BAASCH sportretował nas wszystkich w świetle księżyca i stroboskopów w klubach

BAASCH sportretował nas wszystkich w świetle księżyca i stroboskopów w klubach

„Noc” – najnowszy, trzeci (lub czwarty jeśli liczyć soundtrack do „Płynących wieżowców”) album Bartka Schmidta to dzieło tak samo osobiste jak i uniwersalne dla każdego, kto skosztował słodko-gorzkiej pigułki zatracenia w dużym mieście. Baasch opowiedział nam o tym jak powstała ta niezwykła płyta. 

Bo to miasto płacze rozbite na pół

Bo to miasto gaśnie dymem spowite

Chociaż było własne, oddałem go pół

Ja to miasto tracę bez żadnych bitew

Czym jest miasto? Czy tylko zbieraniną betonu i tworzyw sztucznych, które zabierają miejsce wykarczowanej zieleni? Nie, jest także skupiskiem ludzi, którzy koegzystują ze sobą – za dnia mijają się na ulicach, spotykają się w pracy lub komunikują się ze sobą przez internet lub telefon. Noc rządzi się jednak innymi prawami. Potrafi być czasem casualowych konwersacji, wspólnych euforycznych uniesień, werbalnych i fizycznych starć oraz emocjonalnych climaxów.

Taka właśnie jest Noc, gdy nad Baaschem zachodzi słońce. To album pełen uczuć związanych z konfrontacją z drugą osobą oraz przesiadywaniem z samym sobą. Pamiętnikowe zapiski i fotograficzne wspomnienia z różnych momentów stołecznych wieczorów i rodzących się powoli poranków ubrane w poetycki woal stanowią fabularne i emocjonalne podstawy wszystkich kompozycji na najnowszej płycie singer-songwritera, który zatapia swoje utwory w elektronicznych – syntetycznych, ale wypełnionych żywym, organicznym pulsem – instrumentariach.

Gdy rozmawialiśmy na początku września w sercu Warszawy, ta chaotyczna metropolia zdawała się łapać oddech. W cieniu wiosennego lockdownu, który rozwalcował polską gospodarkę oraz przyniósł spory psychologiczny uszczerbek dużej części populacji oraz z majaczącym widmem powrotu dezorganizacji spowodowanej pandemią – wakacje były czasem względnego porządku. Teraz wszystko się zmieniło, a introspektywne narracje zawarte na Nocy wydają się jeszcze bardziej wiarygodne i emotywne.

To płyta bardzo osobista, ale równocześnie zakorzeniona w uniwersalnym poczuciu wyobcowania w wielkim, miejskim kompleksie. Wszystko to jesteśmy w stanie zresztą zanotować bezpośrednio – przede wszystkim dzięki temu, że Bartek Schmidt napisał i zaśpiewał wszystkie swoje teksty po polsku. Ze świetnym skutkiem – jego wynurzenia bywają momentami duchowego negliżu, zawsze jednak strzegą go ochronne warstwy – także obecne w poszczególnych wersach. Najpiękniejsze portrety najczęściej używają naturalnego, słonecznego światła. Baasch jednak złapał odpowiednią ostrość i saturację posługując się obecnością miejskich latarni, fleszy smartfonowych aparatów, stroboskopów w klubowych salach czy zostawionej lampy w kuchni.

fot. Bart Pogoda

Jak wyglądał moment, w którym zaczęła się formować Noc?

 

Od zawsze najbardziej inspirują mnie ludzie. Po prostu. To, co się dzieje w człowieku oraz pomiędzy poszczególnymi osobami – relacje, napięcia, radości czy smutki. To, czym ten album różni się od poprzednich to fakt, że ludzi obserwowałem głównie w nocy – to mocno wpłynęło na moje wnioski. Nie planowałem tego wcześniej. Wynikało to przede wszystkim z mojego trybu życia, a nie jakiegoś odgórnego postanowienia.

 

Czy bliskość tych tematów sprawiła, że wolałeś wyrazić to po polsku, a nie, jak wcześniej, po angielsku?

