędziwiatr: Jest panczurowa! (śmiech)

 

Sebastian Jóźwiak: Pomysł wziął się przede wszystkim z tego, że animisiewasz, który robił okładki wcześniej, uznał, że sam siebie nie przeskoczy po zrobieniu dwóch i lepiej, żeby trzecią zrobił ktoś inny. I jak sobie z nim dywagowaliśmy, kto byłby odpowiedni do tego – wiedząc, jakie mamy założenia do tego projektu: lo-fi, bo taka będzie muzyka, coś przesterowanego, starty papier, dwa kolory – to pomyśleliśmy, że 1988 będzie dobrym motorem do zrobienia tego. Zgodził się, bo nie robił żadnej okładki od jakiegoś czasu. Zresztą byliśmy w kontakcie od dawna, bo chcemy, żeby zrobił remiks „Mostów” EABS na 7”. Znamy się z Przemem od lat. A do tego jeszcze doszła sytuacja, gdzie Marek i Przemek byli nominowani do Paszportów Polityki, gdzie sobie rozmawialiśmy w kuluarach, że nieważne kto wygra, i tak będzie fajnie.

 

MP: I efekt końcowy był na maksa zadowalający, okazało się, że ta okładka idealnie koresponduje z muzyką. Tak, jak słuchaliśmy rapu z kaset, tak punk też był jechany na kasetach. Tak, jak ta płyta brzmi, tak wygląda ta okładka i vice versa. Jestem przede wszystkim zadowolony z tego, że udało nam się znowu nagrać coś nowego, czyli przepuściliśmy ten album przez taśmę magnetofonową. Jacyś puryści brzmienia krystalicznie czystego mogą nas udusić za to, ale dla nas to brzmi bardzo spoko.

fot. Ola Bodnaruś

PK: Ciekawe, że ten materiał nie wyszedł też na kasecie, dla pełnego efektu.

 

SJ: Nie było już za bardzo czasu, żeby to zrobić. Sprawa wyglądała tak, że nagraliśmy tę płytę w styczniu, w połowie lutego ona była nie tyle zmiksowana, co już zmasterowana i wrzucona do tłoczni, żeby można było dostać test-press i odpalić preorder. Właściwie na niechlujności nam od samego początku zależało, bo taki był koncept tego albumu. Chcieliśmy pójść po linii najmniejszego oporu.

 

PK: Bardzo mnie ciekawi, co znaczy linia najmniejszego oporu w przypadku zespołu o tak wysokim poziomie i przy tak doświadczonym wydawcy.

 

MP: Wiesz, jest to pewnego typu minimalizm. Kto lepiej zrealizuje tę muzykę, niż my sami jesteśmy w stanie to zrobić? To dotyczy miksów, masteringu…

 

SJ: Układania mikrofonów na salce…    

 

MP: Wszystko własnym sumptem i summa summarum efekt może być niedoskonały, ale właśnie o to chodzi!    

 

SJ: Jednym z motywów, który nas w tę stronę popchnął był Memphis rap i DJ Spanish Fly.

 

MP: Spędzaliśmy godziny na jeżdżeniu samochodem z Wrocławia do Warszawy i z Warszawy do Wrocławia i słuchaliśmy właśnie takiej muzyki …

 

SJ: I za każdym razem mówiliśmy, że musimy zrobić płytę, która będzie tak parszywie brzmiała. Ale wiedzieliśmy, że nawet jak zrobimy to jak najparszywiej się da i tak ta płyta będzie brzmiała dobrze.

 

MP: No i nie aż tak obskurnie. W końcu mówi się, że jak w sety wplatasz jakieś kasetowe kawałki z Memphis i puścisz kawałek z innej bajki, to to w ogóle do siebie nie pasuje.

 

SJ: To jest też związane z tym, że żeby osiągnąć w pełni tamten efekt, musielibyśmy przegrywać z kasety na kasetę na kasetę. Wtedy byśmy mieli ten downgrade do tego stopnia – kilka taśm, przyspieszanie ich, zwalnianie… Ale na przykład przez to, że nagrywaliśmy na taśmę, to mieliśmy problem z synchronizacją z cyfrowym wideo.

