ANNA IZABELA BLODA robi wszystko „czego nie wypada” po czterdziestce i wiedzie drugie, lepsze życie w NY

Ani nie polubią wasi znajomi,
Ani nie polubią wasi rodzice,
Ani wy też nie polubicie…

A Ania Izabela ma to w dupie. A tyłek ma dobry. Dobry, bo biały. (Bez żadnych rasistowskich akcji, biały jak dobry speed, czyli trochę żółty). Ania Izabela Bloda ma to w dupie i wcale się tego nie wstydzi. Tak jak nie wstydzi się pokazywać innych części swojego ciała. Jest piękną, żyjącą pełną piersią (sic) mieszkanką Nowego Jorku. Stolicy świata, jak mówią na Zielone Jabłko przyjezdni z kosmosu, czyli także trochę zieloni. Rozmawiam z nią za pomocą internetu i, z dryfującym po moim organizmie kacem, widzę, jak się krząta w swoim lofcie, za wynajęcie którego płaci krocie i dlatego zapieprza ulicami NYC w poszukiwaniu smacznych vintydżowych ubrań, które potem sprzedaje miłośnikom rzeczonej galanterii na swojej internetowej witrynie blodaschoice. Zapieprza ulicami Nowego Jorku, żeby znaleźć te rarytasy galanteryjne, białe kruki, do tego robi zdjęcia i żyje. I to jak pięknie żyje! Żyje, jak chce. I dlatego wasi znajomi, wasi rodzice i może wy sami nie polubicie Anny Izabeli Blody, bo w tym naszym polskim kraju, nawet w tym wielkim mieście – Warszawa, nie lubi się kobiet, które żyją, jak chcą. A nie mają lat dwudziestu, kiedy to wiele można by wybaczyć, a raz tyle jeszcze. I według wszelkich norm i standardów powinny wychowywać właśnie dzieci, ewentualnie piąć się po szczeblach kariery, ewentualnie łączyć te dwie rzeczy, ewentualnie zniknąć. Dla takich kobiet jak Anna Izabela miejsca nie ma, to jest niepojęte tu nad Wisłą, że można tak żyć, jak się chce, a nie jak powinno.

Pytam Anię, dlaczego wyjechała do Nowego Jorku, ale mówi, że się wstydzi ze mną rozmawiać i że potrzebuje gumki. No nieźle, myślę, i kiedy chcę zapytać – nie bez lekkiego podniecenia – po co jej ta gumka, okazuje się, że musi sobie spiąć włosy, bo jak ma rozpuszczone, to nie może myśleć…

