10 albumów, których warto posłuchać na zjarce

Vibe niejedno ma imię, dlatego na 4/20 przygotowaliśmy eklektyczny zestaw płyt, które umilą lub ubarwią stan po zapaleniu.

Dzisiaj wypada jedna z najbardziej memicznych dat w kalendarzu – 4/20, czyli święto wszystkich, którzy lubią zapalić jointa. Możemy polecić multum rozrywek, które urozmaicą ten stan: maraton serii Death Race, zagranie w The Mind czy wyjście do Biedry wyłącznie po produkty, których nazwy zaczynają się na literę „p”. Dobry lot może być najlepszy jednak przede wszystkim dzięki dobrej ścieżce dźwiękowej. Z tego względu właśnie skompilowaliśmy (my, czyli PK – Paweł Klimczak oraz CR – Cyryl Rozwadowski) 10 płyt, które warto sobie odpalić na haju. Smacznego!

CLARENCE CLARITY – NO NOW

Bella Union

Przy okazji premiery tej płyty The Guardian określił muzykę Clarence’a Clarity miname “funku granego przez rój pszczół”. I jest to piekielnie dobra diagnoza. NO NOW to album, który chciał odmienić pop – rozpikselować, rozciągnąć, skompresować, nałożyć niezliczoną liczbę masek. Efektem jest godzinna odyseja, która w tym samym stopniu jest niesamowicie melodyjna i ujmująca, co odpychająca i pełna niespodziewanych glitchowych wtrętów. To propozycja dla tych, którzy ekstazy szukają w przesycie i przebodźcowaniu – nie zawsze atrakcyjna po ściągnięciu bucha, ale warta rozważenia, bo nagrodą są tony satysfakcji. (CR)

Clarence Clarity – „Those Who Can’t Cheat”

EARTH – ANGEL OF DARKNESS, DEMONS OF LIGHT II

Southern Lord

Nie zawsze jest tak, że pod zjarkę najlepiej wjeżdża wolna muzyka, ale umówmy się – zazwyczaj tak jest. Z przepastnej dyskografii Earth można wybrać wiele pozycji pasujących pod zielone rozrywki. Co bardziej odważni i otwarci na nietypowe soniczne wrażenia mogą sobie zapodać Earth2 i po prostu zgubić się w dronie. Ale Angels of Darkness, Demons of Light II ma w sobie pewną bezkonkurencyjną, metafizyczną wartość. Majestatyczne tempo uwypukla najlepsze momenty, a przystępność materiału trzyma bad tripa z daleka. Słuchałem tej płyty trzeźwy, słuchałem zjarany, słuchałem nażarty psychodelikami. Zawsze działa równie pięknie! (PK)

Earth – „The Rakehell”

THE FIELD – FROM HERE WE GO SUMBLIME

Kompakt

Jeden loop może odmienić cały twój dzień. Takie wnioski można wysnuć z kontaktu z kultowym już debiutem Axela Wilnera. Szwedzki producent strzelił w dziesiątkę już na pierwszej swojej płycie łącząc ambientową ekstazę z elementami techno i house’u. From Here We Go Sublime w każdym tracku strzela w nas równocześnie promieniami słońca oraz rześkim wiatrem znad fiordów. Te pogodowe fenomeny są jeszcze przyjemniejsze po wcześniejszym odpaleniu sobie wariata. (CR)

The Field – „Over the Ice”

THE HELIOCENTRICS & MELVIN VAN PEBBLES – THE LAST TRANSMISSION

Now-Again

Dyskografię angielskiego zespołu można porównać do składaków, które dostaje się czasem kupując więcej zielska. Kilka topów z bardziej rozweselającego gatunku, gruda czegoś niebieskiego, trochę solidnego, ziemistego materiału – w twórczości Heliocentrics można znaleźć podobną mieszankę, złożoną z psychodelicznego rocka, spirytualnego jazzu spod znaku Sun Ra i muzyki etiopskiej. Płyta z Melvinem Van Peeblesem jest najbardziej kosmiczną w ich dorobku, odsyłającą w odległe galaktyki w towarzystwie kojącego głosu tej nietuzinkowej osobowości. W sam raz na 420! (PK)

The Heliocentrics & Melvin Van Pebbles – „The Cavern”

LIL UGLY MANE – MISTA THUG ISOLATION

wydawnictwo własne

Na Mista Thug Isolation jest wystarczająco upiornych momentów, żeby zasłużyć na honorową odznakę Three Six Mafii. Ale to nie wszystko, bo debiut Lil Ugly Mane’a pokrywa kilka różnych doświadczeń, w tym te najbardziej sprzyjające ciężkim powiekom. Hołd mrokom rapu z Memphis i echa DJ’a Screw pobrzmiewają dumnie, ale artysta dorzuca do tej mieszanki wystarczająco dużo autorskiego kushu, żeby nazwać ją klasykiem. Zroluj dużego bata, podkręć basy i poczuj się dobrze – przy okazji odrzuć obawy o aprioprację kulturową – Lil Ugly Mane jest biały! (PK)

