6 albumów, które pomagają zrobić to, co trzeba zrobić

Dziennikarstwo to często symulacja – godziny, a czasem dni dokształcania się w celu właściwego i godnego podejścia do danego tematu. W końcu mam okazję napisać o czymś, na czym stuprocentowo się znam, czyli doborze muzyki do momentów, w których twórczy szał wymaga zewnętrznej stymulacji, a bezlitosne deadline’y, asapycito wyłażą z każdego mailaokna Messengera lub ust przełożonych i współpracowników.

Wyłączenie wszystkich aplikacji i portali, które mogą nas rozpraszać, to oczywista sprawa. Do osiągnięcia wyższego stanu świadomości, w którym jesteśmy w stanie omijać werbalne i mailowe pociski niczym Neo z Matrixa, potrzebny jest odpowiedni soundtrack. Wiadomo, serwisy streamingowe mają na to sposób – niekończącą się ilość playlist powstałych, by akompaniować pracy. Większość miksów mających sprzyjać koncentracji to jednak, przynajmniej z mojej perspektywy, straszny szajs. Sorry, nie będę słuchał Ludovica Einaudiego w momencie, w którym mam się skupić. Chcę efektywnie pracować, a nie zgrzytać z zębami.

A jeśli już szukacie alternatywy dla lofi hip hop radio – beats to relax/study to, warto pomyśleć o pełnych albumach, których słuchanie na serwisach streamingowych wspomoże ich twórców, w przeciwieństwie do całkiem szemranych i powstających w podejrzanych okolicznościach wspomnianych wcześniej playlist. Oto 6 propozycji, które oprócz możliwości lepszego skupienia się gwarantują odpowiednią ilość doznań, które plasują je dużo wyżej niż muzykę użytkową kompilowaną przez algorytmy.

Warp

Flying Lotus – Los Angeles

Ojciec chrzestny playlisty lofi hip hop radio – beats to relax/study to oraz prawdziwy OG w dziedzinie aktywnego wypoczynku. Drugi, służący mu za przebitkę, longplay ambitnego producenta to równocześnie muzyka miasta i kosmosu – nawet po ponad dekadzie idealnie wyrażająca wielkomiejski zaduch skontrastowany z dźwiękami wprost z innej galaktyki. To trzy kwadranse muzyki relaksującej i intensywnej – wprowadzającej w rytm i pozwalającej się wyciszyć jak po pociągnięciu bucha z międzyplanetarnego bonga.

CBS

Terry Riley – Rainbow in a Curved Air

Równie dobrze w tym miejscu mogłoby się znaleźć Music for 18 Musicians Steve’a Reicha. Tak samo majestatyczne i zachwycające Rainbow in a Curved Air to arcydzieło minimalizmu i repetycji, które ani przez moment nie traci hipnotycznego impetu. Największe obok In C dokonanie Rileya to trans w czystej postaci, który równie dobrze sprawdza się jako pełnoprawne przeżycie oraz kompan do wytężonej umysłowej pracy.

Modern Love

Deepchord Presents Echospace – Liumin

Liumin potrzebował kilku dobrych lat, by być w pełni rozpoznany jako współczesny klasyk w dziedzinie ambientalnego, dubowego techno. Rod Modell i Stephen Hitchell uchwycili na tej płycie puls wielkomiejskiej metropolii nocą niemal tak dobrze jak dwa lata wcześniej Burial za sprawą Untrue. Ich największe dokonanie trwa niemal dwie i pół godziny. Materiału starczy więc do wykonywania najbardziej syzyfowych prac.

Kranky

Tim Hecker – Ravedeath, 1972

W tym miejscu równie dobrze mogło się znaleźć np. Shadow in Time Williama Basinskiego czy Endless Summer Fennesza. Obowiązkowy slot dla pełnego uczucia ambientu zajmuje jednak jedno z najmocniejszych osiągnięć Tima Heckera. Zanurzone w nostalgicznym monochromatycznym filtrze i pełne filmowej atmosfery Ravedeath, 1972 to płyta intensywna i kojąca. Zajmująca tak samo w momentach rozprężenia, jak i emocjonalnego zenitu.

Nonesuch

Toumami Diabaté – The Mandé Variations

Najpewniej najspokojniejsza propozycja w całym zestawieniu. Jedna z najwybitniejszych płyt z muzyką Mandé – tworzoną przez plemię o tej samej nazwie zamieszkującej Mali. Toumami Diabaté to z kolei najsłynniejszy wirtuoz kory, tradycyjnego instrumentu strunowego przypominającego z wyglądu dość prymitywną gitarę i harfę. Kompozycje Diabatégo mają medytacyjne cechy i niesamowitą grację – wszystko, czego trzeba, by móc się skoncentrować i rozluźnić.

Norma Evangelium Diaboli

Deathspell Omega – The Furnaces of Palingenesia

Coś dla zawodowców. Ostatnia płyta francuskiej blackmetalowej grupy towarzyszyła mi w ostatnich tygodniach często. Podparte depresyjnymi obserwacjami na temat współczesnego człowieczeństwa wybuchy hałasu wielu pewnie doprowadzą do szaleństwa. Wyżej podpisanemu, w określonych okolicznościach – kiedy nic innego poza czystym gniewem nie działa – pomagają osiągnąć wymagane zen.

WIĘCEJ