fot. Marc Harris Miller
fot. Aton Crawley

– Wiesz, ja wyjechałam nie dlatego, że mi jakoś powinęła się noga, przed czymś uciekałam. Nie. Wręcz przeciwnie. Wszystko szło dobrze, miałam własne mieszkanie na Pradze, prowadziłam superżycie towarzyskie z moimi przyjaciółmi, kolacje, spotkania itd. Robiłam regularnie sesje dla „Wysokich Obcasów”. Nawet kilka okładek. Ale zaczęłam czuć, że gniazdko, które sobie uwiłam, zaczyna mnie uwierać. Czułam, że woła mnie coś większego, potrzebowałam innej jakości. Początkowo byłam pewna, że jadę tylko na rok. Leci już ósmy. Przyjechałam tu, nie znając nikogo, ludzi, miejsc, klubów. Nie miałam żadnych koneksji. Nic. Wszystko zmieniło się, kiedy na Bushwicku poznałam chłopaka. Wszedł z deskorolką i mnie zafascynował. Oczywiście był przystojny. Jak cholera. Tatuaże. No cały cool, ale przede wszystkim on tam siedział, sam ze sobą, nikogo nie potrzebował do towarzystwa. Jadł sushi z taką pasją… ach… taką energią, z takim smakiem. Zafascynował mnie, tak że zupełnie zapomniałam o świecie, o znajomych, z którymi byłam, a to oni mnie tam zaprosili. Nagle wszedł kolejny chłopak. Trans, z blond włosami, młodziutki, ciemnoskóry, piękny. Nie było miejsca, usiadł obok tego „mojego”, pierwszego przystojniaka. To mnie tak rozbroiło. Skonfundowało, nie wiedziałam, na którego z nich mam patrzeć. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że oni, przypadkowo spotkani przybysze, z innych światów, jak gdyby nigdy nic, zaczęli ze sobą rozmawiać. Wiesz, u nas w Polsce to raczej nie do pomyślenia. Odezwałam się wtedy do tego black pięknisia z blond włosami, że jest piękny i że chcę mu strasznie zrobić zdjęcia. Umówiliśmy się. Na sesję. Wtedy powiedział mi, jak nazywa się ten drugi, właściwy, chłopak z deskorolką. Odezwałam się do niego klika dni później, spotkaliśmy się, no i wiesz, oczywiście od razu… no było super (tu Anna Izabela uśmiecha się z miną zdobywcy), później poznałam się z jego znajomymi. Sama tego dokonałam. Lee Trace, deskorolkowiec od sushi, nigdy mnie nie przedstawił, nikomu, sama sobie pomogłam. Zobaczyłam na jego Facebooku, kto jest fajny, kto mnie intryguje. Poznaliśmy się i zaczęły się imprezy, domówki itd. Dzięki temu, niemu, sytuacji, poznałam mnóstwo fantastycznych ludzi, artystów, dizajnerów. Całe artystyczne środowisko Nowego Jorku. Nie było tak prosto oczywiście, to otwarci ludzie, owszem, ale trzeba nauczyć się z nimi rozmawiać. Amerykanie na początku byli dla mnie kosmitami. Nie rozumiałam ich sposobu myślenia, ich mentalności, dowcipu, kontekstu. Wszystko było dziwne, ja, dziecko wychowane w komunie, bez bananów, bez telewizji, bez komputera, no bez niczego. Był między nami ogromny dystans, ale zauważyłam, że dzięki temu, że jestem fotografem, mogę używać kamery jako medium. Dzięki optyce aparatu możemy się porozumieć bez względu na nasze ograniczenia, możemy osiągnąć mentalne porozumienie, które jest silniejsze niż różnice kulturowe, wiek, kolor skóry czy pochodzenie. Więc zaczęłam operować tą moją kamerą, żeby zbliżać się do ludzi i też dzięki temu oni zaczęli się na mnie otwierać. Zobaczyliśmy, że nie ma różnic, jeżeli tylko jest możliwość i chęć otwarcia się na człowieka.

fot. Clarence K.
fot. Aton Crawley
fot. Clarence K.

Obserwuję, jak krząta się po tym na wskroś nowojorskim mieszkaniu z białymi ścianami, piękną drewnianą podłogą, ogromnym oknem, no na luzie mógłbym tam mieszkać, jak któryś z bohaterów Girls. Rozglądam się po moich wynajmowanych dwudziestu dwu metrach, po gorszej stronie rzeki i zaczynam zastanawiać się, czy aby przypadkiem nie popełniłem błędu, rodząc się w Polsce, a nie Nowym Jorku. W rodzinie obrzydliwie bogatych żydowskich prawników na przykład. Najlepiej gejów, którzy rozpieszczaliby mnie do nieprzytomności, swojej, mojej i naszej służby. Żeby się nie dołować – wiadomo, człowiek na kacu dotkliwy i łatwo ulega podłym nastrojom – przygaszam nieco światełko, dzięki temu mniej widzę. Pytam, skąd się bierze takie chaty.

To nie jest takie proste jak w Warszawie, tu bardzo trudno wynająć mieszkanie. Pominę już fakt, że co miesiąc, pod jego koniec zaczynam drżeć, czy uzbieram wymaganą kwotę czynszu, no ale póki co się udaje. Decydując się na wynajem, wzięłam na siebie ogromne wyzwanie, ale tak chciałam. Zresztą na początku ci moi landlordzi nie chcieli mi go wynająć, nie miałam żadnego zabezpieczenia w banku, żadnych papierów. Wynajmując mieszkanie, to jest prawie tak, jakbyś w Polsce brał kredyt. Serio, masakra. Ale ponieważ ci moi lubią mnie, poznaliśmy się kiedyś w innej sytuacji, powiedzieli mi: Anna, bierz, nie powinniśmy tego robić, ale ufamy ci. Więc mam dodatkowy element motywacyjny, muszę i chcę udowodnić, że jestem słowną dziewczyną.

Też pomyślałem o tym, żeby coś udowodnić światu i sobie, no i że jestem słowny i że oddam tekst w terminie… ale trzeba stawiać sobie realne cele, a na pewno dążyć do nich małymi krokami, małymi, ale pewnymi, stabilnymi krokami. Dlatego mając na względzie dobro Anny Izabeli i tego tekstu, zrobiłem dwa kroki. I już znalazłem się przy lodówce, moje dwudziestodwumetrowe mieszkanko wypełnił jeden z najpiękniejszych dźwięków na świecie, dźwięk otwieranego zimnego piwa w puszce. Robiąc powrotne dwa kroki, potykam się o coś leżącego na ziemi – co, nie sposób wywnioskować, gdyż zgasiłem światło, by się nie dobijać rozmiarem swojej mieszkaniowej tragedii, i dochodzę do wniosku, że muszę chyba posprzątać lub zatrudnić sprzątaczkę albo co gorsza, posprzątać samemu, ale nie jestem Anna Izabela, nie potrafię stawiać sobie aż takich wyzwań, nie umiałbym, mając ciepłe gniazdko, spalić to wszystko i przenieść się na drugi koniec świata. Ale Ania lubi wyzwania i lubi sobie udowadniać, że da radę.

