„CAVALCADE” BLACK MIDI: Ćwiczenie z twórczej pretensjonalności i zaskakująco pięknej muzyki

Londyńczycy pozostają jednym z najbardziej ekscytujących gitarowych zespołów. Moment. Stop. Jednym z najbardziej ekscytujących zespołów po prostu.

Gdy ukazuje się taki debiut jak Schlagenhiem black midi, wychwalanie go lub rzetelna krytyka jest zwykle tłem do spekulacji na temat potencjału i następnego kroku. “Wyobraźcie sobie, co oni jeszcze mogą osiągnąć, jeśli tak zaczynają”. I w momencie, w którym już wiadomo, co mogą, warto się pochylić właśnie nad tym, jak w to miejsce dotarli. Debiut londyńskiego kwartetu był bowiem niemal doskonałą nowoczesną rekonfiguracją tego, co w brytyjskim post-punku było najlepsze, chociaż nie zostało dostrzeżone przez szeroką publiczność. Chłopaki skutecznie przejęli schedę jednego z najbardziej fascynujących zespołów w historii tego prądu – This Heat. Harda matematyka przełożona na manualne akrobacje ubrane w ogłuszający przester w połączeniu z meta-artystowskim zacięciem Geordiego Greepa to propozycja nie dla każdego – i bardzo dobrze. black midi, oprócz oczywistych predylekcji do tworzenia zwyczajnie fascynującej muzyki i twórczego recyklingu zapomnianych tworów, umieją okiełznać rzekomą pretensjonalność i wywrócić ją na drugą stronę – uczynić z niej ważną część swojej tożsamości pozostając przy tym całkiem zajebistym rockowym zespołem.

Black Midi - Cavalcade

Gdy występowali na katowickim Off Festivalu w 2019 roku, kompozycje, które ukazały się ledwie w streamingach i na fizycznych nośnikach ledwie kilka tygodni wcześniej zostały przez nich rozwinięte i pociągnięte o wiele dalej. Kwartet bezwysiłkowo bawił się w upsychodelicznioną wersję Marcus Miller Band – jazz fusion dla fanów sonicznej estetyki Steve’a Albiniego. I ten kierunek znajduje częściowo swoje odbicie na drugim albumie grupy – słusznie zatytułowanym Cavalcade. Na wielu poziomach jest to progres na niezliczonej ilości frontów, mimo że z powodów problemów ze zdrowiem psychicznym z nagrywania albumu musiał zrezygnować Matt Kwasniewski-Kelvin (nadal pozostający członkiem zespołu). Instrumentalnie trio z dodatkowymi muzykami (m.in. grającymi na skrzypcach i klawiszach) są mile od tego, gdzie byli jeszcze w przedcovidowym świecie. Songwritersko Greep także czyni niemałe postępy próbując pisać faktyczne, klasycznie rozumiane chociaż wykrzywione w wielu miejscach, piosenki. Cavalcade rozbija się miejscami o przepych, ale prezentuje także momenty rezerwy i skromności, która jest równie mocna co gałki na piecach rozkręcone do spinaltapowskiej jedenastki.

Otwierający “John L” to atak epilepsji zagrany na klasyczne rockowe trio ze wsparciem semi-orkiestrowego składu. Brutal prog w najczystszej postaci, który po początkowym szoku poznawczym odkrywa przed słuchaczem pokłady zaskakującego ciepła. Ten, do przesady epicki, numer przecina jednak od razu “Marlene Dietrich” – do tego momentu najdelikatniejszy i najbardziej ujmujący utwór, który black midi miało szansę zaprezentować (chociaż stan ten zmieni się już kilka utworów później). Math rockowe kombinacje, na których wyrósł ten zespół przypominają o sobie co jakiś czas. Cavalcade to jednak suita szokująco czułych i wysublimowanych kompozycji, które chętnie swego czasu napisaliby pewnie Robert Fripp czy Peter Hamill. Ocieranie się o świat rocka progresywnego zawsze jest ryzykowne. Ciężko o gatunek bardziej obciążony przez swoją egzekucję i otoczkę. black midi nie bawią się jednak w kalambury z motywami guilty pleasure, szczerze wykorzystują najciekawsze i najbardziej przekonujące odnogi tego prądu.

Na osobną notkę zasługuje zamykające “Ascending Forth”. Numer, który niemal 10-minutowym czasem trwania zapowiada mocne przeżycia. I, spoiler alert, robi to w sposób przewrotny – będąc konsekwentnie wysublimowanym ćwiczeniem w urzekających melodiach i niedochodzeniu do oczywistego climaxu, który skutkowałby instrumentalną jatką. black midi twórczo grają z oczekiwaniami na temat samych siebie i dają w ten sposób pole do wykorzystania wszystkich swoich instynktów, których nie mieli okazji uwolnić przy okazji Schlagenheim, dla którego Cavalcade jest udanym sequelem pod każdym względem. Mimo że brzmieniowo stara się jak najbardziej odróżnić od swojego przodka. black midi pozostają jednym z najbardziej ekscytujących gitarowych zespołów. Moment. Stop. Jednym z najbardziej ekscytujących zespołów po prostu, a cała rezerwa spowodowana ich, z pozoru pretensjonalnym, artystkowskim zacięciem stała się w tym momencie esencjonalnym elementem ich uroku i jednym z najcenniejszych walorów ich istnienia. Mało rzeczy wymaga bowiem większych jaj niż bycie pretensjonalnym w twórczy sposób.

fot. Yis Kid
WIĘCEJ