 

Język polski w moich piosenkach pojawił się równolegle, niezależnie od tematyki tej płyty. Ale myślę, że dobrze się stało, że wszedłem na tę drogę właśnie teraz. Dzięki temu treść i cały koncept albumu jest bardziej na wierzchu, może być lepiej zrozumiały. Pewne rzeczy było mi też łatwiej nazwać, bo w końcu całkiem dobrze mówię po polsku.

 

Podejmowałeś wcześniej próby pisania tekstów w ojczystym języku?

 

Dawno temu, kiedy miałem swój pierwszy zespół, jeszcze jako nastolatek. Jednak od wielu, wielu lat śpiewałem wyłącznie po angielsku. W podjęciu ostatecznej decyzji pomógł mi Wojtek Urbański [producent, znany m.in. z projektu Rysy – red.], który powiedział kiedyś, że “super by było posłuchać Baascha po polsku”. To zasiało we mnie samym ciekawość, sam chciałem wiedzieć, jak będzie brzmiał Baasch po polsku. Chciałem spróbować sprostać jakiemuś wyzwaniu. Takie ruchy pomagają w rozwoju.

 

W dalszej konsekwencji czujesz, że śpiewanie po polsku daje ci coś więcej?

 

Tak, czuję przede wszystkim, że moja muzyka jest jeszcze bliższa mnie samego. Pisanie tych tekstów nie było obarczone wysiłkiem intelektualnym związanym z tłumaczeniem ich na obcy język. W ten sposób wiele z użytych przeze mnie słów ma bardziej spontaniczny i intuicyjny charakter. Rezultat wydaje mi się bardziej szczery i zwyczajnie bardziej mój. Nie powiem z pewnością, że następna płyta też będzie po polsku – nie planuję takich rzeczy – może się okazać różnie. Nie ukrywam jednak, że pisanie po polsku bardzo mi się spodobało. 

fot. Bart Pogoda
fot. Bart Pogoda

Czyli język angielski doprowadzał do zapośredniczenia? Czy myślisz inaczej o piosenkach z twoich dwóch pierwszych płyt?

 

W sumie nie. Zawsze dbałem o warstwę liryczną, jestem tym samym człowiekiem, a tamte teksty również były szczere i bardzo dla mnie ważne. Moja percepcja tej muzyki się nie zmieniła. Pierwszy album nagrałem po powrocie z Anglii, kiedy miałem ciągłą styczność z obcym językiem. 

 

Noc, przynajmniej w moim odczuciu, rozgrywa się na dwóch głównych planach. Kluczowe są relacje międzyludzkie, ale bardzo dużo uwagi przykładasz tez do pokazania miasta. Taka jest właśnie twoja Warszawa?

 

Chciałem przedstawić miasto nocą. W moim wypadku jest to właśnie stolica – tutaj żyję, w dzień i po zmroku. Chłonąłem społeczno-imprezowy klimat warszawskich nocy. Ciekawiło mnie, jak noc wpływa na relacje. Widziałem ulotność emocji, samotność mimo bycia otoczonym przez tłum ludzi na parkiecie i odbywania small-talków. Te dwa motywy, o których wspomniałeś się przewijają.

 

Jaki jest więc twój stosunek do Warszawy?

 

Dużo by tu gadać. Na pewno jestem patriotą lokalnym i kocham to miasto. Tu się wychowałem i chciałbym tu nadal żyć, mimo momentów które sprawiają, tak jak w piosence “Miasto”, że chciałbym się spakować i wyjechać. To miasto się zmienia, oddajemy je. Przestaje być tętniące swobodą i wzajemnym szacunkiem. Ludzie są coraz bardziej skonfliktowani i podjudzani przeciwko sobie. Jednak nadal lubię tutejsze życie kulturalne i nocne, dobrze, że ludziom nadal chce się je uprawiać i organizować. 

 

Miesiące lockdownu i kwarantanny zmieniły jakoś twoją percepcję tej przestrzeni?