– Zaczynałam od sprzątania, szorowałam na kolanach podłogi. A teraz żyję ze sprzedaży ubrań vintage, a to jest moja pasja, więc jest okej. W Nowym Jorku jest ogromna tradycja vintage, jest mnóstwo punktów, gdzie ludzie oddają ubrania, przyjeżdżają ciuchy z innych stanów, no i ja przebieram godzinami tony tych ubrań, żeby znaleźć jakieś smakowitości. Jeszcze nie żyję z fotografii, ale mam kilka rozpoczętych rozmów z agencjami fotograficznymi, które same mnie wyszukały przez mój Instagram, no i zobaczymy. Nawet jak nic z tego nie wyjdzie, to może da mi to siłę na to, żeby samej pójść do agencji i prosić o zlecenia, trzeba próbować, you never know.

fot. Aton Crawley

Instagram Anny Izabeli to czysta afirmacja Ani i jej życia. Jest pełen erotyki zmysłowości imprez jedzenia ludzi, ale zupełnie nie w tym okropnym instażyciu, w którym nawet psie gówno wygląda jak kawałek czegoś, co chciałbyś zjeść lub mieć w domu jako efektowny kawałek sztuki. Tu pierś jest piersią, noga nogą, rozstęp rozstępem, ślina śliną, nic nie zostało poddane upiększeniu, jest takie, jakie jest, zwyczajne i przez to piękne, złośliwe zwyczajne, a przez to zachwycające.

– Ten Instagram jest ważny, ważny z punktu widzenia mojego sklepu i biznesu, ale nie przejmuję się tym, bo chyba już wkrótce skończymy zdjęcia do dokumentu, do którego mnie zaproszono, i to pewnie spowoduje, że przestanę się o to martwić. Ale oczywiście nie wiadomo, jak to wszystko wyjdzie w praniu. To będzie opowieść o czterdziestoletniej kobiecie, która przylatuje do Nowego Jorku, chce coś zrobić ze swoim życiem, szuka miłości, chciałaby założyć rodzinę, mieć dzieci, jednak nie może tego osiągnąć, ale nie zatrzymuje się, ciągle prze do przodu. Oczywiście będzie to też portret nie tylko mój, ale również Nowego Jorku, o absurdach życia, o moim dziewiętnastoletnim chłopaku, o trudach takiej miłości i relacji. Wiesz, ja nie potrafię być z kimś i żyć w tzw. otwartym związku, jak to teraz modne. Kiedy jesteś z kimś, ta relacja przecież zbudowana jest na intymności i przynajmniej dla mnie nie ma tam miejsca na innych ludzi, no nie w sferze seksualnej. Bo to nie jest prawdziwa relacja, przynajmniej dla mnie.

– Anno Izabelo – mówię tak do niej i bardzo ją to bawi – a łatwiej jest być czterdziestoletnią kobietą w Nowym Jorku czy w Warszawie?

