Hulanie, rzucanie klątw, chemia z podstawówki, uliczne deale… Na choroby tego świata najlepsze rodzime dźwięki.

Belmondawg – H.A.U. EP

To była ciężka decyzja, czy dać tu ładnie zaokrąglony mixtape Kaza Bałagane, na którym ciężko od bangerów, czy Belmondziaka, który krótko, acz bardzo ujmująco wylewa swoje uczucia na bity. H.A.U. wygrywa kreatywnością. „Te Tereny” to chyba najlepszy wałek Młodego G w historii, a „Wte i Wewte” to ważny wkład w dyskusję o wadze zdrowia psychicznego. Rozwój Belmondziaka to sprawa rangi państwowej, na szczęście przebiega z korzyścią dla publiki. Chciałoby się więcej, ale w muzyce zachłanność to kiepski doradca. 

Błoto – Kwasy i Zasady

Odprysk EABS powoli przejmuje impet macierzystej formacji. Bezpośredniość tego wygrzewu, aktualność jego brzmienia i przekazu, swobodna forma, w której łatwo się zatracić – Błoto ma całą rękę atutów i rzuca je na stół dość stanowczym ruchem, rozpryskując brud po całym pomieszczeniu. Kwasy i Zasady to propozycja bezkompromisowa, na styku polskich guseł i rozpadających się w rękach taśm z Memphis. Dodajmy do tego genialne koncerty zespołu i mamy projekt, który zostanie z nami na lata.

Dola – Czasy

Debiut Doli wleciał na scenę niczym powiew wiatru w polski smog. Świeżość tej muzyki pozwalała jej podbić nie tylko metalowe zakątki, do których nominalnie należy, ale rozlać się po całej zajawkowej publice. Czasy to krążek jeszcze lepszy, choć wydany naprawdę niedługo po debiucie. Zespół wzbogacił swoją muzykę o jeszcze większy eklektyzm, nie tracąc przy tym ani ciężaru, ani unikalnego charakteru. Skoro pierwsze dwie płyty są tak dobre, to aż boję się myśleć, co będzie dalej. Ale moje ciało jest gotowe!

Hałastra – Sztuka drugiego obiegu

W tak dobrym dla polskiego rapu roku, trudno wybierać faworytów. Kizo, Sentino, Szczyl, asthma – ich tutaj nie ma, a byli na ostrym ripicie. No cóż, lubię mrok, lubię psychodelię, a Hałastra ma sporo i jednego, i drugiego. Cenię opresyjny, melancholijny klimat Sztuki drugiego obiegu, uwielbiam dobór takich bitów i utkanie świata, który wciąga mnie na kolejnych odsłuchach. Hałastra jest na początku drogi, coś czuję, że będziemy wędrować długo i intensywnie. 

Kły – Chen

Jeśli rap cierpi na plagę obfitości, to polski black metal i jego okolice doświadczają ciągłej plagi jakości. Narrenwind, Dom Zły, Kły… A to tylko czubek wulkanu dyszącego siarką. Wybieram Kły, bo na Chen jest odpowiednio smoliście i mistycznie, żebym rozprostował umęczone kości i pomarzył o pogańskich kurhanach w miejsce plugawych kościołów. Kreatywność tego materiału jest na innym levelu, z perełkami w rodzaju „Kołat” na czele. Black metal to stan umysłu, ja w swój wbiłem Kły.

Young Leosia – Hulanki EP

Jasne, wyszło więcej o wiele lepszych płyt, ale stopień bangerowatości i ruch, jaki wokół siebie wytworzyła Young Leosia zasługuje na wyróżnienie. Astronomicznych wzlotów i jeszcze szybszych upadków widzieliśmy wiele, ale czuję, że tutaj mamy do czynienia z inną historią. Poza tym rozejrzyjcie się wokół, wystarczy otworzyć newsa na trzy sekundy, albo wyściubić nosa na zasmogowaną, osraną Polskę za oknem, żeby stracić ochotę na cokolwiek. Hulanki to portal do innego świata, platformówka z okresu pierwszego PlayStation, w której zbiera się złote gibony.