 

W czasie lockdownu musiałem pojechać do lekarza. Zrobiłem sobie spacer po pustej Warszawie i było mi potwornie smutno. Słuchałem wtedy soundtracku z amerykańskiego dokumentu Jesus Camp. Miłość do tego miasta sprawiła, że czułem się jakbym patrzył na bliską mi, bardzo chorą osobę. Jasne, wcześniej czasem doskwierały mi tłumy. Wtedy jednak poczułem, jak mocno brakuje mi ludzi i ich obecności na ulicach. To wcale nie jest fajny obrazek. Mieliśmy stworzyć klip do piosenki “Miasto”. Pierwszy pomysł, który powstał dawno temu, miał się opierać na pokazaniu pustych ulic. Życie jednak samo splagiatowało ten koncept i nie było sensu tego rejestrować. Ten scenariusz się spełnił i był dużo bardziej depresyjny niż mogło mi się wydawać. Lubię spędzać czas samemu, łudziłem się, że lockdown mnie nie dotknie. Tymczasem miałem naprawdę trudne momenty. Okazało się, jak bardzo ludzie są stadnymi zwierzętami i potrzebują siebie nawzajem. Najlepsza sytuacja jest wtedy, gdy sami możemy decydować, kiedy jesteśmy sami, a kiedy wśród ludzi.

Ścieżka dźwiękowa do Płynących wieżowców była pierwszym długogrającym wydawnictwem, które wydałeś jako Baasch. Dopiero potem zacząłeś wydawać albumy z piosenkami stricte. Jak to doświadczenie wpłynęło na rozwój twojej muzyki?

 

Sam fakt pracy nad tym filmem dużo mnie nauczył. To zupełnie inna praca, niż tworzenie swoich utworów. Trzeba zmierzyć się z pracą zespołową i skonfrontować z zamysłem reżysera – to część większego tworu. Miło było mieć, jako młody producent na dorobku, wydawnictwo, które jest producenckie i kompozytorskie. Ja uważam się za songwritera, który sam produkuje swoje piosenki, a ten album był ich w zasadzie pozbawiony. Musiałem się skupić na zupełnie innych aspektach pracy. Dobra recepcja tej ścieżki dźwiękowej, w Polsce i za granicą, na pewno dodała mi też skrzydeł i uspokoiła – dźwignąłem tego rodzaju produkcję, sam film był dość głośny – utwierdziło mnie to w jakiś sposób w samowystarczalności. Wcześniej zastanawiałem się nad tym czy mam produkować płyty samemu czy jednak szukać kogoś, kto mi w tym pomoże. Nie było jednak wtedy na horyzoncie nikogo komu mogłem w pełni zaufać. Miałem jasną wizję tego, co chcę zrobić i chciałem się nauczyć realizacji, nawet jeśli popełniłbym błędy po drodze. Gdybym nie wybrał tej drogi, moja muzyka zapewne brzmiałaby zupełnie inaczej, a teraz mam wrażenie, że nadal się rozwijam, a moje płyty są coraz lepsze.

 

W wielu miejscach na płycie muzyka pełni rolę dekoracji – jest czymś co po prostu mogłoby lecieć w klubie i stanowić tło dla akcji, która rozgrywa się w twoich tekstach. Czy to konsekwencja twojej wcześniej pracy z filmem?

 

Myślę, że nie do końca. To wynik tego, że tak myślę o muzyce i staram się nią opowiedzieć coś konkretnego. Będąc z jednej strony songwriterem, autorem muzyki i producentem opowiadam tę samą historię na różnych płaszczyznach. Staram się, żeby to było spójne i niejako sam siebie inspiruję. Melodia, którą zagram potrafi często np. zainspirować tekst i temat utworu. Wszystko jest u mnie zespolone. Być może bez tekstu byłbym w stanie opowiedzieć tę samą historię. Po prostu lubię, kiedy muzyka pobudza wyobraźnię. 

 

Jakie uczucia najczęściej towarzyszą ci na scenie, gdy występujesz?

 

Adrenalina, jakiś rodzaj transu i medytacji oraz dużo emocji wynikających z pracy z ludźmi na scenie. Z moim zespołem, realizatorem dźwięku, resztą ekipy technicznej. Podoba mi się kolektywizm tej pracy, bo na co dzień pracuje sam przy komputerze.

 

Czujesz się pewnie stojąc na scenie?

 

Tak. Im więcej ludzi na widowni, tym czuję się pewniej. Stresowałem się wyjazdami za granicę lub do miast, w których jeszcze nie graliśmy. Przekonanie nowych ludzi do siebie to dla mnie największe wyzwanie.

fot. Bart Pogoda

Pytam też dlatego, że podmiot liryczny w twoich najnowszych utworach zmaga się z różnego typu niepewnością. 