Lil Ugly Mane – „Bitch I’m Lugubrious”

MAYHEM – DE MYSTERIIS DOM SATHANAS

Voices Music & Entertainment

Tak, pominęliśmy szereg stonerowych klasyków, by zrobić miejsce dla starego, złego Mayhem. De Mysteriis Dom Sathanas to jeden z kamieni węgielnych black metalu, wyniesiony na piedestał także ze względu na swoją historię (zawierającą m.in. dwie ofiary śmiertelne – if you know you know, jak nie, to zapraszam na Wikipedię). Często marginalizowanym aspektem opus magnum Mayhem jest jednak fakt, że album ten jest szalenie psychodeliczny. Da Mysteriis nie jest tylko wyrazem mizantropii i abnegacji – momentami zamienia się w operowy-kabaret, w którym Szatan jest bardzo dziwnym i śmiesznym ziomkiem. (CR)

Mayhem – „Freezing Moon”

PLAYBOI CARTI – DIE LIT

AWGE

Każde dzieło Jordana Cartera (to nazwisko w rapie to błogosławieństwo i przekleństwo) spotyka się ze spolaryzowaną recepcją. Czy autor Die Lit Whole Lotta Red to wizjoner czy bezmózgi stoner otoczony dobrymi producentami? Well, dla mnie odpowiedź jest raczej oczywista. W repetycji, czterech warstwach ad-libów i prostych, intensywnych loopach Playboi odnalazł narkotyczny trans, który wciąga słuchacza jak bagno. A to nadal nie jedyny trik w jego rękawie, bo do spóły z Lil Uzi Vertem dostarczył tu najlepszy, pop-punkowy numery poprzedniej dekady, czyli “Shoota”. Serotonina sama się uwalnia. (CR)

Playboi Carti – „Choppa Won’t Miss” (feat. Young Thug) 

SONS OF KEMET – YOUR QUEEN IS A REPTILE

Verve

Ostatnia jak dotąd (chociaż nowa już majaczy na horyzoncie) płyta Sons of Kemet to dzieło potężne na płaszczyźnie brzmieniowej, ale i konceptualnej – hołd dla czarnoskórych kobiet, które walczyły o równość i powinny zapisać się w historii dużo mocniej niż angielska królowa, która do dziś przejada postkolonialne bogactwa. Brzmieniowo Your Queen is a Reptile to, odegrana przez saksofon, tubę i dwie perkusje, podróż przez świat afrojazzu, reggae i innych rytualnych misteriów – czasem uwodząca swoim pięknem, czasem taneczna jak nic innego. Potężny album na słabe czasy oraz, po prostu, świetny trip. (CR)

Sons of Kemet – „My Queen is Doreen Lawrance”

SPACEGHOSTPURRP – BLVCKLVND RVDIX 66.6 (1991)

Yeah We On Entertainment

Kariera mistycznego mnicha z Florydy nie potoczyła się tak, jak powinna, ale to temat na zupełnie inny dzień. SpaceGhostPurrp i Raider Klan w swoim czasie barwili rap kolorem purpury, podobnie jak Lil Ugly Mane patrząc w stronę Memphis. Purrp potrafi wykreować niesamowitą atmosferę, duszną jak bagna stanu, który oficjalnie nazywany jest, o ironio, The Sunshine State. Muzyka rapera jest dowodem na coś innego – mało jest w niej promyków słońca, za to dużo basu i mrocznego, zadymionego vibe’u, którego poszukują osoby stonerskie. (PK)

SpaceGhostPurrp – „1991 THOWED”

TORN HAWK – UNION AND RETURN

Kemado

Jeśli bycie zjaranym to zawieszenie między rzeczywistością a przymglonym, alternatywnym światem, w którym obowiązują inne zasady, to soundtrack pod ten stan powinien odzwierciedlać takie graniczne doświadczenie. Torn Hawk na Union And Return zamazał granicę między elektronicznym a organicznym i zaprogramował niebiańską instrumentację, która wręcz masuje upalone zwoje mózgowe. Pod ten odsłuch najlepiej zapalić hybrydę z przewagą sativy – nie celujemy w psychodeliczną jazdę, ale miłe odpłynięcie na chmurce. (PK)

Torn Hawk – „Feeling is Law”

WIĘCEJ