PK: Czy to jest ten konceptualny punkt, w którym Błoto różni się od EABS? Ta, jak to nazwaliście, niechlujność?

 

MP: Wiesz, bywa różnie. Jak zaczynaliśmy z Błotem, nie wiedzieliśmy z czym się je to błoto. Na początku mieliśmy tylko tę sesję 90-cio minutową z muzyką improwizowaną i zaczęło się od tego, że nie mieliśmy żadnego konceptu, czyli antyteza EABS. A z drugiej strony nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy z EABS zrobili coś podobnego.

 

SJ: Idąc torem historycznym powstania Błota: pierwsze to było przypadek, czyli zmotanie sesji na kolanie, bo w piątek o 17:00 zadzwoniliśmy, że o 21:00 będziemy w studiu i to było szczęście, że to się mogło zrealizować. Gdzie większą część czasu w studiu trzeba przeznaczyć na podłączanie sprzętu, a tam mieliśmy dość dobre warunki, bo sprzęt był wysokiej klasy, mieliśmy własne instrumenty, więc jedyną przeszkodą do nagrania Erozji było to, czy z 90 minut nagrań uda się wydobyć 40 minut na płytę. To jest cudowne, że to się udało.

 

MP: Teraz, jak już funkcjonujemy, to się wiąże z jakimś ryzykiem. Wtedy nie mieliśmy nic do stracenia. Jak masz ustabilizowany zespół, możesz zaplanować, zainwestować, pójść do studia i finalnie się okazuje, że klapa, że nic się nie da wybrać. A tu się okazało przypadkiem, że się udało i mamy debiut.

 

SJ: No stąd jest potem przejście do Kwiatostanu, projekt, który mogliśmy zrealizować już w naprawdę dobrych warunkach poniekąd, bo dostaliśmy propozycję, żeby nagrać materiał zwiastujący nadejście nowego klubu na mapie Warszawy, Jassmine. Ale tam mieliśmy do wykorzystania np. mikrofony, które są Rolls-Royce’ami studyjnej pracy. Mieliśmy high-end, gdzie sufit się powoli kończy pod tym względem. I tutaj dochodzimy do trzeciej płyty, gdzie miało być jeszcze zupełnie inaczej, a jedynym utrudnieniem było to, że musimy zrealizować nagrania na wideo. Więc nie mogliśmy nagrać w stu procentach improwizowanego setu, tylko musieliśmy mieć pomysły wcześniej i eksplorować to w trakcie nagrania. I dochodzi kwestia dwongrade’u materiału wyjściowego. Po pierwsze mała ilość mikrofonów i ilość śladów zredukowana do minimum. Do tego stopnia, że ty Marek miałeś chyba trzy klawisze wpięte w jeden ślad, co generowało problem w miksie.

 

MP: Czyli finalna ingerencja w miksie była znikoma.

 

SJ: Cztery ślady: bębny jeden, klawisze drugi, bas trzeci, saks czwarty, ewentualnie piąty Olaf z klawiszem, bo też zaczął na nim grać. A w EABS tak zostało teraz przyjęte, że praktycznie każdy ma swój klawisz, na nowej płycie będzie to słychać.

 

MP: My jesteśmy zadowoleni, że w ogóle pierwszy raz udało nam się zrobić płytę tak minimalnie zorganizowaną, ale też ta muzyka jest minimalna, to chyba nasza najbardziej minimalna płyta, jeśli chodzi o warstwę muzyczną. Te groove’y są takie stabilne i infekujące.

fot. Ola Bodnaruś
fot. Ola Bodnaruś

PK: To ciekawe, bo w sumie w EABS odbyła się podobna ewolucja – Discipline Of Sun Ra jest waszą najbardziej ascetyczną płytą.

 

MP: To jest właśnie ta dyscyplina!

 

PK: Mnie w tym wszystkim szczególnie interesuje jedna kwestia, która charakteryzuje Błoto. Jazz to muzyka buntownicza, idąca w poprzek, w jakiś sposób antysystemowa.

