ANATOL: Listy miłosne, hałasy i nie-rezygnacja

ANATOL: Listy miłosne, hałasy i nie-rezygnacja

„ana” Anatola to jak na razie najlepsza polska, gitarowa płyta tego roku. Jej autor opowiada m.in. o wewnętrznych podróżach pomiędzy Bydgoszczą, Samociążkiem, Warszawą i różnymi emocjami.

W uchu zwykłej osoby, która cieszy się życiem, melodia i hałas nie splatają się ze sobą. Są antagonistycznymi siłami, które wykluczają się nawzajem, a hałas jest medium dla wszelkiej maści wykolejeńców, którzy mają nie po kolei w głowach. Mimo tego, takie płyty jak Sister Sonic Youth, Loveless My Bloody Valentine, Psychocandy The Jesus and Mary Chain, Transient Random-Noise Bursts With Announcements Stereolab czy They Spent Their Wild Youthful Days in the Glittering World of the Salons Swirlies istnieją, a ich fani mogliby, po zebraniu się wspólnie, zamieszkiwać wielkie metropolie albo i państwa, które nigdy nie powstaną.

Żeby zostać usłyszanym, nie wystarczy wyłącznie grać. Trzeba jeszcze zaplanować jak inni mają cię usłyszeć. Czasami nie muszą prawie wcale. Deska uginająca się od efektów gitarowych może być woalem lub zbroją dla wokalu i tekstów, które mogą pozostać jedynie zrozumiałe dla nadawcy. Na anie, debiutanckim albumie Anatola – projektu Anatola Malinowskiego (a w nagrywkach uczestniczyli także Emil Macherzyński na basie oraz Mikołaj Kołaczek na perce) – analogowy noise jest maską dla fantastycznych, elektryzujących serduszko melodie. Otwierająca „bydgoska rezygnacja” to ponad 6 minut czystego, pastelowego piękna zakutego w dynamiczne rytmy. „chciałbym słuchać co jeśli nie potrafię słuchać” przedłuża ten trend, ale zamienia się w post-industrialny rave na zepsutych głośnikach. „european extreme” to 11 kreatywnego pojebania. I tak dalej. Najntisowe wpływy wyzierają z tego post-modernistycznego krajobrazu co chwilę. „ana” dobrze znane motywy rozgrywa za każdym razem w sposób niekonwencjonalny. To album emocjonalny i sonicznie satysfakcjonujący – odświeżający w morzu poprawnej sterylności, do której dąży coraz więcej artystek i artystów.

Pogawędziliśmy więc z Anatolem, mózgiem projektu o tej samej nazwie o tym czym „ana” w zasadzie jest i jak było na obozie w Samociążku w okolicach 98 roku. Tak było:

Cyryl Rozwadowski: Z tego, co wiem, to Anatol nie jest twoim pierwszym imieniem. Ale jego właśnie od jakiegoś czasu używasz i tak nazywa się ten projekt. Co cię przyciągnęło do zaadaptowania tego imienia?

 

Anatol: Gdzieś po wielu latach ktoś mi wyjaśnił, że moja ciocia tak naprawdę ma inne pierwsze imię i znam ją pod drugim. Wydało mi się więc wporzo, że sam się przerzucę na drugie. Nazywanie się ponownie na świadomce jest i zawsze było fajne.

Druga kwestia to projekt muzyczny nazwany drugim imieniem. Czyli jest tu jakieś świadome pchnięcie się do własnych kompozycji i uczuć, nazywania skrawków osobowości, która jakoś naturalnie nigdy nie pchała się w centrum uwagi. Więc nazwa zespołu jest też zadaniem.

 

“ana” powstała przez długie lata. Jak wyglądał ten proces? Co sprawiło, że dopiero teraz wydajesz ten album?

 

Być może przez braki w komunikacji. Czy też zaufania. Czy po prostu chęci. Podnoszenie tematu w stylu „chciałbym poza próbami poświrować produkcyjnie, z waszą pomocą i wkładem, nad tymi kawałkami, żeby brzmiały ciekawie” spotykało się z odwlekaniem i w sumie brakiem zainteresowania. Musiałem powoli oswajać się z perspektywą miksowania wszystkiego samemu, co, bez żadnego doświadczenia wcześniej, skończyło się super długim procesem eksperymentowania, uczenia się, wycieńczenia emocjonalnego, budzenia się w Polsce i radzenia sobie z tym. Polecam to każdemu. Plus pracuję w sumie normalnie od poniedziałku do piątku, żeby się utrzymać i przez to wszystko zwalnia. Dodatkowo mam też dużo innych projektów na głowie: od Złotej Jesieni, przez Sierść i Lounge Ryszards, aż do enjoy life.

Teksty tak naprawdę powstawały ekstremalnie długo. Aż mi przykro o tym mówić. Nie pisałem czegokolwiek 'od siebie' w ogóle wcześniej. Filozofia mnie nudziła, a kompozycyjnie kawałki chodziły za mną latami. Ich nastrój był mój ale brakowało słów – czasami na koncertach miały prosty tekst po angielsku lub szwendałem się sam po kątach przed samym gigiem żeby na coś wpaść. „bydgoską rezygnację” pisałem może w tempie wers na miesiąc, a podchodzenia do tego było o wiele, wiele, wiele, wiele więcej. Ogólnie to przez to, że w dużej mierze to są listy miłosne. Pojebane.