– A daj spokój, oczywiście, że tutaj! W Warszawie byłoby już, że: stara panna, nie udało jej się, załóż rodzinę, dziwko. Wiesz, ile straciłam followersów, bo pokazuję cycki na Instagramie czy występuję w kostiumie kąpielowym, bieliźnie. Ile kobiet do mnie pisze prywatne wiadomości, w których mnie wyzywa, już nawet nie będę przytaczać jak. Gdybym została w Warszawie, czułabym się tłamszona, a tu mogę żyć, jak chcę, i naprawdę to robię. Tu nikt nikogo nie ocenia, jest pełna otwartość, ludzie się przenikają, tworzą, powstają niesamowite rzeczy. Nie ma podcinania skrzydeł, trudno sobie to wyobrazić, ale jest zupełnie na odwrót niż w Polsce. Wszystkie te nienawistne, chamskie i wulgarne wiadomości, które dostaję na Instagramie, są od Polek, czasami nawet od moich koleżanek. Nie wiem, dlaczego tak jest, nie wiem, czy są zazdrosne, bo może w głębi duszy też chciałyby może nie tak samo, ale podobnie jak ja żyć, tak jak czują w zgodzie ze sobą. Może myślą, że jak się ma czterdzieści lat, to powinno się wycofać, schować gdzieś i siedzieć cicho. A ja będę pozować nago, nawet jak będę pomarszczoną starą babcią. Ja to po prostu kocham, uwielbiam pozować. Nie wiem, skąd się to wzięło. Pamiętam, że moja babcia była niezwykle piękną kobietą, ostatnie dziecko miała w wieku takim, że kiedy jej syn się urodził, to między nim a mną był rok różnicy… czyli był to mój wujek w teorii, ale byliśmy bardziej jak brat i siostra. Kiedyś odkryłam mnóstwo jej pięknych zdjęć, na których była naga, to mnie zafascynowało. Była dla mnie zawsze autorytetem w kwestii urody i mody. Kiedyś, jak byłam jeszcze mała, miałam może siedem lat, obserwowałam, jak bierze kąpiel, mydli swoje ciało, to było niesamowite, pamiętam to do dziś. Babcia zawsze mi powtarzała:
Pamiętaj, w życiu trzeba się wstydzić kraść, brzydko mówić, ale nigdy nie należy się wstydzić swojego ciała. Tu, w Ameryce, jednak liczy się młodość, głównie to, jak wyglądasz. Ale dopóki zachowujesz młodość w swojej mentalności, wszystko jest w porządku. Moim środowiskiem są ludzie młodzi, to jest moja scena, oni mnie stymulują, dlatego ja też staram się być dla nich stymulująca, ciągle się rozwijać.

Naszą rozmowę przerywa dzwoniący iPhone, Anny Izabeli, nie mój. Anna nie odbiera, bo to jakiś nieznany numer, po chwili przychodzi wiadomość: a to skurwiel! – mówi Anna Izabela i pokazuje mi zdjęcie, które wysłał jej jakiś gość, teraz już wiem że to mężczyzna, zdjęcie bowiem przedstawia wypełnionego krwią penisa, jak zakładam, tego pana. „Napiszę mu, żeby wysłał mi zdjęcie swojej twarzy, głupi idiota. Ale penis fajny.”
Te różnice czasowe są trudne, kiedy trzeba trafić z byciem pijanym, trzeźwym, skacowanym i jeszcze przeprowadzić rozmowę. Potem wstać następnego dnia, zastanawiając się, czy nie zrobiło się z siebie idioty, jeżeli nie udało się precyzyjnie trafić z kacem trzeźwością i pijaństwem. Ale strach przed konfrontacją skutecznie powstrzymuje przed odsłuchaniem nagrania. Ale każdy dzień zaczynasz z wyrzutem sumienia.

fot. Marc Harris Miller

– Wstaję o godzinie szóstej trzydzieści rano, jadę do outletu, który otwiera się od ósmej, tam kilka godzin szukam ubrań, potem wracam koło czwartej, piątej z wielkimi torbami, obładowana jak Rosjanie w latach dziewięćdziesiątych w Polsce. Segreguję te ubrania, patrzę, co jest do sklepu, co do sprzedaży dla indywidualnych klientów. Wiecznie u mnie na podłodze są piramidy z ubrań. Potem robię sobie krótką drzemkę, kładę się szybko do łóżka i się regeneruję, i potem wychodzę.
Pracuję trzy dni w tygodniu, pozostałe dni wstaję dużo później, robię sobie matcha latte, nie jem śniadania, bo to taka tu nowa dieta, żeby nie jeść śniadań. Potem przechadzam się po okolicy, zaglądam do sklepów z vintage, spotykam się ze znajomymi, obrabiam zdjęcia, planuję sesje, dużo pracy muszę poświęcić na swój sklep – ubrania trzeba sfotografować, potem obrobić zdjęcia itd. Jestem w nieustannym ruchu, te niby pozostałe dni wydają się wolne, ale ciągle nie starcza mi na coś czasu, tyle jest do zrobienia rzeczy, obejrzenia, poznania ludzi.

Nie polubicie Ani, wcale się nie dziwię. Pracuje trzy dni w tygodniu, mieszka w lofcie na Bushwicku w Nowym Jorku, mówi bardzo wyraźnie, że ma czterdzieści lat, prowadzi popularnego Instagrama, świetnie się bawi, wyznacza sobie nowe cele i ciągle robi tylko to, co naprawdę chce. I co najważniejsze, nigdy tu już nie wróci. I tego ci życzę, Anno Izabelo!

fot. Milena Liebe
WIĘCEJ