 

MP: Ja bym użył określenia, że buntownicza też. Co jest wypadkiem tego, co powiedział Miles Davis, że jazz to jest social music. Można z tego wyjść. I tutaj drzewko się rozrasta: można iść w politykę, można opowiadać o problemach społecznych, można snuć metafory, jak my, które jak się spojrzy głębiej, właśnie oddają klimat naszego kraju.

 

SJ: I chyba ostatnie, co chciałbym powiedzieć, to że jest to muzyka antysystemowa, bo to słowo się strasznie zdewaluowało w naszych czasach, szczególnie na naszym podwórku. Bo antysystemowy jest Kukiz ’15, antysystemowa jest Konfederacja, więc nie chciałbym być antysystemowy w tym kontekście, bo to jest wstyd po prostu.

 

MP: Fajnie by było, jakby nasza muzyka miała taką siłę, że mogłaby zmienić, czy rozwalić system, zmienić nasze losy. Moim zdaniem muzyka ma tę siłę, żeby opisywać to, co się dzieje tu i teraz. Ta funkcja rozrywkowa, w połączeniu z socjalnym aspektem muzyki, może leczyć ludzi po prostu. Sprawiać, że będą czuli się lepiej w tym systemie.

 

SJ: No, no, coś w tym jest. Jeżeli to by była muzyka socjalna, nie dotykająca tych najwyższych sfer, tematów, że my tu będziemy Polskę zmieniać, bo to się nie uda. Nasze liczby są za niskie, gdybyśmy byli Ekipą, to by się może udało! (śmiech)

 

PK: Ale zwracacie uwagę na różne ważne tematy, choćby na ekologię, jak na dwóch pierwszych płytach.

 

SJ: Tak. Przy słuchaniu tego chcemy, żebyś pomyślał, że wycinamy za dużo lasów. Może ktoś sobie o tym pomyśli, ale czy cokolwiek z tym zrobi? Wiemy, że ludziom na przyrodzie chyba zależy, bo przecież jak przyszedł lockdown i ludziom zabrano możliwość wchodzenia do lasów, to było dosyć mocne.

PK: Tu się tak zastanawiam, bo żeby uruchomić te wszystkie konteksty w muzyce bez słów, należy sięgnąć do źródeł pozamuzycznych – wkładki do płyty, wywiady itd. To może być problem, biorąc pod uwagę sposób, w jaki dzisiaj się słucha muzyki. Jakie jest wasze podejście do tego?

 

MP: Ja kiedyś rozkminiałem sobie utwór „Sound of da Police” Krs-ONE i doszedłem do wniosku, że refren tego utworu nie jest jego największą siłą, największą siłą jest kontekst. Aura cała, ta wściekłość. I tym się broni ta muzyka bez słów, aurą.

 

SJ: Poza tym razem z płytą dajemy słuchaczowi klucze do kontekstu. Są tytuły, które odnoszą się do głównego tematu przewodniego, jakim jest tytuł albumu, dajemy małą definicją na każdej z płyt, czyli czym są erozje, czym jest kwiatostan, czy czym są kwasy i zasady. Przy czym staramy się dostosować prawdziwe znaczenie definicji, podkreślając wagę jakiegoś słowa, które będzie się odnosiło do jego szerszego znaczenia. Czyli w erozjach nie chodzi o to, że kropla drąży skałę i ona ulega zniszczeniu, tylko, że erozje dokonują się na poziomie społecznym, ogólnie. Nie tylko jeżeli będziemy widzieli, że niszczymy, czy erodujemy planetę, tylko również między nami dochodzi cały czas do erozji tych społecznych więzi, które są jakimiś korzeniami. Jeszcze bardziej widoczne to było na Kwiatostanie, gdzie ten kwiatostan, który jest systemem tych pędów powiązanych, to ten system, my jesteśmy tymi kwiatami, kwiatem polskiej młodzieży, jak to powiedział Bedoes. Odbiera nam się kolory, nie możemy być barwni, nie możemy być tęczowi, nie możemy mieć pełnych wolności – to widzimy na co dzień. Nie wszyscy mają równe prawa, a innym są one po prostu zabierane.

