Dopóki będę mógł, będę uczestniczyć w życiu osób LGBTQ+ – deklaruje Lulla.

Lulla la Polaca to symbol polskiego dragu. Będąc najstarszą, prawdziwą królową naszej sceny przeżyła nie tylko wszystkie etapy rozwoju tej kultury, ale także Powstanie Warszawskie, będąc jeszcze dzieckiem. Jest to osoba o niesamowitej energii i sile, która inspiruje mnóstwo ludzi, w tym queerowe dzieciaki, generację przyszłości. Dzieje się to w dwie strony – tak naprawdę ci młodzi ludzi są dla Luli ogromną motywacją i wsparciem. 

Cieszę się, że jak idę w Paradzie, przede mną, za mną i obok mnie idzie tłum młodych, fajnych, ciekawych ludzi, którzy są przynajmniej o 50 lat ode mnie młodsi. Między nimi czuję jakbym był ich rówieśnikiem. W jakiś sposób mnie uskrzydlają. Mam poczucie, że nie zwracają uwagi na wiek, tylko traktują mnie jako równego sobie, tego z którym mogę pójść na imprezę czy nieść flagę. Są ciekawi mojej historii, chcą mnie słuchać i tego, jak kiedyś było. Czuję, że jestem potrzebny – przyznaje Lulla.  

Jest szczera w swoich przekonaniach, stanowcza wobec wszelkich przejawów dyskryminacji. Na swój sposób walczy o Polskę bardziej europejską i równościową, sprawiedliwą dla wszystkich, zwłaszcza tych wykluczonych. Lulla to Andrzej, który jest aktywnym uczestnikiem zmian, będącym dumny z bycia Polakiem, oraz niosącym tęczę nad głową.

Dla Luli wspieranie osób queerowych jest ważną częścią codzienności. Dlatego jest tak bardzo aktywna społecznie i otwarta na różne inicjatywy. Nie może znieść dyskryminacji i dezinformacji, które są częścią surowych realiów w Polsce, a które sieją politycy oraz kościół. Uważa, że jednym z problemów jest też niedocieranie informacji z różnych, alternatywnych źródeł informacji, nie tylko tych państwowych, na wsiach i w małych miasteczkach. Brak rzetelnej i dostatecznej informacji to tylko połowa problemu, inny – propaganda ze strony tych oficjalnych mediów, które są kontrolowane przez rządzących. 

Skąd mają czuć, jak im ciągle przez rządzących się wmawia, że LGBT to jakaś zaraza narodowa. Ten całe odium nienawiści drzemie, ponieważ w takich małych miejscowościach, gdzie dociera tylko kanał państwowy i stacje radiowe, wmawia się, że LGBT to zagrożenie dla nas wszystkich. Ale dla kogo „nas wszystkich”? Naszej wioski, powiatu, regionu? Czy my jako środowisko tęczowych ludzi wchodzimy komuś do domu? Zabieramy im dzieci, podrzynamy gardła, wieszamy na gałęziach? Nie! To właśnie ci ludzie, którzy są źle karmieni informacją na temat LGBT powodują, że młodzi ludzi ze wsi nie wytrzymują presji i odbierają sobie życie.

Andrzej od zawsze wolał szczęście od pełnego poczucia bezpieczeństwa. Oczywiście, był dosyć ostrożny z pokazywaniem swojej orientacji tym, którzy nie potrzebowali tego wiedzieć. Czasy PRL-u tego wymagały, chociaż ciężko powiedzieć, że teraźniejsza sytuacja zmieniła się o 180 stopni. Jednak od dłuższego czasu jest otwartym gejem i totalnie się tego nie wstydzi pokazać. Zauważa, że w pewnym sensie był uprzywilejowany ze względu na miejsce urodzenia i otoczenie. Realia w Warszawie, w której istniał, mogły być zupełnie inne w porównaniu z mniejszymi miejscowościami. Obracając się w środowisku artystycznym, był otoczony atmosferą empatii do tego, kim jest. Miał też wsparcie od członków rodziny, szczególnie ojca.

Ja nie odczułem nigdy takiej presji, dlatego, że mój ojciec nawet się cieszył z tego, kiedy przeprowadziłem do domu swojego przyjaciela-kochanka. W czasie Świąt Bożego Narodzenia potrafił posadzić nas na swoje kolana i przytulić wśród gości. Powiedział wtedy, że cieszy się mieć dwóch synów. To mnie w jakiś sposób wyzwoliło, że nie muszę ukrywać swoich skłonności, że podobają mi się mężczyźni. Wiedziałem, że nigdy nie będę w związku z kobietą. Bo po co ją oszukiwać? Po co oszukiwać siebie?

Homofobia ma wiele wspólnego z toksyczną męskością. Te zjawiska mają wiele oblicz i są destruktywne nie tylko dla jednej grupy społecznej. Jeżeli homofobia może kogoś nie dotyczyć, tak toksyczna męskość dotyczy całego społeczeństwa. Jest szkodliwa nie tylko dla mężczyzn, może być nawet niebezpieczna, zwłaszcza dla osób utożsamiających się z płcią męską, które nie pasują ustawionym normom społecznym. 

Lulla to artystka, która miała okazje występować na różnych scenach i dla różnej publiczności. Nigdy nie doświadczyła przykrych i niebezpiecznych momentów. Jednak zdążyła spotkać się z różnym odbiorem swoich występów. Wspomina warszawski klub VooDoo i kontyngent, który można tam spotkać. Lulla zauważa, że jest to raczej miejsce heteronormatywne, w którym jest pełno tak zwanych macho. 