Mala Herba – Demonologia

Pogański EBM, słowiańskie electro, no wave od szeptuchy… Słuchając twórczości Zosi Hołubowskiej czuję się, jakbym biegał po lesie w równonoc, albo obserwował dość niepokojącą mgłę nad jeziorem w jesienny poranek. Demonologia perfekcyjnie łączy muzykę elektroniczną z czymś starszym niż język, starszym niż chrześcijaństwo, mocniejszym niż jakakolwiek identyfikacja narodowa. Dajcie się opętać, nikt w Polsce – ani na świecie, jeśli już tak sobie gadamy – nie robi takiej muzyki. 

Mordor Muzik – MORDOR CD

Debiut powinno się wydawać, jak się jest gotowym. Chłopakom z Mordor Muzik ta gotowość trochę zajęła, ale warto było czekać. Mam słabość do brytyjsko brzmiących bitów (w Poznaniu i Wrocławiu sporo dzieci muzycznego Londynu), więc pod względem produkcji MORDOR CD od razu trafiło w moje serce. Ale nawijka Gingera dodaje swojskości, osadza ten album na zaplutych chodnikach miast nad Wartą, Odrą i Wisłą, a i uśmiechnąć się można pod nosem więcej niż raz.

Phatrax – I’m Jesus Christ

2021 to czas kompletnej kompromitacji moralnej i kreatywnej polskiej sceny klubowej (i składam tego trupa do grobu z radością). Ale wciąż są na niej mordeczki, co działają cuda. Biorą różne gałęzie tego rozłożystego drzewa i montują z nich meble, które śnią się po nocach. Materiał Phatraxa to balsam dla dusz rozkochanych w dubstepie, brudnym post clubie i połamanych rytmach z całego globu. To wgląd w oczy rozbiegane od fuki i spoconych setów, na których ktoś drze mordę pulaaaap co cztery minuty. Nie mam pewności czy Phatrax to Jezus, ale jestem jego apostołem. 

Resina – Speechless

Ta płyta mnie pochłania, onieśmiela swoją inwencją i tłamsi atmosferą. Resina należy do światowej czołówki instrumentalnej, wciąż pracuje nad swoją formułą i wciąż ją poszerza. Speechless operuje wieloma środkami aranżacyjnymi, ale wiolonczela zawsze jest tu centrum, albo podsumowanie, nawet jeśli miejscami ustępuje pola apokaliptycznej perkusji i równie ostatecznemu chórowi. Resina uderza w najmroczniejsze myśli, jakie można mieć w 2021 roku i chyba głównie za to uwielbiam ten album.

Sneaky Jesus – For Joseph Riddle

O ile Błoto używa swoich skilli weteranów, by krzesać energię z brudu, tak Sneaky Jesus to jazzowa witalność młodości. For Joseph Riddle to płyta zagrana ze swadą i kreatywnością, pełna dobrych pomysłów i naprawdę kapitalnych momentów. W Polsce udaje się głównie jazz, black metal i rozpacz. Sneaky Jesus potwierdzają ⅓ tego zdania (i nie jest to rozpacz). Jeśli tak wygląda debiut ekipy, to te talenty będą się rozwijać w skali astronomicznej.

TONFA – Klątwa

Dziedzictwo psycho rapu wiecznie żywe. Klątwa jest jak impreza w jakiejś obskurnej piwnicy, na której usłyszysz historie zarówno ze Sprawy dla reportera, jak i Heroiny Piątka. Bity z tego albumu to unikalny tygiel naleciałości ze wszystkich zakątków muzyki, podyspany brudnym śniegiem z marcowych roztopów i krwią z rozjebanej przez psiarnię wargi. TONFA to smog, który wdychamy i idealny soundtrack pod rozpierdol, na który zostaliśmy skazani przez ludzi złych i chciwych.  

WIĘCEJ