 

MP: Czyli wracając do metafory i przejścia z Erozji do Kwiatostanu, jeżeli będziemy mieli martwe podłoże i tę przysłowiową glebę, to kwiaty na niej nie wyrosną.

 

SJ: Znowu ta płyta jest podzielona na stronę A i B: kwiaty ogrodowe, które są bardziej pod ochroną, o które ogrodnik musi bardziej dbać, a są też i kwiaty polne, jak mlecz, który rośnie mimowolnie i jak chcesz mieć ładny trawnik, to będziesz go pielił, bo on ci i tak wyrośnie na każdym klombie, jak inne chwasty.

 

MP: A z drugiej strony kwiaty ogrodowe funkcjonują w jakimś systemie, one nie są wolne, mogą być w każdym momencie ścięte. I to ścięcie jest decyzją ich właściciela, właściciela gruntu. Ten landlord nadaje system.

 

SJ: I tutaj możesz sobie podłożyć różne rzeczy, jeżeli będziesz rozkminiał: czy artyście chodziło o to, że partia rządząca kładzie w pędach swoje kwiaty ogrodowe w Orlenie, czy cokolwiek – sam możesz sobie dopowiedzieć o co chodzi.

 

PK: To jest siła metafory właśnie! W ogóle można odnieść wrażenie, że jazz coraz mocniej angażuje się bezpośrednio w pewne sprawy – mamy Your Queen Is A Reptile Sons Of Kemet, na płycie Sneaky Jesus znajdziemy utwór o brutalności amerykańskiej policji, jest wasza działalność… Mieliśmy ErozjeKwiatostan, nowa płyta to Kwasy i zasady, czyli klucz chemiczny.

 

MP: To była naturalna reakcja, na to, co się dzieje.

 

SJ: Dla mnie to jest dalej jeden korzeń metafor, bo chemia występuje w naturze. Bardziej zrezygnowaliśmy z jednosłownego tytułu. Płyta miała się na początku nazywać Kwasy. Ale Kwasy i zasady brzmi mocniej i znowu nam to pozwoliło podzielić płytę na dwie strony. Mieliśmy gleby jałowe i gleby żyzne na Erozjach, kwiaty ogrodowe i kwiaty polne na kwiatostanie, a tu masz kwasy i zasady. Jedne neutralizują drugie. A żyjemy w czasach, gdzie kwasów mamy już tak dużo, że przydałoby się coś, co by je trochę zagasiło. Tu jest pies pogrzebany w tym wszystkim, bo praktycznie nie ma niczego, co neutralizowałoby tę ilość kwasów. Ludzie są tak striggerowani, że są w stanie doskoczyć sobie do gardła o wszystko.

 

PK: To prawda, sam brałem udział w trakcie tej pandemii w wielu niemiłych sytuacjach.

 

SJ: Ale nawet bez pandemii ten temat byłby na tapecie jasno dostrzegalny, bo odnoszę wrażenie, że my, jako społeczeństwo, nie jesteśmy już w stanie zrobić nic razem. Zobacz, była teraz jedna rzecz, którą należałoby zrobić razem – pieniądze z Unii Europejskiej – a i tak się o to pokłócono.

 

PK: Tylko mówisz tu o parlamencie, dość specyficznej zbieraninie ludzi.

 

SJ: No tak, ale to zakwaszenie na poziomie politycznym prowadzi do zakwaszenia po stronie społecznej. Jedni i drudzy mają swoje media, więc co za różnica, czy mnie podkurwi TVP, a ciebie TVN, skoro jedni są sterowani przez kapitał, a inni przez pieniądze z budżetu państwa.

 

MP: A na końcu jesteśmy my, zdezorientowani tym, co się dzieje. O tym są właśnie Kwasy i zasady.

 

SJ: Zostawiając nawet propagandę TVP, to oglądając np. TVN, zobacz, jaka tam jest wizja świata w serialach, co sprzedają ludziom do głowy, jak tam wygląda klasa średnia. Czy ona nie jest przypadkiem klasą średnią warszawską, czy inną i czy to nie powoduje tego, że ludzie, którzy to oglądają, nie są wkurzeni, że nie mają takich mieszkań, jak w Na wspólnej i żyją w syfie, bo ich na nic nie stać?