Tutaj ma obroże, tutaj łańcuch, to jemu się wydaje, że rządzi całym klubem i wywołuje strach. Ale ja się nie boję! Dlatego że idę na scenę, mam szpilki, duży kapelusz, kolię, sukienkę i ja wiem, że on stojąc w mrocznym kącie rozdziawia gębę i chłonie. Najprawdopodobniej by chciał stać tu koło mnie i się zabawić, ale nie, jest królem, „prawdziwym mężczyzną”. 

Często się okazuje, że najbardziej homofobiczne i agresywne postacie to tylko osoby, które cierpią od wewnętrznej homofobii i są po prostu krypto gejami. Mogą być zazdrośni o to, jak ktoś potrafi wyrażać się w sposób kobiecy, na przykład przez sztukę dragu jak Lulla. 

Czasami po nich widać, że tak naprawdę chcieliby wejść w ten świat zabawy, dragu czy gay party. Na chwilę odrzucić ten kreowany obraz i stać koło ciebie z szklaneczką. Powiedzieć coś miłego. To wtedy z nich wszystko odpływa i ta męskość gdzieś zanika. Może na jeden wieczór, może tylko na ten moment. Nieliczni są wystarczająco odważni do tego – mówi Lulla. 

Takie osoby nie mogą pozwolić otworzyć się przez presję, otoczenie, wychowanie i strach. Niektórzy nawet boją się tego, że im się to spodoba, że zachcą spróbować siebie w czymś nowym, skusić się ugryźć zakazany owoc.

Chowanie głowy w piasek jest bez sensu – Lulla

Nie ma co ukrywać, coraz więcej ludzi w dzisiejszych czasach nie boi się wyjść z szafy. Taka tendencja istnieje zwłaszcza wśród młodszego pokolenia. Coraz częściej widzimy reprezentację osób queerowych w mediach, kinie czy internecie. Takie osoby widzą, że nie są w tym same i mają wsparcie. Jednak droga do stworzenia świata, w którym każdy i każda nie będzie się bać być sobą jest jeszcze długa. Niektórzy myślą, że bycie LGBTQ+ jest czymś nowym lub modnym. Jednak tak nie jest, takie osoby teraz są po prostu bardziej widoczne. Kiedyś tak nie było, ponieważ wyjście z szafy równało się straceniu wszystkiego, nawet życia. Bez względu na orientację czy płeć, taka inność od zawsze była zła. Toksyczną męskość nakręcało jeszcze bardziej to, że mężczyźni musieli spełniać pewne oczekiwania. Żeby podpasować się pod schemat narzucony przez społeczeństwo i kościół, stwarzać rodzinę nie dla szczęścia, tylko własnego bezpieczeństwa. Być aktorami własnego życia, co nie było zdrowe ani dla takich mężczyzn, ani dla ich rodziny. Najczęściej się okazuję, że takie osoby nie były szczęśliwe.

Szlak hańby

Za czasów młodości Andrzeja nie było żadnych aplikacji randkowych czy gej klubów. Tak zwany szlak hańby był dosyć krótki – z pięć kawiarń i kilka łaźni w Warszawie. Te kąpieliska były dosyć ważnym spotem, ponieważ często nawiązywano tam kontakty o różnym charakterze. Tuż po wojnie większość domów w Warszawie nie miała kanalizacji, dlatego mnóstwo ludzi korzystało z opcji takiej łaźni. Spotykały się tam osoby z różnych środowisk i klas społecznych. Były to miejsca, gdzie można było znaleźć kogoś, aby zadowolić swoje potrzeby seksualne. Właśnie tam często rozpoczynało się życie gejowskie. 

Jak facet siadał obok faceta w takiej łaźnie i miał możliwość dotknięcia się o jego kolano czy otarcia się o jego plecy, to powstawał moment kontaktu. To były sytuacje, w których mogłeś spotkać faceta, który później stanowił w twoim życiu jakiś ciekawy rozdział. W ten sposób poznałem wiele interesujących osób. Do dzisiaj to sobie pamiętam i hołubię te momenty. Poznawałem tam aktorów, lekarzy, piosenkarzy. To były ciekawe znajomości.

Bal przebierańców 

Początki przygody z dragiem i narodzenie Luli la Polaca odbywały się w dosyć kameralnych warunkach. Jako przebieranki w domach znajomych. Niestety, środki były aż tak ograniczone, że pole do manewru było bardzo małe. Może właśnie to sprawiło, że jedynym ratunkiem była oryginalność. Wystarczała jedna zasłona, żeby zrobić kilka różnych sukienek, złoty ręcznik, żeby zmienić go w turban. 

Kiedy zaczynałam swoją przygodę z dragiem, żadnej sceny nie było. Robiliśmy to prywatnie, jak to się mówi – po kątach. Jak już był moment, kiedy można było coś kupić: sandałki, szpileczki, to trzeba było szukać, próbować przymierzyć, aby nikt się o niczym nie domyślił. I tak to się zgromadzało. Będąc w domu udawaliśmy, że jesteśmy na scenie i ogląda nas publiczność i świecą się lampy. Wszystko to była wyobraźnia, aby otrzymać jakąś frajdę – mówi Lulla.

Co do publiczności, to częścią tego mogły być tylko osoby najbliższe. Nie było opcji wyjść na ulicę pomalowanym, w jakimś kolorowym, damskim stroju. Jak i teraz, tak i tym bardziej wtedy, było to po prostu niebezpieczne. Na szczęście, z czasem wszystko się zmieniało i otwierały się nowe drzwi – przestrzenie do performowania na prawdziwych scenach.

WIĘCEJ