 

Przed tą niepewnością uciekam właśnie w muzykę. Jest dla mnie miejscem, w którym czuje się dobrze i w którym jestem sam ze sobą. Nawet na koncertach. Bardzo lubię scenę.

 

Patrząc na twoją pozycję na polskiej scenie muzycznej, jesteś gdzieś na pograniczu sceny electro-popowej, a czegoś zupełnie osobnego – mrocznego autorskiego uniwersum, które nie odnajduje się tak łatwo w miejscach z taneczną muzykę. Jak sam to postrzegasz?

 

Jest coś w tym. Jak wcześniej mówiłem, czuję się songwriterem, a songwriter zazwyczaj chwyta za gitarę albo za klawisze i śpiewa swoje piosenki. Ja z kolei bardzo jaram się elektroniką i chciałem to połączyć. Być może moje podejście do pisania utworów odróżnia mnie od innych osób zajmujących się muzyką taneczną czy electro-popową. Wolę myśleć o tym, że mam swój własny podzbiór. Interesuje mnie dużo zjawisk na scenie muzycznej, zaglądam do różnych światów współpracując z różnymi muzykami, ale zawsze łączy nas jakiś wspólny wajb, ich muzyka ze mną rezonuje. Sam bardzo lubię gdy artysta lub artystka ma swoje DNA, jest spójny i konsekwentny i sam do tego dążę. Jeśli ktoś mnie tak postrzega z boku, to odbieram to jako wielki komplement.

 

Pytałem też w sumie o komercyjne aspekty polskiego rynku muzycznego. Jak sam mógłbyś zdefiniować swoje ambicje i wizję sukcesu?

 

Z jednej strony uważam, że sukcesem jest fakt, że w ogóle to robię. Doceniam fakt, że mogę grać koncerty w całej Polsce i mieć w każdym miejscu wiernych słuchaczy, którzy na nie przyjeżdżają z różnych miejsc. Ta relacja jest dla mnie bardzo ważna. Osiągnąłem więcej niż mogłem sobie na początku wymarzyć. Z drugiej strony ambicją każdego artysty jest poszerzanie swojej publiczności. Chciałbym, żeby mojej muzyki słuchało coraz więcej ludzi, bo to ułatwi nagrywanie jej dalej. Po prostu kocham robić muzykę. Kiedyś już próbowałem z tym skończyć i okazało się, że nie potrafię, potrzebuję tego. Jeśli dzisiaj miałbym sobie wyznaczyć jakiś cel, to byłby to komfort w tworzeniu, czyli w nieskrępowany sposób robić to, co robię – z dbałością o brzmienie i wcielanie w życie moich zajawek. Dotyczy to także muzyków, z którymi gram na co dzień. Wybrałem sobie raczej trudną drogę, ale czuję, że muszę być wierny sobie. Jeśli co tydzień grałbym dla trzech tysięcy osób muzykę, która mnie interesuje to nie uważałbym tego za sukces. 

 

Czego słuchałeś najwięcej nagrywając Noc?

 

Pewnie cię rozczaruję, ale niczego. Przy tworzeniu staram się izolować od innych nagrań. Myślę, że muzyka nie powinna być sumą tego, co się przesłuchało tylko sumą tego, co się przeżyło, doświadczeń, które się zebrało. Muzykę pisze się o życiu, a nie o muzyce. Nie jestem więc w stanie wskazać żadnych referencji czy pomysłów, które skądś zaczerpnąłem.

 

Tekstowo i emocjonalnie ta płyta jest domknięciem jakiegoś rozdziału i sam emocjonalnie jesteś w innym miejscu?

 

Tak, ten album powstał w okresie, który przypadkowo trwał równo rok i mam już go za sobą. Nigdy chyba tak nie czułem w przypadku moich innych płyt. W kawałku “Wszystko” jest spokojny moment, w którym wyśpiewuję kilka fraz i to jest dla mnie puenta tego albumu. Na tej płycie wyśpiewałem właśnie wszystko, co chciałem. 

fot. Bart Pogoda
WIĘCEJ