 

PK: Sobie tak rozmawiamy o ważnych sprawach, które próbujecie podnosić w waszej muzyce. Ale jak wam się wydaje, ile z tego dociera do słuchacza? Np. jest z tym problem na scenie klubowej, gdzie przez brak bezpośredniego nośnika treści – słów – oryginalny kontekst i charakter kultury klubowej, który jest mocno polityczny i zaangażowany, zatarł się kompletnie. Ze szkodą dla sceny, przejętej przez ludzi pozbawionych wartości. Trochę szkoda by było, żeby wasza praca intelektualna i te ważne rzeczy, które chcecie przekazać, gubiły się w szumie.

 

MP: Myślę, że dopóki ludzie nie usłyszą, co my mamy w głowach, każdy może sobie tę muzykę interpretować na własny sposób.

 

SJ: No i jednak nie dysponujemy wielką publicznością. To byłoby bardzo życzeniowe podejście, że dużo ludzi by za tym poszło, że chcieliby zrobić cokolwiek, żeby nie działo się to, co się dzieje.

 

MP: No, ale to ta sławna praca u podstaw, to uprawiamy. (śmiech)

 

SJ: Nie, bo my możemy powiedzieć, że wymyśliliśmy sobie to i nagraliśmy w czasach, w których to się dzieje. Wydaje mi się, że my tego nie robimy na dzisiaj, tylko na wtedy, kiedy spojrzymy wstecz, za dwadzieścia lat. Dopiero jak będziemy mieli większy dystans czasowy, będziemy mogli spojrzeć i powiedzieć, że to nic nie spowodowało, bo świat poszedł do przodu i się jeszcze bardziej zepsuł. Chociaż ciężko jest mi sobie wyobrazić jeszcze bardziej zepsuty czas.

 

PK: Oj, katastrofa klimatyczna wkłada tu parszywie głowę.

 

SJ: No tak, ale będziemy musieli z tym żyć. Ona nastąpi dlatego, że już nastąpiła destrukcja więzi społecznych. Kolejna płyta EABS będzie inspirowana trzecią częścią Odysei Kosmicznej Arthura C. Clarke’a. 2061 rok, czyli czasy, których być może dożyjemy. W tamtej książce już jest tak, że doktor Haywood Floyd ma ponad 100 lat i brał udział w wielu odysejach kosmicznych, niezbyt się zestarzał, bo ciało inaczej działa w kosmosie. Jego wnuk został kosmonautą, też brał udział w wyprawach. Ale tam jest całkiem ciekawa sprawa, bo on w tym 2061 roku zauważa, że ludzie jednak ze sobą współpracowali. Powstało państwo, w którym biorą udział Amerykanie, Afrykanie, a nawet Chińczycy i Rosjanie. I żeby się wydostać z Ziemi, która nie będzie miała racji bytu, potrzebny jest wspólny wysiłek ludzki. Bo jeżeli ludzie mieliby się dogadać na poziomie korporacyjno-narodowym, to pewnie w ostatnim możliwym momencie, chwilę przed katastrofą.

 

PK: Szanuję taką głęboko humanistyczną nadzieję, ale obawiam się, że nawet świadomość nadchodzącej katastrofy nas nie połączy, nie oduczy złych nawyków, nie zmieni systemu. Cały czas mam przed oczami te osoby z torbami z luksusowych butików, po pas w wodzie w zalanej Wenecji.

 

SJ: No o to w tym wszystkim chodzi, że niestety to nie zadziała… Co by się musiało zdarzyć, żeby Putin chciał się dogadać z władzami Chin, a na to wszystko jeszcze Joe Biden im przybije piątkę i powie: kurde, było tyle tych wojen, ale teraz musimy się dogadać, żeby jechać dalej? Naszą dzisiejszą utopią jest tyle i aż tyle – zgoda. To jest praktycznie nie do zrobienia.

WIĘCEJ