 

W podziękowaniach w liner notesach jest sporo imion i nazw. Dziękujesz swojej mamie i dziewczynie, a potem m.in. wielu osobom z warszawocentrycznej sceny niezalowej, niegdyś skoncetrowanej wokół nieistniejącej już Eufemii. Układa się to w zbiór osób i zjawisk, które cię ukształtowały. Czy o tym jest ten album?

 

Starałem się podziękować wszystkim osobom, które przez lata albumowe po prostu ze mną wytrzymywały, czy to w mieszkaniu czy na próbie. Eufemia, a teraz Młodsza Siostra to oczywiście dla wielu z nas x factor w procesie rozwijania się. Choć z mojej perspektywy też zupełnie normalny sposób prowadzenia klubu muzycznego, po prostu niestety wyjątkowy na mapie.

 

Co właściwie jest na okładce? List z kolonii letnich?

 

List z obozu w uroczo nazwanej miejscowości Samociążek. Niestety wcale mi się nie podobało czułem się dziwnie strasznie mając 8 lat i wręcz końcowo wybłagałem rodziców, żeby po mnie przyjechali i zabrali stamtąd. Bonusowy highlight tego wyjazdu to pierwsza wizyta ever w McDonalds. Kuriozalnie jako „wycieczka” podczas podróży powrotnej z Samociążka do Bydgoszczy. Praktycznie 10 min od mojej chaty, do której chciałem uciec.

Bonus highlight 2 – późny wieczór samemu w pojedynczym domku gdzieś w tym lesie, bo tylko tam było radio transmitujące Grand Prix Szwecji na żużlu w 1998 roku.

Gdzieś zawieruszył mi się ten skan listu parę miesięcy temu, a nie miałem sensownego pomysłu na okładkę. Nie muszę, myślę, dodawać, że Warszawa to też taki Samociążek.

ANATOL - ANA / ENJOY LIFE

Samplujesz na tym krążku w różnych momentach m.in. Linkin Park i Travisa Scotta. To jakaś emanacja twojej tożsamości?

 

Zupełnie na odwrót. Oba sample są konkretnymi dźwiękami, które przypuszczałem, że mogą zabrzmieć ciekawie. Zawsze słyszałem dźwięk hamującego lub startującego metra jako identyczny z początkowym akordem „Faint” Linkin Park.

Nie lubię zbyt Travisa. Wkurza mnie straight up  wszechobecne i memiczne, sumujące jakiś haul zakupowy czy flexowanie koroną Burger Kinga w McDonalds, więc wkonfigurowałem go w bardziej spięty, wyznaniowy moment.

W drugim utworze na płycie jest kilka sekund z “Sometimes I Wish I Was Dead” Depeche Mode. Nie wiem czy to da się zauważyć.

 

W ostatnich miesiącach Bydgoszcz w polskiej memosferze stała się obiektem żartu – synonimem miasta chujowego. Sam stamtąd pochodzisz i otwierający kawałek zatytułowałeś “bydgoska rezygnacja”. Jaki masz stosunek do tego miejsca?

 

Z zaskoczenia wziął mnie nagły wjazd memiczny na Bydgoszcz. Z aktualnej perspektywy cieszy mnie to jak każda forma nienawiści czy obrażania rzeczy lub pojęć ,które nie do końca istnieją – miła, klasyczna abstrakcja nawiązująca do początków memiarstwa. Bydgoska Rezygnacja to bardzo stary fanpej prememiczny wytykający absurdalno-depresyjne newsy o mieście, których było sporo. Ale pewnie o każdym mieście trochę było. Defetyzm tego hasła zmiksowany jednak z historią ludzi, którzy się wyrwali i są sobą, mam nadzieję, szczęśliwi – w tym mnie – nakierował mnie na potrzebę odczarowania tego hasła. Odwrócenia negatywnego znaczenia w kierunku nadziei, nie=rezygnacji.

Co z niezalową historią tego miasta? Projektami Kuby Ziołka i sceną skupioną wokół klubu Mózg. Miało to na Ciebie wpływ?

 

No pewnie. Ja to w ogóle byłem pierwszym diehardem Eda Wooda [jednego z wcześniejszych projektów Kuby Ziołka i Tomka Popa – red] back in the day. Wrzucałem ich kawałki czy koncerty na Youtube. Wciąż im wszystkim bardzo kibicuje, bo na koncertach bywało rewelacyjnie. To bardzo INTENSYWNI odkrywacze muzyczni. Wystalkowalem Thinking Fellers Union Local 282 na last.fm właśnie u nich.

 

Pamiętasz muzyczne doświadczenie, które uświadomiło ci, że hałas może być wehikułem do wyrażania emocji?

 

Myślę, że zakochanie się w Einstürzende Neubauten i ich albumie Zeichnungen des Patienten O.T mając 15 lat.

 

“ana” wydaje się spojrzeniem na dużą część twojego życia. Masz w planach w ogóle następne nagrywki?

 

Totalnie tak. Z tym że planuje w tym roku wypuszczać kawałek co miesiąc lub dwa. Kawałków jest sporo.

WIĘCEJ